Chodzi o 18 europosłów (w tym jednego z Polski) z 12 krajów, którym
Traktat z Lizbony zwiększa liczbę eurodeputowanych w stosunku do liczby wybranych w
czerwcu, na podstawie obowiązującego wciąż Traktatu z Nicei, 736 europosłów, w tym
50 z Polski. Tymczasem nie wszystkie kraje, którym wzrośnie liczba
przedstawicieli w PE, już zakończyło procedury ich wyboru i przekazało nazwiska
"nowych". "Polska już wyłoniła swego jednego dodatkowego europosła podczas
wyborów 7 czerwca. W innych krajach jeszcze nie są wyłonieni" - powiedział
Buzek. Przyznał jednak, że "nic nie jest jeszcze zdecydowane i nie ma podstawy
prawnej, by umożliwić im pracę w PE".
REKLAMA
Ratyfikacja potrwa kilka miesięcy
Tych 18 posłów zasiądzie w ławach
Parlamentu Europejskiego dopiero po podpisaniu przez kraje UE specjalnego protokołu
dodatkowego zwiększającego liczbę deputowanych. Dopiero potem ten protokół zostanie
ratyfikowany przez wszystkie państwa członkowskie, co zajmie przynajmniej kilka
miesięcy. Do czasu ratyfikacji protokołu kandydaci na posłów uzyskają status
obserwatorów, bez prawa głosowania. Dopóki nie staną się pełnoprawnymi europosłami,
będą opłacani przez kraje członkowskie, a nie jak europosłowie z budżetu
UE. Podstawą czerwcowych wyborów do Parlamentu Europejskiego był Traktat z Nicei,
zgodnie z którym liczba mandatów wynosi 736, w tym 50 dla Polaków. Podział miejsc
przyjęty wraz z Traktatem z Lizbony zakłada natomiast, że PE ma liczyć 751
eurodeputowanych, w tym 51 polskich.
Po wejściu w życie Traktatu z Lizbony i
ratyfikacji dodatkowego protokołu, ogólna liczba europosłów wzrośnie przejściowo do
754 (736 plus 18). Czyli będzie o trzech eurodeputowanych więcej, niż zakładano w
Traktacie z Lizbony. Dlaczego? Ponieważ nikt nie zabierze mandatów Niemcom, które
jako jedyne korzystają na utrzymaniu nicejskiego podziału miejsc w PE: w porównaniu
z Lizboną mają trzy dodatkowe mandaty.
PAP, dar