To
oni zorganizowali protest przeciwko nowej ustawie o Instytucie Pamięci
Narodowej. To oni oburzają się, że ustawa wymaga złożenia oświadczeń
lustracyjnych przez wszystkich przedstawicieli wyższej kadry
akademickiej. To profesorowie Andrzej Ceynowa (obecnie rektor
Uniwersytetu Gdańskiego) oraz Józef Włodarski (dziekan Wydziału
Filologiczno-Historycznego gdańskiej uczelni). - IPN nie może być
wyrocznią - oświadczył prof. Włodarski.
Włodarski wraz z
Ceynową
inicjowali uchwalenie przez Konferencję Rektorów Akademickich Szkół
Polskich stanowiska potępiającego lustrację na uniwersytetach. Prof.
Ceynowa jest nawet twórcą tzw. antylustracyjnego fortelu akademickiego.
Polega on na tym, że profesorowie objęci lustracją na własną prośbę
będą przenoszeni na funkcję asystenta. A asystenci lustracji nie
podlegają. - Zrobię wszystko, by uchronić swoich ludzi - mówił pod
koniec marca 2007 r. "Gazecie Wyborczej" prof. Ceynowa.
Okazuje
się, że przywódcy antylustracyjnego frontu wśród akademików mają
osobiste powody, by się bać ujawnienia zasobów IPN. Z dokumentów, do
których dotarł "Wprost", wynika, że profesorowie Włodarski i Ceynowa
byli tajnymi współpracownikami tajnych służb PRL. Obaj współpracowali z
bezpieką do końca istnienia PRL - ostatnie raporty pochodzą z 1989 r.
Przyjmował je, podobnie jak od innych agentów uplasowanych wśród
trójmiejskich naukowców, znany w Gdańsku ppłk Henryk Łapuszek.
Prezerwatywa na hełmieJózef
Włodarski podpisał zobowiązanie do współpracy 28 września 1974 r.
Studiował wtedy na czwartym roku historii Uniwersytetu Gdańskiego. Miał
rozpracowywać "młodzież hippisowską oraz środowiska o nastawieniu
antysocjalistycznym, antykomunistycznym i antyradzieckim". "Kandydat
jako student znający środowisko młodzieżowe posiada duże możliwości
dotarcia do tego środowiska oraz cieszy się sympatią i zaufaniem"
- relacjonował przełożonym prowadzący Włodarskiego kapral Andrzej
Kołkowski, inspektor operacyjny SB w Pasłęku. Kołkowski był kolegą
Włodarskiego w liceum.
Zgodę na współpracę Włodarski podpisał w
prywatnym mieszkaniu Kołkowskiego, do którego przybył rzekomo obejrzeć
znaczki pocztowe. Już podczas rozmowy werbunkowej złożył pierwszy donos
na kolegów, którzy mieli planować kradzież dzieł sztuki. Ustalono, że
spotkania z esbekiem będą się odbywały raz w miesiącu, a przed każdą
rozmową Zydran (taki pseudonim przyjął Włodarski) będzie przygotowywał
pisemny raport. Funkcjonariusze odnotowali też, że Włodarski zapowiadał
podjęcie pracy w milicji. "Argumentował to w ten sposób, że po
ukończeniu wyższych studiów będzie miał ułatwioną karierę naukową i
będzie mógł trząść Pasłękiem".
Po podpisaniu przez Włodarskiego
zgody na współpracę z SB i przyjęciu przez niego pseudonimu Zydran
opracowano szczegółowo sposób i formę kontaktu. Esbek miał dzwonić do
gdańskiego akademika, w którym mieszkał obecny dziekan Wydziału
Filozoficzno-Humanistycznego UG, w poniedziałki, czwartki i soboty
przed południem. Ustalono specjalny szyfr. Jeśli esbek mówił: "Józek,
tu Jędrek. Mam utwór Mickiewicza, wydanie bardzo stare", oznaczało to,
że Zydran ma przyjechać do Pasłęka w najbliższą niedzielę. Z kolei
gdyby to Włodarski chciał nawiązać kontakt, miał zadzwonić do
Kołkowskiego i powiedzieć: "Jędrek, tu Józek. Widziałem w sklepie
filatelistycznym tę serię litewską, o której mówiłeś. Czy mam ją dla
ciebie kupić?".
Jakie były efekty współpracy Włodarskiego z
bezpieką? Rozpracowywał m.in. środowisko gdańskich hipisów, mówił, skąd
biorą narkotyki, opowiadał też o handlu walutą i grupie młodzieżowej z
Elbląga, mającej ponoć broń. Na swojego kolegę Roberta Oszczakiewicza
doniósł, że ten ma amerykańską flagę i chce ją wywiesić 1 maja. Mówił,
że jego zachowanie jest "wyzywające w stosunku do partii i rządu".
Oszczakiewicz miał też sprofanować pasłęcki pomnik Wdzięczności przez
"nałożenie prezerwatywy na hełm żołnierza Armii Czerwonej".
Zydran
za współpracę z SB brał pieniądze: w aktach zachowało się pokwitowanie
odbioru 400 zł z 23 grudnia 1974 r. Po ukończeniu studiów Włodarskiego
przejął Departament II MSW - kontrwywiad. Wtedy zaczął się posługiwać
pseudonimem Jan. Donosił, robiąc jednocześnie karierę naukowca na
Uniwersytecie Gdańskim. "Wprost" dotarł do raportów dotyczących
sprawy
obiektowej o kryptonimie "Zalew", które składał funkcjonariuszom
kontrwywiadu SB. W marcu 1988 r. TW Jan relacjonował m.in. bezpiece
swoją rozmowę z konsulem generalnym Chin na temat Lecha Wałęsy.
To wszystko
fałszerstwo-
Nie współpracowałem z bezpieką. Miałem z nią częste kontakty, ale tylko
dlatego, że z nią walczyłem. Nie podpisywałem żadnego zobowiązania i
nie brałem pieniędzy. Wszystko jest sfałszowane - ocenia w rozmowie z
"Wprost" prof. Włodarski. - Przedstawianie mojej osoby jako tajnego
współpracownika jest zemstą panów z IPN za to, że krytykuję lustrację -
dodaje.
Zaprzecza też, że współpracował z kontrwywiadem. - Owszem,
spotykałem się z konsulem Chin w Gdańsku, ale było to związane
wyłącznie z moimi zainteresowaniami SB - dodaje Włodarski. Twierdzi
też, że sam był zwalczany przez bezpiekę. Jako argument podaje fakt, że
nie mógł wyjeżdżać za granicę i nie mógł pracować w szkolnictwie
wyższym. W jego oficjalnym biogramie jest jednak informacja, że do
końca lat 80. zdobywał stopnie naukowe: w 1989 r. został adiunktem
Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Olsztynie, wcześniej na Uniwersytecie
Gdańskim obronił doktorat.
Lek na WałęsęZ
dokumentów, do których dotarł "Wprost", wynika, że tajnym
współpracownikiem SB o kryptonimie Lek był prof. Andrzej Ceynowa, dziś
rektor Uniwersytetu Gdańskiego, w latach 80. kontaktujący się z Lechem
Wałęsą. Na potrzeby bezpieki inwigilował dyplomatów i obcokrajowców
mających kontakt z Uniwersytetem Gdańskim. "Wprost" dotarł do
raportu
sporządzonego przez funkcjonariusza kontrwywiadu kpt. Kurkowskiego w
maju 1989 r. na podstawie informacji dostarczonych przez agenta Leka.
Ceynowa relacjonował swoje rozmowy z goszczącym w Gdańsku amerykańskim
dyplomatą Johnem Brownem. Był on u Ceynowy w domu na kolacji. Profesor
opowiadał też o wizycie w Trójmieście Dennisa Chamberlina,
amerykańskiego fotografa, który chciał zrobić fotoreportaż o Polsce.
Opisywał też wizytę amerykańskiego profesora Kevina Lewisa u Lecha
Wałęsy, podczas której Ceynowa występował jako tłumacz. "Wałęsa
zachowywał się bardzo nietaktownie wobec Amerykanina. Zbył go,
rozmawiając z nim zaledwie ok. 2 minut, po czym prawie wyprosił Kevina
ze swojego biura. Powyższa sytuacja i zachowanie Wałęsy zrobiły na
amerykańskim naukowcu szokujące wrażenie" - donosił Ceynowa.
-
Organizowałem spotkania na Uniwersytecie Gdańskim i podejmowałem
zagranicznych gości u siebie w domu. Kilka razy byłem też w biurze
Lecha Wałęsy jako tłumacz. Jednak żadnego z tych nazwisk nie pamiętam -
mówi "Wprost" Ceynowa. Zaprzecza również, że współpracował z SB. -
Żadnego zobowiązania nigdy nie podpisałem - ucina.
"Archiwa są
niewiarygodne. Niemal każdy, kto prowadził działalność naukową w latach
70. i 80., powinien się przyznać do winy - tłumaczył kilkanaście dni
temu w "Gazecie Wyborczej" prof. Józef Włodarski. Tylko dlaczego sam
nie potrafi się przyznać do winy?
Naukowcy na celowniku
|
Antoni Dudek, doradca prezesa IPN PRL-owskie
służby specjalne interesowały się szczególnie duchownymi oraz właśnie
środowiskiem akademickim. Dzięki agenturze wśród wykładowców możliwe
było ukierunkowywanie młodych ludzi w odpowiedni dla władzy sposób. Po
drugie, można było monitorować nastroje opozycyjne - zarówno dzięki
agentom wśród studentów, jak i profesorów. Trzeci powód inwigilacji
pracowników naukowych wiązał się z ich wyjazdami za granicę. To było
bardzo cenne dla wywiadu i kontrwywiadu. Niestety, nie mamy
precyzyjnych danych statystycznych dotyczących skali agentury w
środowisku akademickim w czasach PRL. Wiemy, że ludzie wykształceni
byli dla SB najcenniejszymi współpracownikami. Pewne światło na skalę
zjawiska rzucają dane z lat 70. o wykształceniu TW. Wtedy w Polsce było
4 proc. osób z wyższym wykształceniem i aż 37 proc. z nich było tajnymi
współpracownikami. |