W wypadku zginął kolega Zientarskiego, dziennikarz motoryzacyjny
"Super Expressu" Jarosław Zabiega.
"Maciek wybudził się ze śpiączki farmakologicznej, pozostaje
jednak w stanie nieświadomości" - powiedział Ciszewski.
REKLAMA
Śledztwo w sprawie wypadku prowadzi Prokuratura Rejonowa Warszawa-
Mokotów. Jej szefowa Katarzyna Dobrzańska powiedziała w
poniedziałek, że przesłuchano już świadka, który potwierdził,
że widział za kierownicą samochodu Zientarskiego. Tuż po wypadku
pojawiały się informacje, że auto mógł prowadzić Zabiega.
Powołany został też biegły z zakresu ruchu drogowego, który ma
ustalić prędkość, z jaką jechało ferrari. Policja już wcześniej
informowała, że ze wstępnych analiz wynika, iż była ona znacznie
wyższa od prędkości dozwolonej na tym odcinku drogi. Pojawiły się
także nieoficjalnie informacje, że mogła wynieść ponad 200 km/h.
Prokuratura powierzyła czynności w sprawie wydziałowi ruchu
drogowego stołecznej policji. Podstawą śledztwa jest artykuł
kodeksu karnego, który stanowi, że kto - naruszając chociażby
nieumyślnie zasady bezpieczeństwa w ruchu - powoduje nieumyślnie
wypadek, którego następstwem jest śmierć innej osoby, podlega
karze więzienia od 6 miesięcy do 8 lat.
Do wypadku doszło 27 lutego br. Rozpędzone ferrari straciło
przyczepność na nierówności jezdni i uderzyło w filar wiaduktu na
Mokotowie.
Auto nie należało do Zientarskiego. Jak informował m.in.
"Dziennik" jego właścicielem był b. wiceszef Orlenu Paweł Szymański.
"Auto zostało kupione dwa dni przed wypadkiem. Jego właściciel
nie miał gdzie go przechowywać, dlatego zostawił auto na posesji
dziennikarza. Nie było mowy o testowaniu samochodu" - powiedziała
Dobrzańska.
pap, ss