– Nie, nie. Z ręką na sercu panu mówię. Donald
nie proponował mi ani premierostwa, ani kierowania partią – kryguje się w
rozmowie z „Wprost" Hanna Gronkiewicz-Waltz. Kiedy to mówi, Tusk cały
czas czujnie zerka na nią z wiszącego na ścianie zdjęcia – pamiątki z
audiencji u Jana Pawła II (na pierwszym planie ona klęka przed Ojcem Świętym,
Donald stoi kilka metrów dalej). Gdy ją dociskamy, konsekwentnie zasłania się
miłością do Warszawy i chęcią walki o reelekcję. W jej oczach widać jednak błysk
ekscytacji. Nic dziwnego. To, że Tusk może po nią sięgnąć w razie zwycięstwa w
wyborach prezydenckich, jest dziś jednym z najczęściej kreślonych planów na
szczytach Platformy.
Wariant z Gronkiewicz-Waltz czołowi politycy PO
wymieniają jednym z tchem z nazwiskami Jacka Rostowskiego, Jana Krzysztofa
Bieleckiego, Michała Boniego, Bronisława Komorowskiego czy Sławomira Nowaka
– pretendentów do stanowisk premiera i szefa partii. – Pole manewru
jest nieduże. Po wyautowaniu Schetyny w grę wchodzi tylko kilka osób. Hania bez
wątpienia jest wśród nich – twierdzi jeden z naszych rozmówców. W
Platformie snuje się nawet konkretne scenariusze: jeśli Tusk zrobi szefem partii
Nowaka, to ogłosi zmianę pokoleniową. A jeśli postawi na Hannę, to posłuży się
wygodnym wytrychem parytetu w stylu „kobieta premierem, mężczyzna
przewodniczącym PO albo na odwrót". Gronkiewicz-Waltz w mediach może
pokazuje się mało, ale jeśli chodzi o życie wewnętrzne platformy, to – jak
określiła to w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" – stoi blisko
przewodniczącego. Była na przykład jedną z osób, z którymi Tusk konsultował się
w sprawie afery hazardowej. Z ustaleń „Wprost" wynika, że rozmawiali
m.in. po słynnej konferencji Mirosława Drzewieckiego. Prezydent Warszawy
powiedziała mu wtedy: „Nie masz wyjścia, musisz dymisjonować". I Tusk
zdymisjonował.
Kto
wciągnął ją do partii, czy Tusk ufa jej do końca, dlaczego nazywają ją Bufetową
- o tym więcej przeczytasz w poniedziałkowym wydaniu tygodnika
"WPROST".