Skąd się biorą te problemy republikanów? To proste.
George W. Bush
naćpał się neokonserwatywnym towarem, wziął kluczyki i rozbił rodzinne
auto. Rozpoczął niepotrzebną wojnę z
państwem, które nas nie zaatakowało. Naśladując Lyndona B. Johnsona,
realizował utopijne programy reform szkolnictwa (No Child Left Behind) i
świadczeń zdrowotnych dla emerytów, co doprowadziło do powstania
olbrzymiej dziury budżetowej. Za kadencji Busha, który trąbił o
dobrodziejstwach globalizacji, zlikwidowano co czwarte miejsce pracy w
przemyśle amerykańskim, a deficyt w handlu zagranicznym wyniósł 5 bln
dolarów. Bush nie bronił granicy z Meksykiem przed inwazją imigrantów, a
później ogłosił amnestię. To nie jest polityka obozu Reagana. Bush
praktykował u neokonserwatystów.
Jak Partia Republikańska może odzyskać poparcie przeciętnych Amerykanów?
Jak ma przyciągnąć z powrotem tzw. demokratów Reagana, czyli tych,
którzy zaraz po prezydenturze Reagana z niesmakiem porzucili
republikanów? Aby to osiągnąć, Partia Republikańska znów musi być partią
Franka Ricciego.
Frank Ricci to strażak z New Haven w stanie
Connecticut, który po
jedenastu latach pracy postanowił – mimo dysleksji – zrealizować
swoje
marzenie i zostać porucznikiem, a następnie kapitanem. Porzucił wszelkie
dodatkowe zajęcia, wydał tysiąc dolarów na niezbędne podręczniki i uczył
się w każdej wolnej chwili. Kandydaci ubiegali się o osiem stanowisk
porucznika straży pożarnej. Ricci był szósty, ale po ogłoszeniu wyników
pojawiły się problemy. Oprócz jednego Latynosa wszyscy, którzy zdali,
byli biali. Władze New Haven uznały, że gdyby awansowano strażaków na
podstawie wyników tego egzaminu, wywarłoby to negatywny wpływ na
społeczność czarnoskórych. Zdecydowano więc o powtórzeniu egzaminu, aby
zapewnić „sprawiedliwe" rezultaty. Ponieważ Frank Ricci jest białym
włoskiego pochodzenia, nie awansował. Liberalni bigoci z władz miejskich
New Haven zniszczyli jego American dream. Gdyby Ricci i połowa tych,
którzy zdali egzamin, byli czarnoskórzy, pewnie już byliby porucznikami
lub kapitanami. Krzywda wyrządzona Frankowi Ricciemu niczym się nie
różni od krzywd wyrządzanych czarnoskórym przez dziesięciolecia
dyskryminacji.
W Stanach Zjednoczonych XXI wieku nadal obowiązuje
dyskryminacja rasowa.
Zmienił się tylko kolor skóry ofiar i uprzywilejowanych. Obecnie
przegrywają biali policjanci, strażacy i urzędnicy starający się o pracę
lub awans, ponieważ politycy przestrzegają zasady „zróżnicowania".
Na
tej samej zasadzie Amerykański Komitet Olimpijski mógłby odrzucić wyniki
biegów kwalifikacyjnych na 100 m i 200 m, gdyby nie zakwalifikował się żaden
biały. Byłoby podobnie jak z Frankiem Riccim.
Jeżeli Partia Republikańska chce zyskać poparcie Amerykanów, musi być
partią wracającą do zasady: „Brak dyskryminacji to brak
dyskryminacji".
Partia taka staje w obronie ofiar bigoterii władz i występuje przeciwko
hipokrytom takim jak liberałowie z New Haven. Zbiór ustaw z lat 60.,
który miał umożliwić dostęp do wykształcenia, zatrudnienia i awansu
warstwom i grupom społecznym w gorszym położeniu (tzw. affi
rmative action), powinien zapewnić wszystkim równe szanse. Tymczasem
stał się potężnym narzędziem w rękach tych, którzy chcą usuwać skutki
dawnych grzechów i przestępstw na tle rasistowskim, popełniając kolejne.
W Kalifornii oraz w stanach Michigan i Washington, gdzie zwolennicy
Partii Republikańskiej nie dominują, większość opowiedziała się za
zniesieniem ustaw dotyczących affirmative action. Tylko w Kolorado ich
zwolennicy wygrali nieznaczną przewagą głosów jesienią 2008 r. Nastał
czas, aby zgodnie z zasadami republikańskimi do ustaw federalnych
wprowadzić zakaz wszelkich preferencji z powodu pochodzenia rasowego i
płci przy jednoczesnym zakazie dyskryminacji. Taka polityka zapewni
republikanom poparcie Amerykanów, gdyż ten program jest zgodny z
zasadami, które każdy ma wyryte w sercu. Przecież w gruncie rzeczy nawet
liberałowie wiedzą, że Franka Ricciego skrzywdzono i nie było to
sprawiedliwe.