Obecna recesja, przez którą miliony ludzi tracą pracę,
zaczęła się od
tego, że kolejne amerykańskie administracje tworzone przez obie partie
zmuszały banki i innych pożyczkodawców do udzielania kredytów
hipotecznych klientom ryzykownym.
Tym z niskimi dochodami, złą historią kredytową lub niezdolnością (albo
brakiem chęci) do dokonania znacznej wpłaty przy zakupie domu. Czy to
było głupie?
Wcale nie. Przecież politycy nie ryzykowali
swoich
pieniędzy, a w większości wypadków nie były to nawet pieniądze rządu.
Miliony ludzi tracą pracę, ale politycy swoje posady utrzymują, a
stanowisk w biurokracji państwowej przybywa. Nierozważną politykę
obniżania kryteriów przyznawania kredytów hipotecznych najenergiczniej
propagował Barney Frank, demokrata z Izby Reprezentantów, który
lekceważył ostrzeżenia, że to ryzykowny program, a w 2003 r. stwierdził,
iż chce to ryzyko na rynkach nieruchomości zwiększyć jeszcze bardziej.
Nie należy jednak z tego powodu pochopnie zakładać, że Frank nie
zostanie ponownie wybrany w 2010 r.
Po kaskadzie katastrof gospodarczych, która rozpoczęła się w 2006
r. na
rynku nieruchomości, a później wdarła się na rynki finansowe na Wall
Street, sektor prywatny się opamiętał. Liczba ryzykownych kredytów
udzielanych przez banki znacznie spadła. Nabywcy zaczęli kupować
nieruchomości, na które mogli sobie pozwolić, zamiast się decydować na
„kreatywne" plany spłat w celu nabycia domów lub mieszkań zbyt
drogich
jak na ich możliwości. Politycy jednak podążali w przeciwną stronę.
Tłumacząc to dążeniem do „ratowania" rynku nieruchomości,
kongresmeni
przyjęli ustawy umożliwiające ubezpieczenie przez Federalną Agencję
Mieszkaniową (FHA) więcej ryzykownych kredytów i wyższych pożyczek.
Zaciągając kredyt, wystarczy wpłacić niecałe 4 proc. ceny nieruchomości.
Podawano niedawno przykład trzech młodzieniaszków, którzy się
zrzucili,
uzbierali 33 tys. USD i kupili w San Francisco dom kosztujący prawie
milion dolarów. Dlaczego bank pożyczył im tyle pieniędzy, choć wpłacili
znikomą część?
Ponieważ kredyt był ubezpieczony przez FHA, więc bank nie podejmował
ryzyka. Gdyby ci klienci przestali spłacać kredyt, bank odzyskałby
pieniądze z FHA, a konsekwencje ponieśliby podatnicy. Czy FHA ma
nieograniczone zasoby pieniędzy, żeby pokryć koszty wszystkich kredytów,
których nie spłacają klienci banków? Niewypłacalnych kredytobiorców było
już tak wielu, że rezerwy tej agencji są znacznie niższe, niż być
powinny. Ale czym się martwić? Zawsze przecież będą podatnicy, którzy
spłacą dług publiczny. Zostają jeszcze przyszłe pokolenia.
Niewielu
wyborców połączy te fakty i obwini tych kongresmenów, którzy głosowali
za zwiększeniem gwarancji udzielanych przez FHA, a więc za tym, by
agencja ta pokrywała koszty złych kredytów. Kongresmeni i biurokraci nie
muszą się więc bać o posady, nawet jeśli likwiduje się miliony innych
miejsc pracy. Barney Frank nie zamierza ograniczać gwarancji udzielanych
przez FHA. Niedawno zapowiedział, że przedstawi projekty ustaw, które
jeszcze zwiększą limit ubezpieczeń kredytów hipotecznych.
Dopóki
podatnicy nie zrozumieją, że to oni płacą za tę polityczną szczodrość i
współczucie, dopóty Frank ma spore szanse na ponowny wybór. Kongresmen
Frank nie jest głupcem. Głupcami są ci, którzy wierzą, że politycy nie
myślą o swoich sprawach, lecz starają się rozwiązać ich problemy. A z
tego powodu, że FHA ma mało pieniędzy, nie zlikwiduje się źródła łatwego
zysku. Federalna Agencja Ubezpieczeń Depozytów (FDIC) również ma mało
pieniędzy. Ale na pewno nie przestanie przez to ubezpieczać depozytów
bankowych do wysokości 250 tys. USD. Byłoby głupotą z jej strony, gdyby
to zrobiła, bo w przyszłym roku są wybory.