Pierwszym przewodniczącym Rady Europejskiej będzie belgijski premier
Herman Van Rompuy, który jest mało znany nawet w swoim kraju, nie mówiąc już o
szerszym świecie. A pierwszym reprezentantem kontynentu w dziedzinie polityki
zagranicznej będzie zdolna, ale nieznana baronessa z brytyjskiej Partii Pracy
Catherine Ashton, która jest równie nieodgadniona. Na widok żadnego z nich nie
stanie ruch uliczny w Brukseli, nie mówiąc już o Pekinie. Projekt konstytucji UE
z 2004 r. miał na celu stworzenie wyróżnialnego przywództwa, ale narody Holandii i
Francji pokrzyżowały te zamiary. Ambicja zapewnienia 500 milionom Europejczyków
nowego głosu utrzymała się jednak w Traktacie Lizbońskim, któremu groziła zagłada w
Irlandii i w rezultacie resentymentów na Wschodzie.
W końcu Europa mogła być
zgalwanizowana przez dynamicznego przywódcę, w końcu Bruksela mogłaby włączyć się do
dyskusji o Bliskim Wschodzie, Afryce czy środowisku przy pomocy postaci, która
mogłaby być partnerem dla waszyngtońskiej sekretarz stanu. Ale kandydatura Tony'ego
Blaira wywołała podziały i skazana była na klęskę. Europa po cichu wróciła na stary
szlak.
REKLAMA
Francusko-niemiecka zmowa na korzyść nieznanego Belga była dokładnie tym
jak sprawy załatwiano dotychczas, zupełnie jakby Szwedzi, Polacy i inni nigdy nie
dołączyli do tego klubu. Nie było kłębów białego dymu, ale zakulisowy sposób, w jaki
27 dumnych demokracji podjęło decyzje powoduje, że dla porównania Watykan wygląda
prawie jak przezroczysty - uważa brytyjski dziennik. Zdaniem "Guardiana", Blair
byłby pożądanym silnym przywódcą UE, ale jego katastrofalna decyzja uczestniczenia w
inwazji na Irak była wystarczającym powodem do wykluczenia go z konkurencji.
PAP