Najlepszym przykładem sytuacji, w której lepszym
wyjściem jest
pozwolenie na bankructwo firmy, a nie ratowanie jej za wszelką cenę,
jest ten dotyczący amerykańskich koncernów motoryzacyjnych z Detroit
– General Motors i Chryslera. GM, który już otrzymał duże wsparcie od
amerykańskiego rządu, prosi o zastrzyk gotówki także rządy europejskie,
grożąc zamykaniem fabryk w ich krajach (należący do niego Opel sugeruje,
że może zlikwidować trzy zakłady w Niemczech i Belgii). Politycy ulegają
tej presji, bojąc się, by nie wybrzmiało straszne słowo
„bankructwo".
Ale czy ono jest naprawdę takie straszne?
GM i
Chrysler zabiegają przede wszystkim o wsparcie (tzw. bailout)
amerykańskiego rządu. Liczą na życzliwość demokratów w Kongresie oraz
prezydenta Baracka Obamy. Nieprzypadkowo potężny związek zawodowy
pracowników przemysłu motoryzacyjnego United Auto Workers mocno wspierał
demokratów i Obamę w wyborach. W tym samym czasie zagraniczni producenci
aut, którzy mają swoje fabryki w południowych stanach USA, radzą sobie w
czasie recesji przyzwoicie. Ich załogi nie są w takim stopniu
uzwiązkowione, a zarządy nie domagają się pieniędzy podatników.
Robotnicy są tam dobrze opłacani, ale nie przepłacani.
Amerykańskie koncerny zaangażowały się w produkcję aut typu pikap i SUV
w czasach, kiedy na skutek wzrostu cen ropy konsumenci przesiadali się
do mniejszych, oszczędnych samochodów. Ale
główny problem polega na tym, że w dobrych czasach – w latach 80. i 90.
– koncerny z Detroit ustąpiły agresywnym związkowcom z UAW w kwestii
wysokości płac, emerytur oraz opieki zdrowotnej. Nie tak dawno GM płacił
5 mld USD rocznie za opiekę medyczną dla swoich emerytowanych i obecnych
pracowników. Te koszty ich przygniotły.
GM i Chrysler już skorzystały z dotacji od rządu federalnego i żądają
następnych. Straszą Waszyngton, że jeśli nie otrzymają pomocy, ogłoszą
bankructwo, co – jak przekonują – uderzy w dilerów i poddostawców
części
w całych Stanach. Grożą, że fatalnie odbije się to również na sytuacji
Pension Benefit Guaranty Corp. – instytucji federalnej, ubezpieczającej
emerytury m.in. pracowników przemysłu samochodowego. GM, posiadający
takie marki jak Opel, Saab, Vauxhall, straszy w podobny sposób również
rządy europejskie, domagając się i od nich wsparcia.
Bankructwo GM czy Chryslera jest jednak lepszym rozwiązaniem niż ich
dotowanie – tak dla podatników, jak i konsumentów. Szefowie tych
koncernów przekonują, że upadłość jeszcze bardziej podkopie sprzedaż ich
aut, bo klienci wystraszą się, czy bankruci będą w stanie honorować
gwarancje. Ale równie dobrze klienci mogą dostrzec w upadłości realną
szansę na uzdrowienie tych koncernów. Nie mówiąc o tym, że formalne
bankructwo i następnie gruntowna restrukturyzacja GM czy Chryslera
oznaczałyby dla konsumentów szansę na lepsze i tańsze samochody. Kupią
je od zagranicznych firm, które też produkują je w USA, zatrudniają
Amerykanów i płacą podatki do naszego skarbu państwa. Nie ma znaku
równości między upadkiem Detroit i upadkiem amerykańskiej gospodarki.
Upadłość pozwoliłaby GM i Chryslerowi unieważnić znaczną część umów
zawartych ze związkowcami. Bankructwo pomogłoby też sprowadzić płace w
tych koncernach do poziomu wynagrodzeń w innych fabrykach
motoryzacyjnych w USA, należących do inwestorów zagranicznych. Mogłoby
wreszcie zmusić do ustąpienia niekompetentne szefostwo GM i Chryslera.
Kiedy trener przegra kilka meczów, może usprawiedliwiać swój zespół
kontuzjami, brakiem szczęścia czy stronniczym sędziowaniem. Jeśli jednak
przegrywa seryjnie, zwykle się go zwalnia. To samo odnosi się do tuzów
świata biznesu. Jeśli firma przez długi czas źle funkcjonuje,
a jej konkurencja jest stale zyskowna, to czas poszukać nowej drużyny i
trenerów. Dotowanie koncernów z Detroit tylko odsunie w czasie to, co i
tak jest nieuchronne.