Dzięki zastosowaniu Tamiflu u dzieci, ryzyko rozprzestrzeniania się epidemii maleje, lecz nie znika. Po podaniu leku choroba trwa do półtora dnia krócej, za to jego skutki uboczne często bywają niepożądane, lub wręcz groźne.
Już tydzień temu brytyjska agencja ochrony zdrowia (Health Protection Agency) informowała, że dzieci profilaktycznie poddane kuracji Tamiflu, mają nocne koszmary i wymiotują. Dotyczyło to aż połowy z 248 zaszczepionych „na wszelki wypadek" uczniów szkoły, do której chodził chłopiec zarażony „świńską grypą". Zdaniem doktora Carla Henegana, lekarza i eksperta John Radcliffe Hospital w Oxfordzie, negatywne skutki działania szczepionki przeważają nad pozytywnymi. Dlatego wzywa brytyjskie Ministerstwo Zdrowia do zrewidowania zarządzenia o sposobach walki z pandemią. Obecnie w Wielkiej Brytanii Tamiflu jest powszechnie dostępna bez recepty.
REKLAMA
We Francji problem nie jest tak palący, ponieważ na Tamiflu potrzeba recepty. Szczepienie można przepisać dzieciom od 1 roku życia, ale tylko w przypadkach chorobowych, uznanych za poważne, tj. przy ostrym zapaleniu dróg oddechowych, kaszlu, dusznościach i gorączce powyżej 39 stopni. Tymczasem francuska agencja bezpieczeństwa sanitarnego podkreśla, że większość przypadków AH1N1 ma co najwyżej objawy lekkiego przeziębienia.
Przedstawicielka agencji dodaje jednak, że mimo iż Tamiflu nie daje oszałamiających efektów, na razie jest jedynym dostępnym lekiem w wypadku nasilenia pandemii. – Jest oczywiście wiele niewiadomych związanych ze stosowaniem tej szczepionki na wielką skalę – podkreśla w rozmowie z „Le Monde".
Producent Tamiflu, koncern Roche, twierdzi, że zagrożenie epidemiologiczne w Wielkiej Brytanii jest większe, dlatego nie dziwi ich tamtejsze większe użycie szczepionki. Alarmującą krytykę naukowców z Oxfordu Roche przyjmuje jako sianie zamętu. Zgadza się jednak, że konieczność zaszczepienia dziecka Tamiflu powinien stwierdzić lekarz, podsumowuje „Le Monde".
AN/bcz