W komentarzu pod prowokacyjnym tytułem
"Dwójka nieznanych wcieli Europę jutra" gazeta przyznaje, że nowe unijne osobistości
są mało co prawda nieznane poza swoimi okręgami wyborczymi, ale "decyzja o ich
wyborze otwiera interesujące perspektywy". A to dlatego, że Rada Europejska,
grupująca szefów państw i rządów "27", wcale nie potrzebuje charyzmatycznego lidera,
a zaletą Ashton jest to, że pochodzi z eurosceptycznej Wielkiej Brytanii.
"W
federalistycznej koncepcji Europy siła napędowa nie spoczywa w Radzie szefów państw
i rządów, ale w Komisji Europejskiej, która jest rzeczywistym sercem całej machiny.
Europa nie może być rządzona metodą międzyrządową, która sprowadza się zbyt często
do powierzenia wspólnej przyszłości dyrektoriatowi wielkich krajów członkowskich. Ta
wizjonerska rola musi przynależeć Komisji Europejskiej, która sprawuje pieczę nad
interesem wspólnotowym" - pisze dziennik.
REKLAMA
Wybór Van Rompuya i jego wizja
sprawowania urzędu jako mediatora między krajami członkowskimi wrażliwego na
problemy wszystkich z nich to umożliwia. "Le Soir" opisuje go z dumą jako
"architekta niemożliwych kompromisów, który ponad wszystko unika mącenia wody".
Kiedy on wykorzysta swoje talenty zażegnując spory między krajami członkowskimi, KE
będzie mogła zająć się posuwaniem europejskiego projektu do przodu.
Także wybór
pozbawionej doświadczenia w dyplomacji Ashton - zdaniem "Le Soir" - jest szansą dla
UE. Zdaniem gazety, stojąc na czele unijnego korpusu dyplomatycznego przede
wszystkim będzie się ona mogła oprzeć na tradycjach i sile brytyjskiej dyplomacji.
Ponadto wybór potwierdza rolę Wielkiej Brytanii w świecie i służy mocnemu
zakotwiczeniu jej w UE na co najmniej kolejne 5 lat, czyli podczas kadencji nowej
szefowej unijnej dyplomacji, która zasiądzie w KE na stanowisku wiceprzewodniczącej.
"Le Soir" cieszy się, że skoro Londyn wymógł, iż ma mu przypaść stanowisko wysokiego
przedstawiciela ds. polityki zagranicznej UE, to objął je nie przysłany minister
brytyjskiego rządu, ale unijna komisarz ds. handlu.
"To powinno przybliżyć Wyspy
do kontynentu i zmniejszyć możliwości szkód ze strony eurosceptycznej Anglii, co
będzie tym cenniejsze, kiedy konserwatyści wrócą do władzy" w Londynie - wyraża
nadzieję gazeta.
Ale "Le Soir" pisze też o wyzwaniach, jakie stoją przed
dotychczasowym belgijskim premierem, wśród których za najważniejsze uznaje wyjście z
cienia wielkich krajów, dzięki którym objął stanowisko: Niemcom, Francji i Wielkiej
Brytanii. "To wybór dobry i dla UE i dla Belgii" - konkluduje jednak
gazeta.
Belgijską prasę przepełnia duma i radość z nominacji Van Rompuya, którą
przyćmiewa nieco niepokój o przyszły kształt rządu w Brukseli. Powrót nielubianego
przez frankofonów Yvesa Leterme'a z tej samej co Van Rompuy flamandzkiej partii
chrześcijańskich demokratów, jest niemal przesądzony, a to grozi ponownym otwarciem
sporów językowych i politycznych między dominującymi na scenie politycznej
Flamandami z Północy a frankofonami z Południa. Frankofoni mają za to szansę na
objęcie opuszczonego przez Leterme'a stanowiska szefa belgijskiej dyplomacji; za
kandydatów uważa się przedstawicieli liberałów Didiera Reyndersa oraz Charlesa
Michela.
PAP