Wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak
(PSL) do ostatniej chwili zwlekał z podpisaniem przyjętego 6 stycznia
rozporządzenia rządu umożliwiającego czasowe ograniczenie dostaw gazu do dużych
zakładów przemysłowych – dowiedział się „Wprost". Bał się o to,
jak zapowiedź cięcia dostaw może być przyjęta przez opinię publiczną. To syndrom
wszystkich naszych polityków, traktujących sprawy energetyczne jak gorący
kartofel, który może zwichnąć ich kariery, więc trzeba go podrzucić następcom.
Tymczasem problem ten wymaga szybkich i zdecydowanych działań. Dotychczas nie
było i nie ma zagrożenia dla przeciętnych obywateli.
Zapotrzebowanie gospodarstw domowych na gaz wynosi 3,5-3,6 mld m3 rocznie, a w
kraju wydobywamy rocznie 4,3 mld m3 błękitnego paliwa. Z własnych zasobów
jesteśmy więc w stanie pokryć zapotrzebowanie indywidualnych odbiorców gazu.
Nawet przepisy formalnie zabraniają ograniczania dostaw dla rodzin. Tyle że w
najgorszym scenariuszu (jak w Bułgarii lub Serbii – ze stuprocentowym
uzależnieniem od rosyjskiego gazu i śladowymi jego zapasami) żadne prawo nie
przeszkodzi w podjęciu koniecznych działań dla ratowania całego systemu
gazowego.
Około 60 proc. zużywanego w Polsce gazu wykorzystują
przedsiębiorstwa (najwięcej – 900 mln m3 rocznie – Zakłady Azotowe
Puławy). Tym razem zostało wprowadzone ograniczenie zużycia gazu dla PKN Orlen
(o 25 proc.) i ZA Puławy (o 12,5 proc.), ale generalnie obowiązuje pierwszy,
najwyższy stopień zasilania gazem. Płocki koncern przerzucił się na olej
opałowy, ale puławskie zakłady musiały ograniczyć produkcję (częściowo zrobiły
to już wcześniej z powodu kryzysu gospodarczego).
Gdyby gazowa wojna
rozgorzała na dobre i stracilibyśmy dostawy ze Wschodu (kontrolowanymi przez
Rosję gazociągami otrzymujemy 8,8 mld m3 gazu rocznie – 63 proc. całego
zapotrzebowania), sytuacja stałaby się dramatyczna. Należałoby bowiem zapewnić
– przy 10. stopniu zasilania – minimalne dostawy dla przemysłu, aby
uniknąć zniszczenia linii technologicznych (w wypadku huty szkła, korzystającej
z gazu jako źródła ciepła, całkowite wstrzymanie dostaw groziłoby rozsadzeniem
pieca hutniczego). Musielibyśmy również utrzymywać minimalne ciśnienie gazu w
rurociągach, aby zapobiec ich dewastacji.
Mając jedynie zasoby gazu
wydobywanego w Polsce i rezerwy, trzeba by przeznaczyć ich część na podtrzymanie
gospodarki w ruchu. Groźba, że zabraknie go dla części prywatnych użytkowników,
byłaby wtedy realna. Tym bardziej że w zimie zużycie gazu jest większe, a jego
przesył trudniejszy. W wypadku podziemnych magazynów (w trakcie obecnego kryzysu
poziom ich wypełnienia spadł z 90 do 80 proc.) im więcej gazu się z nich pobiera
i im niższe panują temperatury, tym trudniej i wolniej idzie wytłaczanie
kolejnych partii gazu.
Politycy przekonują, że to fikcyjny scenariusz. Rząd
zapewnia, że choć przestał płynąć gaz z kierunku ukraińskiego (w ramach
kontraktu krótkoterminowego z firmą RosUkrEnergo, należącą w połowie do
Gazpromu), to nie ma przerw w dostawach gazociągiem jamalskim przez Białoruś.
Przez Ukrainę dociera do nas 40 proc. importowanego rosyjskiego gazu, przez
Białoruś – reszta. Przedstawiciele Ministerstwa Gospodarki twierdzą też,
że część wstrzymanych dostaw gazu dla Polski z kierunku ukraińskiego
przekierowali na białoruski. „Z punktu widzenia ogólnego bilansu dostaw
nie ma problemu, bo tylko zostały zmienione kierunki i punkty wejścia gazu do
polskiego systemu" – uspokajał Waldemar Pawlak 3 stycznia. To
nonsens. Podobny jak stwierdzenie szefa MSZ Radosława Sikorskiego, że rząd chce
zabezpieczyć nas przed przerwami dostaw gazu, przekonując Moskwę do puszczenia
przez Polskę drugiej nitki Gazociągu Jamalskiego. Z jej wybudowania Rosjanie nie
wywiązali się od 1993 r. i nadal nie zamierzają tego zrobić.
Polskie
Górnictwo Naftowe i Gazownictwo zwróciło się 7 stycznia 2009 r. do Gazpromu, z
którym ma umowę do 2022 r., o interwencyjne dostawy Gazociągiem Jamalskim przez
Białoruś. Natychmiast przyszła odmowa – dowiedział się
„Wprost". Mitem jest więc możliwość przekierowania części dostaw do
innej rury. Mitem jest też bezpieczeństwo dostaw przez Białoruś. Dziś Rosja
dostarcza gaz na Białoruś mimo braku umowy na 2009 r. między Gazpromem i
białoruskim Biełtransgazem. Jej szczegóły zostały już dogadane, ale sytuacja nie
jest pewna. Zwłaszcza jeśli pamięta się o odcięciu przez Rosję dostaw na
Białoruś na początku 2004 r. i zażegnaniu w ostatniej chwili kolejnego konfliktu
Moskwy z Mińskiem w końcu 2006 r. Wygaszenie obecnego kryzysu nie zmienia więc
naszej sytuacji na dłuższą metę. Kreml niemal tradycyjnie już organizuje gazowe
ofensywy na sąsiadów w okolicach Nowego Roku lub prawosławnego Bożego
Narodzenia, więc za rok możemy się spodziewać nowego kryzysu.
Uderzające
jest to, że tym razem najbardziej poszkodowane wstrzymaniem tranzytu gazu
zostały Serbia, Słowacja, Węgry, Bułgaria i Austria. Czyli kraje prowadzące
przyjazną Rosji politykę, w których Gazprom ma liczne interesy. To wskazuje, że
Kreml przekroczył już Rubikon – czy to ze względów politycznych, czy
ekonomicznych – i nie ma sentymentu nawet dla swoich sojuszników. Mamienie
w tej sytuacji Polaków przez polityków opowieściami o tym, że my jesteśmy
rzetelnym i wiarygodnym kontrahentem, więc nam Rosja na pewno nie zgotuje tego
co Ukrainie, jest przejawem naiwności albo – twierdzą niektórzy –
swoistego sabotażu.
Mając tak niepewnego, a zarazem kluczowego partnera jak
Rosja (czysto rosyjski gaz pokrywa prawie 47 proc. naszego zużycia gazu), na
kuriozum zakrawa fakt, na jakie warunki godzimy się przy zakupie błękitnego
paliwa. Cena, którą płacimy Gazpromowi za gaz, jest tajemnicą, ale sami
urzędnicy przyznają, że nie można wykluczyć, iż płacimy więcej niż bogate kraje
Europy Zachodniej. Potwierdza to pośrednio analiza cen dla odbiorców gazu w
Polsce. Jak wynika z danych portalu Energy.eu i Eurostatu, ceny gazu w Polsce
należą do najwyższych w Europie. To cena uzależnienia od dostaw z Rosji i
nieudolności polskich polityków.
Symbolem tego, jak politycy dbają o nasze
bezpieczeństwo energetyczne, stał się Marek Pol, minister infrastruktury w
rządzie Leszka Millera. W 2003 r. „Wprost" ujawnił treść
skandalicznego protokołu dodatkowego do polsko-rosyjskiej umowy gazowej, który
„wynegocjował" Pol. Zgodziliśmy się w nim m.in. na postępujące
obniżki opłat, które Gazprom wnosi za tranzyt gazu przez Polskę (z 2,74 USD za
przesył 1000 m3 na odległość 100 km do 1 USD w latach 2014-2019). W ostatnich
latach, gdy ceny gazu na świecie sięgnęły szczytu, rosyjski gigant zarobił
krocie na eksporcie gazu, płacąc nam za jego przesył coraz mniej. Grzech
zaniechania obarcza wszystkie rządy po 1989 r., z wyjątkiem rządu Jerzego Buzka,
który pierwszy usiłował pozyskać gaz z Danii i Norwegii, ale zabrakło mu czasu,
żeby to sfinalizować. Nadzieja, iż rząd Tuska rozwiąże problem dywersyfikacji
dostaw (i gazu, i ropy), właśnie się rozwiewa.
Rok 2008 r. był czasem
zaniechania realizacji gotowych projektów dywersyfikacji dostaw gazu ziemnego do
Polski: budowy gazociągu Baltic Pipe z Danii, za pośrednictwem którego możliwy
byłby import surowca z Norwegii, oraz terminalu na gaz skroplony (LNG) w
Świnoujściu. To projekty odziedziczone po PiS, lecz oficjalnie poparte przez
rząd PO-PSL. Symptomatyczne było odejście w kwietniu 2008 r. w niejasnych
okolicznościach wiceministra gospodarki Eugeniusza Postolskiego, który
odpowiadał za bezpieczeństwo energetyczne. Pewnie ani premier Tusk, ani
wicepremier Pawlak nie chcieliby opowiadać ze szczegółami, jak
„skutecznie" Postolski negocjował w Rzymie z przedstawicielami OPEC
dostawy morzem LNG do planowanego gazoportu w Świnoujściu, które mają nas
uniezależnić od importu z Rosji. Po jego odejściu pół roku trwał wakat na tym
stanowisku, a kluczowe dla bezpieczeństwa energetycznego sprawy pozostawiono bez
nadzoru. Równolegle politycy koalicji PO-PSL, w tym wiceminister gospodarki Adam
Szejnfeld (PO), wygłaszali niefrasobliwie sądy („najpierw liberalizacja, a
potem dywersyfikacja") i martwili się, czy zapasy paliw i gazu nie zostały
ustalone za wysoko i czy nie są zbyt dużym obciążeniem dla koncernów. Powstał
paraliż decyzyjny, gdy premier postanowił „obejść" PSL i powołał
własny zespół ds. bezpieczeństwa energetycznego, który od początku był martwy z
powodu obstrukcji wciąż konstytucyjnie odpowiedzialnego za te kwestie Waldemara
Pawlaka.
Trudno zdjąć odpowiedzialność za taki stan rzecz z premiera i
rządu jako całości, zwłaszcza po przyjęciu przez Radę Ministrów uchwały o
likwidacji pełnomocnika rządu ds. dywersyfikacji. Politycy rządzącej koalicji
skupili się na fantazjowaniu o gazyfikacji węgla, zamiast realizować gotowe już
projekty. Co gorsza, podjęto działania na rzecz projektów de facto
uniemożliwiających realne zróżnicowanie źródeł dostaw gazu. Przy braku sprzeciwu
ze strony rządu PGNiG zaplanował budowę gazociągów łączących Polskę z Niemcami i
Austrią (przez Czechy). Realizacja tego pomysłu przy wsparciu rządu byłaby
równoznaczna z wiarą polityków w to, że w razie kolejnych przerw w dostawach
gazu z Rosji surowiec będzie można pozyskać z kierunku południowego (austriacki
hub gazowy w Baumgarten, kontrolowany w 50 proc. przez Gazprom) lub zachodniego
(Niemcy, uzależnione w 39 proc. od rosyjskiego surowca). Czyli że będzie możliwe
sprowadzanie rosyjskiego gazu z krajów, w których w kryzysowej sytuacji także go
zabraknie. Wybudowanie takich połączeń oznaczałoby też, że realizacja innych
projektów, wcześniej zatwierdzonych, nie będzie miała już sensu (na polskim
rynku nie ma miejsca na więcej niż jeszcze około 5 mld m3 gazu).
Realizację
najważniejszych projektów dywersyfkacyjnych – budowy krótkiego gazociągu
do Danii i terminalu LNG w Świnoujściu zlecono pierwotnie PGNiG, a potem
Gaz-Systemowi. Ale nie są one realizowane. W 2007 r. zaplanowano zakończenie
budowy podmorskiego gazociągu Baltic Pipe na 2010 r. Za jego pośrednictwem
przesyłane byłoby 2,5-3 mld m3 gazu z norweskiego szelfu kontynentalnego.
Stracono już rok i wspomniany termin jest nierealny. Rząd Tuska po raz drugi
– po gabinecie Leszka Millera – może więc pogrzebać ideę pozyskania
skandynawskiego gazu.
Gdyby Miller nie zablokował wejścia w życie umowy na
dostawy gazu zawartej za rządów AWS przez PGNiG z konsorcjum norweskich firm,
już w 2008 r. gazociągiem do polskiego wybrzeża płynęłoby 5 mld m3 gazu ziemnego
i nie balibyśmy się dziś, czy zabranie nam gazu w kuchenkach. Taka sama inercja
panuje w wypadku projektu budowy gazoportu w Świnoujściu. Gdyby rząd PO-PSL
cokolwiek robił, już w 2011 r. do terminalu LNG mógłby przypłynąć pierwszy
gazowiec. Tymczasem już się mówi, że opóźnienia w projektowaniu przesuną datę
uruchomienia gazoportu na 2013 r.
Niezależnie od tego, jak zakończy się
najnowsza odsłona rosyjsko-ukraińskiej wojny gazowej, powinniśmy pamiętać, że
nasze „partnerstwo energetyczne" z Rosją to związek łączący
alkoholika z jedynym w okolicy sklepem monopolowym. To dlatego wicepremier
Pawlak musi dziś spolegliwie twierdzić, że nie powinniśmy się opowiadać po
żadnej stronie obecnego konfliktu. Przecież w grudniu 2009 r. skończy się nam
kontrakt z powiązaną z Gazpromem spółką RosUkrEnergo na dostawę 2,5 mld m3 gazu
rocznie. I tylko od Rosjan zależy, czy będziemy mogli uzupełnić ten brak, i za
jaką cenę. Na dodatek Rosja zrobi wszystko, by obecny kryzys wykorzystać do
przekonania unijnych polityków, że należy przyspieszyć budowę gazociągów, które
ominą ukraińskich „złodziei" (a przy okazji także Polskę) i dotrą
bezpośrednio do Europy Zachodniej (chodzi o Gazociąg Północny przez Morze
Bałtyckie do Niemiec i Gazociąg Południowy przez Morze Czarne i Bałkany do
Austrii i Włoch).
Prawie dwa miesiące temu Rosjanie zasygnalizowali, że z
uwagi na krach gospodarczy potrzebują wsparcia finansowego unii dla realizacji
tych projektów. Nie ma się co łudzić, że takie argumenty nie padną w Brukseli na
podatny grunt. Dlatego zamiast oglądać się na unię i wyczekiwać oznak pojawienia
się wreszcie wspólnej polityki energetycznej, powinniśmy jak najszybciej
zrealizować własne projekty dywersyfikacji dostaw surowców energetycznych. Zanim
przyjdą kolejne święta i zabawa zacznie się od nowa, tyle że – jak
wskazuje dotychczasowa logika działań Kremla – w jeszcze większej
skali.
Dywersyfikacyjna
klęska
Sierpień 1993 – rząd Hanny
Suchockiej podpisuje z Rosją porozumienie o budowie dwóch nitek Gazociągu
Jamalskiego.
Luty
1995 – Marek Pol, minister przemysłu w rządzie Waldemara Pawlaka,
podpisuje polsko-rosyjski protokół międzyrządowy, zawierający
harmonogram budowy dwóch nitek gazociągu jamalskiego. Druga nitka ma
powstać do 2001 r. Z pierwszej nitki Polska ma prawo odbierać do 2,9
mld m3 gazu.
Wrzesień 1996
– PGNiG zawiera 25-letni kontrakt z Gazpromem na dostawy gazu do
Polski.
Wrzesień 1999 –
dwa lata po terminie zostaje ukończona budowa pierwszej nitki Gazociągu
Jamalskiego. Budowa drugiej stoi.
Grudzień 1999 – Gazprom oficjalnie proponuje Polsce
uczestnictwo w budowie nowego gazociągu omijającego Ukrainę.
Maj
2001 – rząd premiera Jerzego Buzka prosi Rosjan o zajęcie
stanowiska w
sprawie dokończenia budowy drugiej nitki Gazociągu Jamalskiego. Nie
otrzymuje odpowiedzi.
Czerwiec
– wrzesień 2001 – PGNiG podpisuje umowy
na dostawy gazu z Danii i Norwegii. Wynegocjowano kontrakt z Dansk Olie
og Naturgas (DONG) na budowę 230 km gazociągu, który połączyłby Stevens
w Danii z Niechorzem w Polsce. Zgodnie z umową od końca 2003 r.
kupowalibyśmy 2 mld m3 duńskiego gazu rocznie, a od 2007 r. także 5 mld
m3 gazu z Norwegii. Duńczycy zgodzili się pokryć dwie trzecie kosztów
budowy gazociągu, szacowanych na 335 mln euro. Rozmowy zostają
zawieszone po dojściu do władzy SLD.
Luty 2003 – Marek Pol,
minister infrastruktury w rządzie Millera, podpisuje dodatkowy protokół
do polsko-rosyjskiej umowy z 1993 r. Ogranicza on dostawy rosyjskiego
gazu do Polski. W protokole zapisano też obniżkę opłat za transport surowca
Gazociągiem Jamalskim przez Polskę. Zarabiają na tym Rosjanie, bo do nich należy
85 proc. przesyłanego tą trasą gazu.
Październik
2003 – po wynegocjowaniu niższych dostaw gazu z Rosji okazuje się,
że
zabraknie nam gazu. PGNiG musi go dokupić. Wybiera na dostawcę firmę
EuralTransGas. Jak się okaże, Departament Sprawiedliwości USA
podejrzewa, że ukrywa się za nią rosyjska mafia. Prawidłowość procedur
ze względu na pojawiające się zarzuty korupcji bada od 2006 r.
katowicka prokuratura.
Czerwiec
2004 – afera, która wybucha
wokół firmy ETG (okolicznościami powstania spółki intersują się FBI i
Interpol), doprowadza do powstania w jej miejsce firmy RosUkrEnergo,
zarejestrowanej w Szwajcarii. Przejmuje ona najważniejsze kontrakty
ETG, w tym interesy na polskim rynku. Sierpień 2005 – tuż przed
wyborami, po których SLD traci władzę, RosUkrEnergo podpisuje kontrakt
na dostawy gazu dla PGNiG.
Kwiecień
2006 – media ujawniają,
że spółka Raiffeisen Investment AG, która ma 50 proc. udziałów w
RosUkrEnergo, faktycznie reprezentuje firmę CentraGas Holding. Ta zaś
należy do biznesmenów z otoczenia prezydenta Ukrainy Wiktora
Juszczenki: Dmytra Firtasza i Iwana Fursina. Drugie 50 proc. udziałów
należy do Gazpromu.
Listopad-grudzień 2006 – kończy się
umowa PGNiG z RosUkrEnergo i brakuje nam 2,5 mld m3 gazu. Zawarty
zostaje nowy kontrakt, który wygaśnie w końcu 2009 r. RosUkrEnergo
podpisanie nowego kontraktu uzależnia od podwyższenia opłat za gaz w
głównym kontrakcie PGNiG z Gazpromem. | |
| |
Jerzy Buzek Eurodeputowany, premier w latach
1997-2001
W
2001 r. mój rząd wynegocjował umowę i doprowadził do podpisania
wstępnego kontraktu między PGNiG i firmami gazowymi z Danii i Norwegii.
Podpisałem też list intencyjny z premierami tych państw. Umowę na
dostawy poparła rada nadzorcza PGNiG i zatwierdził właściwy minister. W
tym sensie miała ona charakter rządowy. I to rząd – następny, czyli
SLD-PSL – odpowiada za odstąpienie od niej. Gaz, który miał docierać na
polskie wybrzeże ze źródeł norweskich, byłby niemal w tej samej cenie
co gaz rosyjski przesyłany do naszej zachodniej granicy. Nawet gdyby
był nieco droższy, to warto było zapłacić za bezpieczeństwo, którego
brak dziś dotkliwie odczuwamy. Tymczasem SLD już w czasie kampanii
wyborczej zapowiadał zerwanie kontraktu, którego jeszcze na oczy nie
widział.
Jacek
Saryusz-Wolski Eurodeputowany, szef komisji spraw zagranicznych Parlamentu
Europejskiego
Rosyjsko-ukraiński konflikt gazowy to kolejny dzwonek ostrzegawczy dla
UE. Z poprzednich tego rodzaju kryzysów politycy europejscy nie
wyciągnęli wniosków. Państwa UE muszą połączyć swoje systemy gazowe,
ustalić zasady utrzymywania rezerw i dzielenia się nimi. Niezbędne jest
też zróżnicowanie źródeł dostaw gazu. Polsce udało się zmienić
postrzeganie problemu bezpieczeństwa energetycznego przez państwa UE.
Nie idą za tym konkretne działania. Wciąż wiele państw UE preferuje
dwustronne rozmowy z Gazpromem, osłabiając siłę negocjacyjną wspólnoty
jako całości. Trzeba przyspieszyć budowę gazociągu Nabucco z Kaukazu
przez Turcję i Bałkany do państw UE, co pozwoli sprowadzać gaz ze
Wschodu z pominięciem Rosji. Ta jednak nie ustaje w wysiłkach, aby
utrącić ten projekt i przeforsować własne projekty, m.in. Gazociągu
Północnego.
Radosław
Dudziński Wiceprezes ds. strategii Polskiego Górnictwa Naftowego i
Gazownictwa
Odbiorcy
indywidualni i mali odbiorcy przemysłowi mają zabezpieczone dostawy
gazu. Obowiązek przygotowania planu ograniczeń poboru gazu mają duzi
odbiorcy, których dzienne zużycie przekracza 10 tys. m3. Podlegają oni
dziesięciostopniowemu planowi ograniczeń zużycia gazu (10. stopień
oznacza minimalne dostawy, niezbędne dla utrzymania w ruchu linii
produkcyjnych) uzgadnianemu z Operatorem Gazociągów Przesyłowych
Gaz-System. Rosjanie powiadamiali wcześniej o możliwych zakłóceniach
dostaw. Dzięki temu na początku 2009 r. mieliśmy około 90 proc.
zapasów. Obecnie – 80 proc., co wynika z przerwania dostaw gazu przez
Ukrainę. W pierwszych dniach kryzysu z magazynów trafiało do sieci 7-9
mln m3 gazu dziennie. Później pobór wzrósł do 20 mln m3 na dobę. Poza
dywersyfikacją dostaw ważna jest infrastruktura przesyłowa.
Adam
Szejnfeld Wiceminister gospodarki Nie istnieje ryzyko, że Polska
znajdzie się w sytuacji podobnej do Ukrainy. Jesteśmy wiarygodnym
klientem, wywiązujemy się terminowo z obowiązków odbiorcy gazu i nie ma
żadnych przesłanek, by nasze relacje z dostawcami rosyjskiego gazu
miały się załamać. Po renegocjacjach umów gazowych z Rosją mamy
długoterminowe kontrakty na gaz jamalski do 2022 r. (w 2009 r.
gazociągiem jamalskim przesyłane jest 9 mld m3 gazu). Mniejszą ilość
gazu (około 2,5 mld m3) dostarcza też z Azji Środkowej firma
RosUkrEnergo. Jednak ta umowa wygasa z końcem 2009 r. Dlatego już
prowadzimy rozmowy o jej przedłużeniu. Z krajowych źródeł pozyskujemy
około 4,5 mld m3 gazu. Dysponujemy też około 1,2 mld m3 rezerw. W razie
niedoborów najpierw uruchamiane są rezerwy handlowe. Klient
indywidualny nie powinien się obawiać żadnych zawirowań. | |
| |




