Budowa autostrad nie ciągnie się w ślimaczym tempie
dlatego, że jest
zbyt kosztowna. Przeciwnie, drogi szybkiego ruchu są zbyt opłacalne.
Dokończenie budowy zaledwie trzech tras – A1, A2 i A4 –
pozwoliłoby
oszczędzić polskim kierowcom prawie 1,5 mld zł rocznie tylko na paliwie. Ale
politykom taki scenariusz jest nie na rękę, ponieważ zaowocowałby
poważnym spadkiem wpływów do budżetu państwa.
Każdy litr benzyny wlany do baków naszych aut zasila
jednocześnie
publiczną kasę. I to szerokim strumieniem. Gdyby nie akcyza (1,56 zł),
opłata paliwowa (11 gr) oraz podatek VAT (ok. 80 gr), litr benzyny na
stacji kosztowałby dzisiaj najwyżej 2 zł. Wniosek jest zatem prosty – im
więcej spalają samochody Polaków, tym urzędnicy z większą satysfakcją
zacierają ręce. W 2008 r. tylko na akcyzie i opłacie paliwowej państwo
zarobiło ponad 23,8 mld zł. A to dopiero połowa kwoty, którą wyciągnęło
z kieszeni kierowców. Jak obliczył „Wprost", pod postacią
wszelkiego
rodzaju podatków i opłat w 2008 r. państwo zdarło z polskich kierowców
gigantyczną kwotę 51 mld zł (średnio po 3 tys. zł na kierowcę), podczas
gdy całkowity dochód budżetu zamknął się kwotą mniej więcej 280 mld zł.
Oznacza to, że właściciele aut „sponsorowali" 18 proc. całych
finansów
publicznych. – Gdyby państwo choćby częściowo zrezygnowało z drenażu
kieszeni kierowców, nie miałoby czym zastąpić powstałej w ten sposób
wielkiej dziury budżetowej – zauważa Tadeusz A. Mosz, publicysta
ekonomiczny z TVP.
Rządzący nie przepuszczą żadnej okazji do złupienia kierowcy. Pobierają
„prowizję" od każdej transakcji – zakupu auta, jego
rejestracji,
tankowania, naprawy, przeglądu, uzupełnienia płynu w spryskiwaczach,
przejazdu autostradami. Mało kto – z obaw przed popadnięciem w depresję
– decyduje się na wyliczenie sumy, którą wrzuca do państwowej studni bez
dna z tytułu tego, że jest kierowcą. Jeżeli ktoś chce kupić nowy
samochód za 72 tys. zł (średnia cena nowego auta sprzedanego w Polsce w
2008 r.) i przejechać nim w ciągu roku 30 tys. km, musi liczyć się z
tym, że będzie oddawał państwu średnią krajową płacę netto miesięcznie.
– Same podatki zawarte w cenie mojego samochodu to prawie 15 tys. zł. Na
paliwo wydałam ponad 10 tys. zł, z czego 6 tys. zł zabrało państwo.
A za przeglądy i naprawę po małej stłuczce VAT wyniósł 1 tys. zł. Razem
daje to 22 tys. zł, które podczas rocznego użytkowania samochodu
musiałam zostawić w publicznym budżecie – wylicza Urszula Kopczyńska,
fizjoterapeutka z Olsztyna, która rok temu kupiła nową škodę octavię.
Co gorsza, zarówno Urszula Kopczyńska, jak i pozostałych 16,6 mln
polskich kierowców byliby w stanie przełknąć tę podatkową czarę goryczy,
gdyby za te pieniądze państwo zapewniło im przynajmniej przyzwoitą
jakość „drogowego życia". Ale tak nie jest. – Rocznie
przejeżdżam po
Polsce 70 tys. km, samochód zmieniam co dwa lata. Jak obliczyłem, w
ciągu ostatnich pięciu lat oddałem państwu w podatkach i opłatach niemal
80 tys. zł. Z „wdzięczności" za to rządzący skazują mnie na
siedmiogodzinne męki na trasie Warszawa – Wrocław i co dwa kilometry
ustawiają radar – skarży się Michał Tarczyński, przedsiębiorca ze
Śląska.
W porywach miłosierdzia politycy przekazują na utrzymanie dróg zaledwie
jedną czwartą z ponad 50 mld zł, które zabierają kierowcom. W 2008 r.
Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad wydała na remonty i budowę
zaledwie 15 mld zł, ale w tej kwocie mieściły się także dotacje z
unijnych funduszy strukturalnych.
W latach 2004-2006 Bruksela
wydała na polskie drogi 4,8 mld euro. Za
te pieniądze zbudowano m.in. 192 km autostrad i wyremontowano kilkaset
kilometrów dróg krajowych. Dla porównania, w tym samym czasie za
pieniądze państwa i inwestorów prywatnych zbudowano zaledwie 96 km
autostrad. Obecnie w budowie są 154 km
autostrad i 212 km dróg ekspresowych, z czego dwie trzecie finansuje
unia. Gdzie zatem podziały się miliardy złotych od polskich kierowców?
Okazuje się, że głównie łatają dziury w innych sektorach, np. kolejowym.
Za pieniądze z akcyzy paliwowej państwo remontuje tory i wspiera PKP, by
z powodu bankructwa nie stanęły na bocznicy. Nie jest też tajemnicą, że
część z 22 mld zł pobranych pod postacią akcyzy pomogła przetrwać
wojsku, służbie zdrowia i resortowi edukacji. Zaledwie 20 proc. tej
kwoty zostało przeznaczone na budowę i remonty dróg, czego efektami
chwali się sama GDDKiA w raporcie o stanie polskich szos. Na koniec 2008
r. ponad 21 proc. krajowych dróg było w stanie krytycznym i wymagało
natychmiastowego remontu, a kolejne 25 proc. przedstawia „stan
niezadowalający", czyli całkiem rozsypie się lada dzień. – To
przykre,
ale pieniądze kierowców podatników rozpływają się jak we mgle i nic nie
można z tym zrobić – kwituje ekonomista Ryszard Petru.
Jeszcze lepszym dowodem tego, jak pazerni na pieniądze kierowców są
politycy, jest przykład opłat pobieranych przy rejestracji samochodu. Jeszcze
trzy lata temu urzędy komunikacji inkasowały po 500 zł za wydanie tzw.
karty pojazdu. Zarabiał na tym oczywiście budżet i to niemało – ok.
600-700 mln zł rocznie na czysto. W styczniu 2006 r. Trybunał
Konstytucyjny stwierdził, że opłata jest drastycznie zawyżona, i nakazał
jej zmniejszenie. Obecnie wynosi ona 75 zł, bo taki jest rzekomo koszt
druku i dystrybucji dokumentu, co także wydaje się znaczną przesadą
(specjaliści oceniają rzeczywistą wartość karty na 8-10 zł).
Ministerstwo Infrastruktury, któremu po wyroku trybunału zawalił się
projekt wpływów budżetowych, bardzo szybko znalazło wyjście z trudnej
sytuacji. Wprowadziło nową, 500-złotową opłatę recyklingową pod
pretekstem pokrywania kosztów złomowania wszystkich wychodzących z
użycia samochodów. Docelowo pieniędzmi miało zarządzać Ministerstwo
Środowiska. I zarządza – przekazując wpływ z opłaty (w ubiegłym roku 550
mln zł) na budowę kanalizacji w gminach.
Kierowcy są wpuszczani przez
rządzących w kanał na każdym kroku. Tak się stało także w wypadku opłaty
paliwowej zawartej w cenie benzyny, która miała być przeznaczana na
remonty dróg. Tymczasem wpływy z tego parapodatku zasilają kasy
prywatnych firm zarządzających autostradami. W 2004 r. opłata zastąpiła
podatek drogowy, od którego uiszczania kierowcy się
wymigiwali. W założeniu pochodzące z niej pieniądze miały zasilać
Krajowy Fundusz Drogowy (z przeznaczeniem na drogi). W rzeczywistości
trafiają do kasy prywatnych koncesjonariuszy autostrad – Autostrady
Wielkopolskiej (operator A2), Stalexportu (A4) czy GTC (A1). Państwo
zobowiązało się bowiem, że będzie zwracało im koszty przejazdu przez
autostrady tirów (właściciele ciężarówek wykupują specjalne winietki i
zgodnie z prawem unijnym nie można od nich dodatkowo pobierać opłat na
bramkach autostradowych). W ten sposób kierowcy samochodów osobowych
płacą za to, że tiry mogą za darmo śmigać bezpiecznymi, szybkimi i
płatnymi autostradami.
Polskie autostrady to osobny, barwny temat
mający wiele wspólnego z UFO
– wielu o nich słyszało, ale mało kto je widział.
Prawda jest jednak taka, że państwo nie buduje ich szybko i sprawnie nie
dlatego, że nie może, lecz dlatego, że nie chce. Z raportu „Którędy
droga" przygotowanego przez PricewaterhouseCoopers, fundację Forum
Obywatelskiego Rozwoju, kancelarię Wardyński i Wspólnicy oraz firmę 4C
Future wynika, że zakończenie budowy autostrad A1, A2 i A4 pozwoliłoby
zaoszczędzić w ciągu 25 lat przynajmniej 34 mld zł na paliwie oraz
dodatkowe 30 mld zł na czasie podróży. Przy takich założeniach budowa
szybkich, bezpiecznych tras zwróciłaby się po 15 latach. Równocześnie
jednak państwo zaczęłoby tracić wpływy z podatków. Politycy doskonale
wiedzą, że na dziurawej, zapchanej tirami drodze, gdzie trzeba
gwałtownie przyspieszać i hamować, zużycie paliwa może być nawet o 30
proc. wyższe niż podczas jazdy z jednostajną prędkością po autostradzie.
A to oznacza o 30 proc. wyższe wpływy z podatków.
Zrekompensować
podatkowe straty mogłyby oczywiście opłaty za autostrady, ale – jak
pokazuje doświadczenie – wielu Polaków omija je szerokim łukiem. Powodem
są ceny. Przejazd stukilometrowym odcinkiem A2 z Konina do Poznania
kosztuje 22 zł, dlatego wielu kierowców w ramach oszczędności wybiera
bardziej czasochłonną, ale bezpłatną starą trasę drogą nr 92. – Dwa razy
w tygodniu muszę dojechać do Poznania. Chcąc pokonywać tę trasę
autostradą, do ceny paliwa musiałbym dorzucić jeszcze 400 zł myta
miesięcznie – mówi Arkadiusz Gzela, student z Konina. Jeżeli równie
„rozsądne" ceny będą miały inne budowane w Polsce autostrady, to do
kosztów wakacyjnego wyjazdu z Krakowa do Sopotu trzeba będzie doliczyć
ok. 300 zł opłaty za przejazd autostradą.
Politycy przygniatają
kierowców podatkami, ponieważ zdają sobie sprawę z tego, że to grupa,
która nigdy się nie zbuntuje przeciwko takiemu ciemiężeniu. Nikt przy
zdrowych zmysłach nie zamieni w dzisiej-
szych czasach auta na rower. Prawem jazdy dysponuje ponad połowa
dorosłych obywateli, a mimo to nie mają oni żadnej oficjalnej
reprezentacji politycznej. – Po prostu nie są zorganizowaną grupą
interesu – ocenia prof. Jacek Wasilewski, socjolog ze Szkoły Wyższej
Psychologii Społecznej. Dodaje, że w Polsce właścicieli samochodów
postrzega się dzisiaj niemal identycznie jak w czasach PRL. – Kierowca
nie należy do klasy robotniczej. Jest w społeczeństwie kimś bogatszym i
powinien za to „cierpieć". I to w czasach, gdy samochód na chodzie
można
kupić taniej niż telefon komórkowy – dodaje prof. Wasilewski.
To, że w oczach polityków samochód nadal jest dobrem luksusowym, a nie
naturalnym przedłużeniem ręki każdego normalnego obywatela, doskonale
obrazuje akcyza. Jest ona niczym innym jak
podatkiem od wzbogacenia, od którego stosowania zachodnie państwa
odeszły już w latach 80. Tymczasem u nas nadal robi on zawrotną karierę.
Każdy, kto sprowadza z zagranicy auto lub kupuje nowe, na miejscu musi
za- płacić państwu „myto" – w wypadku pojazdu z silnikiem o
pojemności
mniejszej niż 2 tys. cm? wynosi ono 3,1 proc. wartości auta, a powyżej 2
tys. cm? aż 18,6 proc. W myśl takiej idiotycznej zasady właściciel
wartego 90 tys. zł forda mondeo 2,3 płaci sześciokrotnie wyższy „podatek
od wzbogacenia" niż kierowca kosztującego 180 tys. zł bmw 520d. Żeby
było jeszcze śmieszniej i jednocześnie żałośniej, akcyza i VAT stanowią
jedną trzecią wartości mondeo, czyli prawie 30 tys. zł.
–
Rozwiązanie, w
którym akcyza jest uzależniona od pojemności silnika, jest najbar-
dziej niesprawiedliwą spośród wszystkich metod, którymi państwo wyciąga
pieniądze od kierowców– uważa Wojciech Drzewiecki, szef firmy Samar
monitorującej polski rynek motoryzacyjny. Dodaje, że śmieją się z nas
nawet Bułgarzy i Rumuni, gdzie już dawno akcyzę zastąpiono tzw.
podatkiem ekologicznym, którego wysokość jest uzależniona wyłącznie od
tego, ile samochód produkuje spalin. Takie rozwiązanie ma zachęcić
kierowców do jeżdżenia młodszymi, bezpiecznymi, oszczędnymi i
ekologicznymi samochodami. Modele najbardziej przyjazne środowisku i
nieprzyjazne koncernom naftowym w wielu krajach są całkowicie zwolnione
z ekopodatku.
Tymczasem w Polsce o wprowadzeniu podobnego rozwiązania od pięciu lat
wyłącznie się mówi, ale jeszcze nikt nie wziął się do wdrażania pomysłu
w życie. O co więc chodzi? Oczywiście o pieniądze – prawo nie działa
wstecz, więc ekopodatkiem nie mogłyby zostać obłożone samochody już
zarejestrowane (a więc w 60-70 proc. nieekologiczne, na których państwo
zarobiłoby najwięcej). Z kolei kupujący nowe, ekonomiczne auta nie
zostawiliby w budżecie tyle pieniędzy, ile wpływa z tytułu obowiązującej
akcyzy (ponad 1,5 mld zł rocznie). W dodatku jeżdżąc bardziej wydajnymi
autami, sporo mniej pieniędzy wydawaliby także na stacjach benzynowych,
a to oznaczałoby odpływ z państwowej kasy środków z akcyzy paliwowej. I
tak koło się zamyka.
Jest mało prawdopodobne, aby politycy przeszli od słów do czynów i
zastąpili akcyzę podatkiem ekologicznym, choć obecny rząd twierdzi, że
prace nad takim rozwiązaniem trwają. Ale eksperci nawet nie kryją
rozbawienia tymi obietnicami.
– Statystycznie rzecz biorąc, każda z partii była zarówno za, jak i
przeciw. Urzędnicy myślą krótkofalowo – twierdzi Jakub Faryś z Polskiego
Związku Przemysłu Motoryzacyjnego. Wtóruje mu Wojciech Drzewiecki. –
Jesteśmy jedynym krajem europejskim, który nie wypracował spójnej
polityki motoryzacyjnej – uważa szef Samaru. Jest też socjologiczne
wytłumaczenie tego zjawiska. – Politycy czują, że podatek ekologiczny
mógłby uderzyć w najuboższych, więc nikt nie będzie chciał za nim
głosować – przewiduje prof. Jacek Wasilewski i zwraca uwagę na kluczowe
w tym zdaniu słowo „czują". Okazuje się bowiem, że żadna partia w
Polsce
nie prowadzi badań na temat prawdziwych oczekiwań swoich wyborców. W
Stanach Zjednoczonych obie partie mają stałe zaplecze
analityczno-badawcze, za którego pośrednictwem wsłuchują się w życzenia
obywateli. – Nasi politycy nie oczekują od socjologów odpowiedzi na
pytania, tylko chcą podkładek do własnych tez – podsumowuje prof.
Wasilewski.
DIAGNOZA W PIGUŁCE
Ponad 50 mld zł zostawili w zeszłym roku zmotoryzowani Polacy w
publicznej kasie pod postacią różnego rodzaju podatków, parapodatków i
opłat.
Zaledwie jedna czwarta pieniędzy, które
kierowcy zostawiają w kasie państwa, wróciła do nich w formie wydatków
na nowe i wyremontowane drogi.
Budowa autostrad ciągnie się w ślimaczym tempie, dlatego że
jest… zbyt opłacalna. Oszczędność na paliwie zaowocowałaby poważnym
spadkiem wpływów do budżetu państwa.

Ilustracja:
D. Krupa