Prezydent Czech jest pasjonatem tego
sportu. Mam tę samą słabość. Tenis miał nadzwyczajny wpływ na moje życie.
Podczas wizyty Aleksandra Kwaśniewskiego w Pradze, w której
uczestniczyłam, Klaus nas zaskoczył. Pierwszym miejscem, które nam
pokazał w letniej rezydencji, był kort.
Tylko dzięki tenisowi znalazłam z nim wspólny język. W dawnej
Czechosłowacji spędziliśmy z mężem cztery lata i mogę się uznać za
przedstawicielkę czeskiej szkoły tenisa.
REKLAMA
Tam nie był to sport elitarny.
Graliśmy na kortach należących do dużego przedsiębiorstwa, na których
można było spotkać zarówno dyrektora, jak i młotkowego. Spędzałam tam
dużo czasu z malutkim dzieckiem: córka leżała w wózku przy korcie, a ja
grałam.
To wszystko przez męża. Gdy go poznałam, oświadczył, że mogę być jego
narzeczoną i ewentualnie żoną, ale pod jednym warunkiem: musiałam
przyjąć do wiadomości, że u niego na pierwszym miejscu jest praca, potem
tenis i ukochany piesek. Pieska udało mi się szybko wyeliminować z
trzeciego miejsca. Z tenisem było gorzej. Mąż spędzał każdą wolną chwilę
na korcie. A ja się tylko przyglądałam. Nie miałam więc wyjścia:
nauczyłam się grać.
Zaczęliśmy grać razem jako para mieszana. Potem startowałam w turniejach
singlowych. W tym czasie zostałam adwokatem. Przez kolejnych 10 lat
dzierżyłam tytuł mistrzowski w zawodach adwokackich. Wcześniej
mistrzynią korporacji była pewna dama ciesząca się dużym poważaniem w
środowisku. Odbierając jej tytuł, mogłam popaść w środowiskowe tarapaty.
Stało się jednak odwrotnie: po porażce nie tylko okazywała mi sympatię,
ale zaczęła mnie zapraszać na spotkania i dyskusje. Dzięki tenisowi
weszłam więc do prawniczej elity.
Potem przyszedł czas na politykę. Gdy podczas jednego z turniejów
toczyłam kolejny bój na korcie, pojawił się Jerzy Szmajdziński. Stanął
za mną i chcąc mnie wesprzeć, krzyczał: „graj na jego backhand!". U
większości tenisistów backhand jest słabszy od forhandu. Stosując się do
rady, starałam się uderzać w jedną stronę kortu. Dopiero pod koniec
meczu zorientowałam się, że nie miało to sensu, bo mój przeciwnik był
leworęczny. W tenisie jak w polityce – pomylenie lewicy z prawicą nie
kończy się dobrze.
Gdy zostałam szefową Kancelarii Prezydenta, nie zarzuciłam gry.
Aleksander Kwaśniewski potrafi
ł zrywać się o świcie, by o 6.00 rano być na korcie. Ja grywałam zwykle
nieco później. Po takim wysiłku zupełnie inaczej się pracuje. Również
jako posłanka nie odłożyłam rakiety, choć przeciwników mogę szukać tylko
wśród parlamentarnych kolegów. Niejednego z posłów udało mi się pokonać.
Pominę nazwiska, bo wiem, jak bardzo ambitni są moi koledzy. Gra z
kobietą jest dla mężczyzny trudniejsza. Kobiety traktują takie mecze
jako wyzwanie. Natomiast męska próżność nieraz nie radzi sobie z
porażką. Niektórzy próbują dorabiać do tego ideologię. Jeden z moich
kolegów twierdzi, że w grze przeciw kobiecie uderza piłkę słabiej. I
dlatego nie potrafi ze mną wygrać. Na szczęście tenis nie dyskryminuje.
Wspaniałymi, pełnymi pasji tenisistami są również niepełnosprawni.
Jednym z nich jest grający na wózku Jerzy Kulik z Płocka, z którym
wielokrotnie grywałam.
W tenisie towarzyskim ważną rolę odgrywa dyplomacja. Nikt nie lubi
przegrywać, a siły są często nierówne. Sztuka polega na uderzaniu piłki
tak, by słabszy przeciwnik się nie zorientował, że dajemy mu fory. To
trudna sztuka, ale udało mi się ją opanować. Zasadą powszechnie przyjętą
jest też to, że wynik meczu towarzyskiego pozostaje tajemnicą graczy.
Dlatego moi sejmowi koledzy mogą liczyć na dyskrecję. Chociaż ostatnio
się przekwalifikowali i wolą grywać w futbol. W tej sytuacji może też
zacznę kopać piłkę.
Jolanta Szymanek-Deresz – posłanka i wiceprzewodnicząca Sojuszu Lewicy
Demokratycznej. Była szefową kancelarii prezydenta Aleksandra
Kwaśniewskiego. Jest liderką łódzkiej listy wyborczej swojej partii do
europarlamentu.
Nie tylko dla kobiet - Na korcie z młotkowym
Prezydent Czech jest pasjonatem tego
sportu. Mam tę samą słabość. Tenis miał nadzwyczajny wpływ na moje życie.
Podczas wizyty Aleksandra Kwaśniewskiego w Pradze, w której
uczestniczyłam, Klaus nas zaskoczył. Pierwszym miejscem, które nam
pokazał w letniej rezydencji, był kort.
Tylko dzięki tenisowi znalazłam z nim wspólny język. W dawnej
Czechosłowacji spędziliśmy z mężem cztery lata i mogę się uznać za
przedstawicielkę czeskiej szkoły tenisa.
Tam nie był to
sport elitarny.
Graliśmy na kortach należących do dużego przedsiębiorstwa, na których
można było spotkać zarówno dyrektora, jak i młotkowego. Spędzałam tam
dużo czasu z malutkim dzieckiem: córka leżała w wózku przy korcie, a ja
grałam.
To wszystko przez męża. Gdy go poznałam, oświadczył, że mogę być jego
narzeczoną i ewentualnie żoną, ale pod jednym warunkiem: musiałam
przyjąć do wiadomości, że u niego na pierwszym miejscu jest praca, potem
tenis i ukochany piesek. Pieska udało mi się szybko wyeliminować z
trzeciego miejsca. Z tenisem było gorzej. Mąż spędzał każdą wolną chwilę
na korcie. A ja się tylko przyglądałam. Nie miałam więc wyjścia:
nauczyłam się grać.
Zaczęliśmy grać razem jako para mieszana. Potem startowałam w turniejach
singlowych. W tym czasie zostałam adwokatem. Przez kolejnych 10 lat
dzierżyłam tytuł mistrzowski w zawodach adwokackich. Wcześniej
mistrzynią korporacji była pewna dama ciesząca się dużym poważaniem w
środowisku. Odbierając jej tytuł, mogłam popaść w środowiskowe tarapaty.
Stało się jednak odwrotnie: po porażce nie tylko okazywała mi sympatię,
ale zaczęła mnie zapraszać na spotkania i dyskusje. Dzięki tenisowi
weszłam więc do prawniczej elity.
Potem przyszedł czas na politykę. Gdy podczas jednego z turniejów
toczyłam kolejny bój na korcie, pojawił się Jerzy Szmajdziński. Stanął
za mną i chcąc mnie wesprzeć, krzyczał: „graj na jego backhand!". U
większości tenisistów backhand jest słabszy od forhandu. Stosując się do
rady, starałam się uderzać w jedną stronę kortu. Dopiero pod koniec
meczu zorientowałam się, że nie miało to sensu, bo mój przeciwnik był
leworęczny. W tenisie jak w polityce – pomylenie lewicy z prawicą nie
kończy się dobrze.
Gdy zostałam szefową Kancelarii Prezydenta, nie zarzuciłam gry.
Aleksander Kwaśniewski potrafi
ł zrywać się o świcie, by o 6.00 rano być na korcie. Ja grywałam zwykle
nieco później. Po takim wysiłku zupełnie inaczej się pracuje. Również
jako posłanka nie odłożyłam rakiety, choć przeciwników mogę szukać tylko
wśród parlamentarnych kolegów. Niejednego z posłów udało mi się pokonać.
Pominę nazwiska, bo wiem, jak bardzo ambitni są moi koledzy. Gra z
kobietą jest dla mężczyzny trudniejsza. Kobiety traktują takie mecze
jako wyzwanie. Natomiast męska próżność nieraz nie radzi sobie z
porażką. Niektórzy próbują dorabiać do tego ideologię. Jeden z moich
kolegów twierdzi, że w grze przeciw kobiecie uderza piłkę słabiej. I
dlatego nie potrafi ze mną wygrać. Na szczęście tenis nie dyskryminuje.
Wspaniałymi, pełnymi pasji tenisistami są również niepełnosprawni.
Jednym z nich jest grający na wózku Jerzy Kulik z Płocka, z którym
wielokrotnie grywałam.
W tenisie towarzyskim ważną rolę odgrywa dyplomacja. Nikt nie lubi
przegrywać, a siły są często nierówne. Sztuka polega na uderzaniu piłki
tak, by słabszy przeciwnik się nie zorientował, że dajemy mu fory. To
trudna sztuka, ale udało mi się ją opanować. Zasadą powszechnie przyjętą
jest też to, że wynik meczu towarzyskiego pozostaje tajemnicą graczy.
Dlatego moi sejmowi koledzy mogą liczyć na dyskrecję. Chociaż ostatnio
się przekwalifikowali i wolą grywać w futbol. W tej sytuacji może też
zacznę kopać piłkę.
Jolanta Szymanek-Deresz – posłanka i wiceprzewodnicząca Sojuszu Lewicy
Demokratycznej. Była szefową kancelarii prezydenta Aleksandra
Kwaśniewskiego. Jest liderką łódzkiej listy wyborczej swojej partii do
europarlamentu.
