Mimo zwolnienia lekarskiego, Jadacki wykłada jednak na prywatnej
uczelni w Suwałkach, pobierając jednocześnie zasiłek chorobowy z
ZUS. Inkasuje więc pieniądze z zasiłku chorobowego (w NIK zarabia
ponad 11 tys. zł brutto) i z etatu, który ma w Wyższej Szkole
Suwalsko-Mazurskiej. Zapewnia, że nie ma w tym nic złego, bo pracę
na uczelni traktuje jako terapię.
REKLAMA
- "Mam zwolnienie z pracy w NIK, która jest ogromnie stresująca.
Wywołuje u mnie nerwicę serca i wpływa niekorzystnie na moje
zdrowie. Natomiast praca na uczelni daje mi ogromną satysfakcję",
tłumaczy. Zarzut, że nie można pracować w czasie choroby uznaje za
niepoważny.
Szeregowi pracownicy NIK są oburzeni. Twierdzą, że sprawa
Jadackiego kompromituje ich instytucję. Spekulują, że chorowity
dyrektor wyzdrowieje za miesiąc, gdy zmieni się prezes NIK -
Mirosława Sekułę zastąpi Jacek Jezierski. Prezes Sekuła już w
marcu wszczął postępowanie dyscyplinarne wobec Jadackiego i
zawiesił go na pół roku w pełnieniu obowiązków. Nic to jednak nie
dało, gdyż wówczas dyrektor rozchorował się na dobre.