Wprowadzenie powszechnego poboru do wojska wynikało ze
zmiany sposobu prowadzenia wojen, która na skutek postępu technicznego dokonała
się w XIX wieku. Można było szybko tworzyć wojsko uzbrojone w seryjnie
produkowaną broń, a jej wykorzystywanie nie wymagało długiego szkolenia.
Pierwszym krajem, w którym zarządzono powszechny pobór wojskowy, była w 1798 r.
rewolucyjna Francja (tzw. prawo Jourdana – od nazwiska twórcy
Jeana-Baptiste'a Jourdana). To wtedy stworzono armię, która obroniła republikę
przed tzw. drugą koalicją antyfrancuską. Skuteczność tamtej armii z poboru
spowodowała, że przez niemal 200 lat ten model obowiązywał powszechnie.
W krajach zachodnich armie zawodowe zaczęły powstawać
dopiero w ostatnich 50 latach. Wśród potęg militarnych pierwsi na ten krok
zdecydowali się w 1960 r. Brytyjczycy. W 1973 r., po zakończeniu wojny w
Wietnamie, z powszechnego poboru wycofali się także Amerykanie, a po nich
Kanadyjczycy. W latach 90. na zawodowstwo przeszły również armie Holandii i
Belgii. W 2001 r. z poboru zrezygnowali Hiszpanie i Francuzi, w 2003 r.
Portugalczycy, a w 2005 r. Czesi. W trakcie wprowadzania zawodowej armii są
Włosi i Węgrzy, a do 2015 r. chcą to uczynić kraje bałtyckie. Spośród ważnych
państw europejskich armię z poboru utrzymują Niemcy i Turcja.
Wbrew
obiegowej opinii nie ma oczywistej przewagi modelu armii zawodowej nad armią z
poboru. Dziś politykę bezpieczeństwa w sprawach wojskowych dyktuje państwom
przede wszystkim stopień zagrożenia i zakres prowadzonej polityki zagranicznej.
Jak zauważył pruski generał Carl von Clausewitz, „wojna jest jedynie
kontynuacją polityki innymi środkami". I tak armię poborową zachowuje
Izrael, gdyż bezpieczeństwo państwa jest tam ciągle zagrożone. Liczący 7,3 mln
mieszkańców kraj ma 175 tys. żołnierzy pod bronią (plus ponad 400 tys.
rezerwistów), a poborowi wojskowemu podlegają wszyscy mężczyźni i kobiety w
wieku od 15 do 49 lat. Podobnie jest w Rosji, która w inny sposób nie byłaby w
stanie chronić swojego rozległego terytorium.
Armia zawodowa musi
konkurować na rynku z sektorem prywatnym, a więc musi lepiej płacić. We
wszystkich krajach, w których wprowadzono taką armię, są kłopoty z chętnymi do
służby, bo poza wojskiem można więcej zarobić. W USA armia na przykład opłaca
żołnierzom studia. Kłopoty z naborem kadr doprowadziły do tego, że w
amerykańskiej armii służą już nawet obcokrajowcy – w zamian za obietnicę
otrzymania obywatelstwa.
„Dziś do armii zaciągają się głównie młodzi
z najbiedniejszych dzielnic, z prowincji, gdzie nie ma pracy oraz spośród
mniejszości rasowych" – mówił pod koniec 2006 r. nowojorski
kongresmen Charles Rangel. I proponował, aby przywrócić powszechny pobór do
wojska, bo to jedyny sposób sprawiedliwego rozłożenia ciężaru prowadzenia wojny
na różne grupy społeczne.
Problemy z naborem mają armie zawodowe Francji i
Wielkiej Brytanii. W Hiszpanii liczebność armii zawodowej tak jak w Polsce
określono na 120 tys. żołnierzy. Proces profesjonalizacji trwał 20 lat, a pobór
zawieszono dopiero siedem lat temu. Kiedy dla Hiszpanów otworzył się rynek pracy
w całej Europie, okazało się, że brakuje ochotników do służby w wojsku.
Postanowiono wtedy sięgnąć po imigrantów, nie tylko po pochodzących z byłych
kolonii hiszpańskich, na przykład Marokańczyków, ale także przybyszów z Ameryki
Południowej. W podobny sposób ratowały się Wielka Brytania i Francja.
Po
raz pierwszy o wprowadzeniu armii zawodowej w Polsce zaczęto publicznie
dyskutować w 2003 r., gdy wysłaliśmy żołnierzy do Iraku. W 2006 r. prezydent RP
jako zwierzchnik sił zbrojnych zaakceptował plan wprowadzenia armii zawodowej,
który zakładał, że licząca 150 tys. żołnierzy armia powstanie do 2018 r.
Gdy w 2006 r. ówczesny minister obrony Aleksander Szczygło pochwalił się
swojemu brytyjskiemu odpowiednikowi Desowi Brownowi, że za 12 lat także wojsko
polskie będzie w pełni zawodowe, usłyszał: „Życzę powodzenia, bo u nas
trwało to prawie trzydzieści lat".
W 2008 r. rząd Donalda Tuska
zapowiedział powstanie armii zawodowej w 2009 r. Miała ona liczyć 150 tys.
żołnierzy (w tym 30 tys. szkolonych rezerwistów). Już latem 2008 r. trzeba było
wprowadzać poprawki do tego planu. Na razie nie ma nawet ustawy o zasadach
rekrutowania do armii zawodowej. Według MON, projekt nowelizacji ustawy o
powszechnym obowiązku obrony został już przygotowany i trafił do uzgodnień
międzyresortowych. Zgodnie z nim, przymusowe wcielenie do wojska znika od 1
stycznia 2010 r. Ustawa zawiesza przymusowe wcielenie do wojska bezterminowo,
ale będzie je można przywrócić w razie zagrożenia bezpieczeństwa państwa. Pobór
będzie mógł wtedy ogłosić prezydent na wniosek rządu – na czas określony.
Projekt ustawy ma zostać przedłożony Sejmowi na początku 2009 r.
Dziś w
wojsku służy 80 tys. żołnierzy zawodowych (w tym tzw. nadterminowych, czyli
tych, którzy pozostali w wojsku po odbyciu zasadniczej służby wojskowej). To
oznacza, że wojsko będzie musiało pozyskać około 40 tys. ochotników. Gdy
obowiązywał pobór do wojska, aż siedmiu na dziesięciu objętych nim Polaków
robiło wszystko, aby się od służby uchylić. W ostatnich latach aż 83 tys.
mężczyzn, którym wysłano karty powołania do wojska, nie stawiło się nigdy do
służby. Najskuteczniejszym sposobem na jej omijanie był wyjazd do pracy za
granicę.
Wojsko ma problem nie tylko z werbunkiem dość słabo opłacanych
kandydatów na zawodowych szeregowych i podoficerów. Na bardziej dochodowe
cywilne posady uciekają też osoby wyszkolone w armii. Tylko w ostatnich dwóch
latach z armii odeszło ponad 5 tys. zawodowych żołnierzy. Aby pozyskać rekruta,
wojsko będzie musiało albo obniżyć kryteria przyjęć (wiek, wykształcenie,
zdrowie), albo podwyższyć wynagrodzenie. Rozpoczynający służbę zawodowy starszy
szeregowy zarabia około 1600 zł netto. Z tym może być jednak problem, bo nasze
siły zbrojne potrzebują funduszy na modernizację. Z obecnym poziomem
finansowania za kilka lat zapaść czeka na przykład polską marynarkę wojenną
(przeciętny wiek okrętu to 28 lat). Nie lepiej jest w lotnictwie. Chociaż Polska
kupiła 48 samolotów F-16, to trzon naszych sił powietrznych nadal stanowią
wyprodukowane w czasach ZSRR samoloty MiG-29 i Su-22. Na dodatek w Polsce nie ma
gdzie serwisować F-16 i nie ma na czym szkolić pilotów tych maszyn.
– Przez dziewięć miesięcy sprawowania przeze mnie funkcji ministra
obrony narodowej nie dowiedziałem się, ile jest wojska w wojsku, czyli ile jest
jednostek liniowych, a ile logistycznych i pomocniczych, i z czego można by
zrezygnować – mówi Aleksander Szczygło, obecnie wiceprzewodniczący
sejmowej Komisji Obrony Narodowej.
Obecny szef MON Bogdan Klich ogłosił
wprowadzenie zawodowej armii w rok, a potem skorygował to na dwa lata. Zanim
ogłoszono decyzję o jej powstaniu, nikt nie policzył, ile to będzie kosztowało.
A warto byłoby na przykład wiedzieć, o ile wzrosną wydatki na emerytury dla
zawodowych wojskowych. A może Polska powinna uzawodowić armię na wzór rumuński?
Tam zrezygnowano z szumnych zapowiedzi wprowadzenia armii zawodowej w dwa lata i
zaczęto profesjonalizować wybrane jednostki.
Margaret Thatcher opisuje w
pamiętnikach, jak wezwała kiedyś do gabinetu ministra obrony i szefa sztabu i
nakazała im zmniejszyć koszty sił zbrojnych o 10 proc., a równocześnie zwiększyć
o 10 proc. siłę bojową. Kiedy obaj dżentelmeni przecząco pokręcili głowami,
Żelazna Dama zamówiła raport zewnętrznych audytorów. Okazało się, że brytyjską
armię stać było na wiele więcej bez dodatkowej pomocy państwa. Suma
zaoszczędzonych dzięki temu pieniędzy wyniosła 6 proc. budżetu wojska.
Silna armia jest elementem niezbędnym do prowadzenia suwerennej polityki
zagranicznej. Jeśli weźmiemy pod uwagę ten warunek, światowe mocarstwo, jakim
jest Unia Europejska, nie jest w stanie prowadzić takiej polityki. Na cele
militarne 26 państw UE wydaje 206 mld euro, podczas gdy USA 454 mld euro.
Jeszcze gorzej jest z wydatkami na rozwój i badania nowych rodzajów broni: USA
przeznacza się na nie 56,5 mld euro, a 26 krajów EU – 9,5 mld euro. Na
dodatek wydatkowanie tych funduszy pozostawia w Europie wiele do życzenia. Z
raportu European Council on Foreign Relations z 2008 r., którego autorem jest
były szef Europejskiej Agencji Obrony Nick Witney, wynika, że 70 proc.
europejskich sił lądowych jest niezdolnych do prowadzenia działań poza
terytorium własnego kraju. Francja, która na papierze ma 350 tys. żołnierzy,
jest w stanie wystawić do takich misji 42 tys. żołnierzy.
We Włoszech,
Grecji, Portugalii i Belgii około trzech czwartych budżetu na obronę pochłaniają
płace. Polska plasuje się w środku stawki – połowa budżetu jest
przeznaczana na uposażenia. W Wielkiej Brytanii płace stanowią około 40 proc.
budżetu armii, a w Szwecji – 24 proc.
Z analizy uzbrojenia wojsk
państw UE wynika, że wciąż szykują się do obrony przed sowieckim natarciem
pancernym. Na przykład Finlandia ma największe siły artyleryjskie na
kontynencie. Europejskim armiom brakuje sprzętu niezbędnego na nowoczesnym polu
walki, np. helikopterów. Jeśli dodamy do tego odłożenie w nieokreśloną
przyszłość stworzenia 60-tysięcznych sił szybkiego reagowania, mamy
przygnębiający obraz możliwości militarnych największej potęgi gospodarczej
świata.
W wypadku wybuchu wojny w Europie bezpieczeństwo Polski będzie
zależeć od polskiej armii i od tego, czy USA będą bronić naszego terytorium.
Zwolennicy zmian zwracają uwagę, że Wojsko Polskie jest dziś armią poligonową, a
nie bojową. Reformy mogą jej zatem tylko pomóc.
| Bogdan Klich
Minister obrony narodowej w rządzie Donalda Tuska
W dzisiejszych czasach liczy się dobre przygotowanie i wyszkolenie
żołnierzy, bo tylko oni są w stanie sprostać wyzwaniom. W wojsku jest
już prawie 80 tys. żołnierzy zawodowych. Jeżeli doda się do nich prawie
9 tys. żołnierzy nadterminowych, plus około 3 tys. kandydatów –
podchorążych, wszystkich uczących się w szkołach wojskowych – to okaże
się, że mamy 91,5 tys. zdecydowanych na zawodowstwo lub będących już
zawodowcami. Z prostego rachunku wynika więc, że w ciągu najbliższych
dwóch lat powinniśmy przyjąć do sił zbrojnych zaledwie 6 tys. osób, no
może kilkanaście tysięcy, zakładając, że spośród 22,5 tys. ochotników
część zrezygnuje lub nie będzie się nadawać do pracy w wojsku. Na
profesjonalizację w budżecie jest przeznaczone 1,418 mld zł.
Atrakcyjniejsze będą wynagrodzenia. W ubiegłym roku podwyższyłem o
800 zł miesięcznie zarobki żołnierzom nadterminowym, czyli tej
podstawowej grupie, z której będą się rekrutowali żołnierze zawodowi.
Nie są to jeszcze kwoty atrakcyjne, ale podwyżki będą kontynuowane i na
początku tego roku będą oni zarabiać 2450 zł. Ten skok wynagrodzeń
wyniesie ponad 120 proc. |
Jerzy Szmajdziński
Wicemarszałek Sejmu, minister obrony narodowej w rządzie Leszka
Millera
Jestem za armią zawodową, która przewyższa swoją jakością armię z poboru.
Zapowiedź utworzenia
armii zawodowej w dwa lata jest jednak decyzją stricte polityczną
rządu, powodowaną kalendarzem wyborczym PO. Nie da się w dwa lata
przeprowadzić tak skomplikowanej operacji przekształcenia armii z
poborowej w armię w pełni zawodową i profesjonalną. Najpierw należałoby
uchwalić odpowiednie ustawy i dopiero wtedy rozpoczynać reformę wojska.
Potrzebny jest dopracowany system naboru, szkolenia rezerw, wypełnienia
luk po wojskowej służbie zastępczej w policji i straży granicznej. Nie
wiadomo dokładnie, jak liczny będzie korpus służby stałej i rezerwy.
Aby siły zbrojne mogły wykonywać swoje czynności, tylko w roku 2009
powinno je zasilić co najmniej 20 tys. osób. Pozytywne jest utrzymanie
budżetu MON na poziomie 1,95 proc. PKB, ale co z tego, skoro ani w
ubiegłym roku, ani w tym wojsko nie podpisało żadnego poważnego
kontraktu zagranicznego. W MON panuje paraliż decyzyjny. Także w tym
roku resort nie potrafił wydać pieniędzy na unowocześnianie
armii. |
Stanisław Koziej
Wiceminister obrony narodowej w rządzie Jarosława Kaczyńskiego
Armia zawodowa to konieczność. Jest efektywniejsza operacyjnie. Może
realizować najbardziej złożone i wymagające zadania dotyczące obrony
państwa i w misjach międzynarodowych. Jest też bardziej ekonomiczna. Za
każdą złotówkę wydaną przez państwo na armię zawodową można uzyskać
większy przyrost zdolności obronnych niż za złotówkę wydaną na armię z
poboru. Jest wreszcie bardziej akceptowalna społecznie. Zamiast
przymusowej służby wojskowej daje szansę realizacji zawodowej ludziom,
dla których wojsko jest pasją. Proponowany przez rząd stan armii,
wynoszący 120 tys. żołnierzy, będzie wystarczający. Ewentualne
działania zbrojne będziemy prowadzić razem z sojusznikami z NATO.
Oprócz armii zawodowej trzeba też pomyśleć o systemie powszechnego
przygotowania obywateli i struktur cywilnych do działania w warunkach
zagrożeń. Termin, w jakim rząd chce, aby armia stała się profesjonalną
siłą zbrojną, jest zbyt krótki. Nie da się np. w tym czasie wprowadzić
koniecznych zmian organizacyjnych w strukturze wojska, odpowiednich dla
modelu armii zawodowej. Naruszona zostanie gotowość operacyjna sił
zbrojnych. To jest niepotrzebne ryzyko.
|
Aleksander Szczygło
Wiceprzewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej
Plan stworzenia w ciągu dwóch lat armii zawodowej to element kampanii
prezydenckiej Donalda Tuska. Chce pokazać wyborcom, że to właśnie on
uwolnił od przymusu zasadniczej służby wojskowej tysiące młodych,
którzy dzięki temu mogą inaczej planować karierę i życie osobiste. PiS
także popiera wprowadzenie zawodowej armii, ale potrzeba na to co
najmniej dziesięciu lat. MON zakłada, że w 2009 i 2010 r. do armii
zgłosi się 40 tys. ochotników. Nie ma tylu ochotników i nikt nie
wyszkoli żołnierzy w tak krótkim czasie. |
Janusz Zemke
Szef sejmowej Komisji Obrony Narodowej
Przejście na zawodowstwo w wojsku nie jest problemem: wystarczy
wstrzymać pobór, a w koszarach pozostaną tylko żołnierze zawodowi.
Momentem prawdy będzie wrzesień 2009 r., gdy okaże się, ile jednostek
trzeba zlikwidować, bo nie będzie ich nawet komu pilnować. Stawia znak
równości między wprowadzeniem armii zawodowej a profesjonalizacją.
Można mieć wojsko zawodowe, ale nie będzie ono profesjonalne. Wydatki
na wprowadzenie armii zawodowej wyniosą 1,4 mld zł, ale te na
wyposażenie nie wzrosną. |
Romuald Szeremietiew
Minister obrony narodowej w rządzie Jana Olszewskiego
Jeśli powstanie armia w kształcie proponowanym przez MON, to po
zniesieniu poboru z czasem nie będzie przeszkolonych rezerw i nie
będzie kogo mobilizować na wojnę. Byłoby niedopuszczalne, gdyby w razie
konfliktu zbrojnego ludzie nieprzygotowani i nieprzeszkoleni byli
kierowani do walki. To nie zapewni skutecznej obrony. Mała armia
zawodowa być może będzie skuteczna w akcjach poza granicami, ale raczej
nie zapewni bezpieczeństwa Polsce w razie wybuchu
wojny. |
DIAGNOZA W PIGUŁCE
Tylko armia zawodowa jest w stanie optymalnie wykorzystać
najnowocześniejsze uzbrojenie. Żołnierze z poboru nigdy w trakcie
krótkiej służby nie opanują zasad najnowszych form walki.
Dwa lata to za mało, aby wojsko polskie stało się armią
profesjonalistów. Na przykład w Wielkiej Brytanii proces ten trwał 30
lat, w Hiszpanii – 20 lat. Reformę polskiego systemu obrony
przeprowadzono powierzchownie.
Armia zawodowa nie zapewni bezpieczeństwa, jeśli nie będzie miała
rezerw kadrowych i dobrego systemu obrony terytorialnej. A to zapewnia
powszechny pobór do wojska lub specjalny system szkolenia rezerw (tak
jak w USA). Takiego nie mamy.
Wszystkie kraje, w których wprowadzono armie zawodowe, mają problemy z
naborem chętnych do takiej służby, bo poza wojskiem można lepiej
zarobić. Polska też już ma takie problemy. |
Armia
USA. Zawodowa. Jedyna armia mogąca przeprowadzać uderzenia w dowolnym
punkcie globu i w kilku miejscach naraz. Nie licząc działań wojennych w
Iraku i Afganistanie, za granicą na trzech kontynentach stale przebywa
około 80 tys. żołnierzy. Marynarka wojenna USA jest silniejsza niż
wszystkie floty wojenne świata razem wzięte. USA przeznacza najwięcej
pieniędzy na badania nad nowymi rodzajami uzbrojenia.
Japońskie
Siły Samoobrony (tak nazywane są siły zbrojne Kraju Kwitnącej Wiśni, bo
po zakończeniu II wojny światowej i amerykańskiej okupacji Japonia nie
mogła mieć typowej armii) to w pełni zawodowe siły zbrojne. Nazwa jest
tylko formalna. Siły Samoobrony są wyposażone w najnowocześniejsze
uzbrojenie wyprodukowane przez znane koncerny, m.in. Mitsubishi,
Kawasaki, Toshiba, Fuji i Hitachi.
Bundeswehra. Armia z
poboru. Jej reputacja mimo przegranych wojen światowych jest wysoka. Ma
uzbrojenie najwyższej światowej marki. Niemieckich czołgów Leopard I i
II używa 15 krajów Unii Europejskiej oraz Australia, Brazylia, Chile,
Kanada. Podobnie jest np. z okrętami podwodnymi. Z powodów politycznych
i historycznych jednostki Bundeswehry biorą ograniczony udział w
akcjach bojowych, pełniąc misje pokojowe. |
|
|
|




