WPROST: Reprezentują panowie kulturę kawy czy herbaty?
LECH KACZYŃSKI: Ja herbaty.
JAROSŁAW KACZYŃSKI: Kawy nie
pije w ogóle. To niedobry napój, wstrętny. Piję herbatę. Ci, co nie piją, nie
wiedzą, co to szczęście. Dobra herbata była według starożytnych nektarem.
Jak to się dzieje, że ktoś taki jak Marek Kondrat, człowiek znany wam
osobiście, któremu nic nie zagrażało za rządów PiS, mówi dziś, podobnie jak
miliony Polaków, ze IV RP to jakiś koszmar?
JK: To siła sugestii i
propagandy. W IV RP Marek Kondrat mógł realizować wszystkie swoje życiowe plany.
No, chyba że były niezgodne z prawem, ale sądzę, że nic takiego nie może być
nawet brane pod uwagę. Nic mu nie groziło, jak i innym ludziom, którzy jednak
uznają, ze IV RP im w czymś zagrażała. Tymczasem w okresie IV RP wzrosła
konsumpcja, powstało 1,3 mln miejsc pracy, był duży wzrost gospodarczy, wzrost
inwestycji, poprawa sytuacji w handlu zagranicznym i finansach publicznych.
LK: I znaczący spadek przestępczości...
JK: Tak. Podwyżki
płac – w służbie zdrowia o 1/3, bardzo dobra sytuacja na wsi. W gruncie
rzeczy były to dwa najlepsze lata, nie tylko po 1989 r., ale w ogóle trudno
znaleźć w historii równie dobry okres.
I od tego dobrobytu ludziom
pomieszało się w głowach?
JK: Karl Popper zauważył, ze przekaz
medialny w epoce telewizji wypiera rzeczywistość. Tak jest wszędzie, ale u nas
dochodzi do tego skrajny brak równowagi w mediach. Jedna opcja, ta
proestablishmentowa, ma ogromną przewagę. Polskie społeczeństwo utożsamiło
napięcie między sferą władzy a sferą medialną z napięciem społecznym. Pewna
część społeczeństwa wyparła ze świadomości to, co było w mediach, odbierając to
jako kłamstwo, i ci nas poparli.
Ale większa
część potraktowała obraz medialny jako prawdziwy i zapamiętała okres rządów PiS
jako straszny, fatalny, groźny itp. Okres, w którym dominowała aura strachu i
represji...
JK: Ale na czym ta represja miała polegać? Może jest prawdą
i ubodło to Marka Kondrata, że zlikwidowaliśmy system realnych, choć
niezapisanych w prawie immunitetów. Dla establishmentu. Pewni ludzie nie
podlegali wcześniej normalnym regułom odpowiedzialności karnej, media tez ich
oszczędzały. Dzisiaj mamy dobry tego przykład. Ktoś zostaje pokazany w sytuacji
kompromitującej, ale większość mediów przedstawia go jako ofiarę. Mowa o
senatorze Piesiewiczu.
Czy on tez korzysta z tego immunitetu?
LK: W pewnym stopniu tak, bo media bronią go w sprawie, która jest
ewidentnym przestępstwem (posiadanie narkotyków), a polityk powinien być
traktowany jak każdy inny obywatel i nie ma tu miejsca na ochronę. Natomiast czy
istnieje problem sfery prywatnej osób publicznych, nie tylko polityków?
Niewątpliwie tak, chociaż wszyscy ludzie, w tym także politycy, bywają grzeszni.
Czym innym są jednak różne błędy, a czym innym ekscesy czy przestępstwa. Ja
wobec polityków mam skromne wymagania. Chciałbym, żeby nie brali narkotyków, nie
bili żon, bo to nie jest ich prywatna sprawa, potrafili się zachować po
kieliszku, nie kradli. Inaczej mówiąc – aby byli normalnymi, w miarę
porządnymi ludźmi. Odrebną kwestią jest też to, że gdyby pan senator miał inny
znaczek partyjny, choć też zaczynający się na literę P, to nie znaleziono by
słowa na jego obronę.
Czyli media i korporacje w czasach PiS
wmówiły zwykłym Polakom, ze represje ich dotyczą? I oni to kupili?
JK: Sfery uprzywilejowane mogły dojść do wniosku, na przykład na
podstawie sprawy doktora G., że immunitet dla nich się skończył. Niektórzy
podjęli więc pewne kroki zabezpieczające – ludzie z samej góry, jeśli
idzie o wielkość majątków, wyjechali za granice. Tak w razie czego, bo nie
podejmowano wobec nich żadnych represyjnych działań. Nic się nie działo.
Mówiono, że każdy może być podsłuchiwany.
JK: Młodzi ludzie
mówią dziś tak często, ale to obecnie jest więcej podsłuchów niż wtedy. To można
sprawdzić.
A więc mamy do czynienia z triumfem kontrfaktyczności.
To zdumiewające. A da się wskazać moment, kiedy zaczęła się ta dominacja?
JK: Kampania przeciw nam ma prawie 20-letnie dzieje. Kiedy jesienią
1989 r. zostałem naczelnym „Tygodnika Solidarność", padło pierwsze
dostrzegalne zewnętrzne uderzenie.
Ale w 2005 r., gdy PiS wygrało
wybory, była w Polsce wręcz euforia, że ktoś się zabierze za przywileje
establishmentu, że będzie równość wobec prawa.
JK: Ale ten pierwszy
atak już był straszliwie niszczący, a potem się to pogłębiało. Mnie i bratu
przypisywano na przykład ogromne majątki. Gdziekolwiek pojechałem, okazywało
się, że byłem właścicielem jakiejś fabryki: cukierków, masarni...
LK: Gdy w Sopocie niedaleko mojego mieszkania budowano wielką willę,
było powszechne przekonanie, że to dla mnie. A tymczasem z żoną mieszkaliśmy w
trzypokojowym mieszkaniu.
Nie żałowaliście wtedy, że nie jesteście
z gdańskiego podwórka, tylko z inteligenckiego warszawskiego Żoliborza?
JK: Nie myśleliśmy w tych kategoriach. Potem brat znalazł się poza
polityka, ja w marnym drugim albo trzecim rzędzie. A jak wróciliśmy, to już w
kabarecie Olgi Lipinskiej śpiewano: „Jadą, jadą Kaczory, na wozach
pieniędzy wory...".
LK: To było inaczej: „Jadą, jadą
wory, na worach jadą Kaczory... w worach pieniądze...".
JK:
Ale przyszedł czas oświadczeń majątkowych i to było łatwe do sprawdzenia. I
gdzie ten majątek? A potem był już inny nastrój, bo wybuchła afera Rywina. I to
nas wyniosło. Był taki moment, że PO – a sądzę, że np. w wypadku Rokity
było to szczere – doszła do wniosku, że wiatr przemian trzeba rzeczywiście
wykorzystać i coś zmienić. I wtedy miałem wrazenie, ze działamy równolegle. Ale
19 czerwca 2005 r. na Torwarze Donald Tusk wygłosił bardzo wobec nas agresywne
przemówienie. I zaczął prowadzić ostrą kampanię billboardową...
Czujemy się, jakbyśmy słyszeli marszałka Piłsudskiego. Twierdził on, ze
naród polski jest niewdzięczny, bo nie ceni tych, którzy działaja w jego
interesie, jest lekkomyslny i ulega złym podszeptom.
LK: Porównanie
z marszałkiem jest bardzo zaszczytne, ale jestem demokratycznym politykiem i
muszę z pokorą przyjmować decyzje wyborców. Powinienem też mówić prawdę. Po
prostu PiS było konsekwentnie antyestablishmentowe, dlatego było atakowane. A
Platforma wyszła z części establishmentu, potem nagle stała się
antyestablishmentowa...
JK: Miała taki incydent...
LK:
Tak, miała incydent antyestablishmentowy, żeby wrócić do establishmentu.
Może po prostu byli od was sprawniejsi?
Jesli przyjąć, że
sprawność to gotowość ułożenia się z najsilniejszymi, że władza jest celem samym
w sobie, to z pewnością. Jeśli podejść do polityki inaczej, uznać, że wstrząs
wywołany aferą Rywina powinien być wykorzystany dla zmian w kraju, to ja tych
zmian nie dostrzegam. Ta sprawność jest zerowa, a chyba tylko taka sprawność
jest ważna dla Polski. W każdym razie rzeczywiście Cimoszewicza wyeliminowali
sprawnie i wiele wskazuje na to, że różne wpływowe środowiska, które miały to
poprzeć, dobrze to zrozumiały i w Tusku ulokowały swoje nadzieje, i generalnie
się nie zawiodły, choć może o to i owo maja pretensje, np. ze wciąż działa IPN.
Ale Tusk się stara.
PiS nie było jednak w tamtej kampanii łagodnym
barankiem. Były spoty reklamowe, w których straszyliście pustymi lodówkami, gdy
PO dojdzie do władzy.
JK: Naprawdę dobrze by było, gdyby w naszej
polityce popełniano tylko takie „zbrodnie". Proszę sobie przypomnieć,
co oni już wtedy o nas mówili. Jak miały wyglądać nasze rządy, do jakiej klęski
ekonomicznej miały doprowadzić.
Kto wie, czy tymi lodówkami nie
wygraliście...
JK: Nie sądzę, ale nawet gdyby tak było, to my nie
kierowaliśmy się naukami socjotechników, którzy twierdzili, że można w istocie
wmówić ludziom wszystko, np. że afera hazardowa to afera PiS.
Ale
to puste lodówki pamiętamy, a nie przemówienie Tuska z 19 czerwca.
JK: Mówię o tym, jak było naprawdę. Odrzucam kontrfaktyczność. Proszę
przypomnieć sobie – jak to opisał prof. Ryszard Legutko – atak
wścieklizny politycznej po wyborach prezydenckich wygranych przez Lecha
Kaczyńskiego. Była sprawa Huberta H., karanego lumpa, który atakuje ludzi na
dworcu, zatrzymuje go policja i on obraża wulgarnie prezydenta. Dostaje zarzut
obrazy prezydenta obok wielu innych. Ani ja, ani premier, ani minister
sprawiedliwości, ani prezydent nie mamy o tym pojęcia. Ale zaczyna się kampania
medialna, w której Hubert H. zostaje bohaterem, występuje u redaktora Tomasza
Lisa w Polsacie, senator Smoktunowicz zaczyna go szczególnie promować.
LK: Przepraszam, musiałem wyjść. Kogo promował senator Smoktunowicz?
(śmiech)
JK: Huberta H. Tego, którego chciałeś do kazamatów
wtrącić, bo cię znieważył. Pierwszego więźnia politycznego IV RP, który
wprawdzie nie siedział, ale mógł siedzieć. Proszę państwa, tu doszło do
szaleństwa.
Uważają panowie, że była to kontrakcja establishmentu i
służb. Plus akcja medialna. Ale czy za to, że straciliście władzę w 2007 r.,
można winić establishment i media? A może wyborcy nie wybaczyli PiS koalicji z
Samoobroną i LPR?
LK: Ten związek mógł być uważany za wysoce
nieestetyczny, ale pamiętajmy, że są zawsze prawdy kontekstowe i bezkontekstowe.
Jak powiem, że te drzwi są białe, to nawet daltonista jest to w stanie ocenić.
To prawda bezkontekstowa. Jeśli się powie, że PiS było w tej niezwykle trudnej
koalicji, ale nie doda się, że PO miała propozycję wejścia do rządu, że padła
propozycja rozwiązania Sejmu i nowych wyborów i obie te możliwości Platforma
Obywatelska odrzuciła, to wtedy się mówi nieprawdę. Bo to jest właśnie prawda
kontekstowa. Ale przeciętny obywatel nie musi tego rozumieć. Można było w tamtym
czasie oddać władzę albo mieć rząd mniejszościowy. A to ostatnie nie miało
sensu.
JK: Nie mógł funkcjonować rząd mniejszościowy przy ówczesnym
nastawieniu opozycji, bo taki rząd wymaga tolerancji ze strony opozycji i
– przynajmniej w niektórych wypadkach – poparcia. Myśmy chcieli
koalicji z Platformą. Daliśmy im w 2005 r. uczciwą propozycję: połowa ministrów,
ich marszałek Sejmu. Nie chcieli.
A w 2007 r. po wyrzuceniu Leppera
i Giertycha nie chciało z wami rządzić PSL. Dlaczego?
JK: Ceną za
sojusz z PSL byłoby premierostwo dla Pawlaka.
To byłoby takie
straszne?
JK: Jak były rozmowy, Pawlak zapytał mnie, czy nie
pojechałbym już do Sulejówka. Porównanie bardzo grubo ponad miarę, ale skutki
niezbyt interesujące. Pawlak chce być po raz trzeci premierem, rozumiem go, ale
to on sam musi sobie załatwić.
LK: Do obecnego premiera podobno też
z tym chodził.
Pawlak nie ma kwalifikacji na premiera?
JK: Intelektualnie jest bardzo sprawny, ale jego koncepcje są bardzo
odległe od naszych, szczególnie w zagranicznej polityce wschodniej. Nie czułbym
się dobrze, torując mu drogę do fotela premiera. Sumienie by mnie gryzło.
Wicepremier to oczywiście coś zupełnie innego.
LK: Ja chyba,
niestety, też nie. Choć byłbym bardziej skłonny ze względu na moją ocenę
obecnego rządu, która jest jednak surowsza...
Prezydent rząd ocenia
surowiej niż były premier?
LK: Chyba tak.
JK:
Prezydent więcej wie, więcej widział, a poza tym jest pewnie jeszcze bardziej
prospołeczny niż ja, ale obydwaj dostrzegamy choroby.
To dlaczego
społeczeństwo tak ochoczo zaraża się tą chorobą?
JK: Tu muszę się
uderzyć w pierś. W 2007 r. nie byliśmy w stanie utrzymać władzy, ale wybory
mogliśmy wygrać. I sytuacja byłaby lepsza dziś dla Polski i dla nas. Kto wie,
czy koalicja PO-SLD-PSL już by nie runęła. Ale Platforma wyciągnęła wnioski z
przegranej i bardzo się sprofesjonalizowała, m.in. miała pogłębione badania
dotyczące społeczeństwa. My nie. To są specjalne badania, czteroetapowe, takie
jakie się prowadzi dla agencji reklamowych. Trwają cały rok. My tego czasu nie
mieliśmy. W czasie wyborów prowadziliśmy więc akcję wedle reguł z 2005 r., a
Polska się zmieniła. A jak wiadomo, tą samą metodą generałowie następnych bitew
nie wygrywają.
Po co było testować tę zasadę?
JK: Oni
kampanię skierowali do społeczeństwa we wczesnej fazie zamożności, gdy rodzą się
ambicje wejścia do klasy średniej: dobrego samochodu, zagranicznych wakacji. My
odwoływaliśmy się do społeczeństwa z deficytem bezpieczeństwa.
Odpalenie sprawy Sawickiej tuż przed wyborami nie było błędem? Zamiast
potępienia wzbudziła litość.
JK: Można żałować decyzji, na które
się miało jakiś wpływ. To pewnie zaszkodziło, ale w momencie, gdy się to stało,
wybory były już przegrane.
Decydująca była konfrontacja z Tuskiem.
Niepotrzebna?
JK: Naciskali na to spin doktorzy. Namówili mnie na
Kwaśniewskiego. A potem Ujazdowski, który mentalnie był już poza PiS, ogłosił
publicznie, że powinienem się skonfrontować z Tuskiem.
I dał się
pan namówić?
JK: Dałem. I bardzo dziś żałuję. Jestem zły na tych,
co namawiali.
Przeklina ich pan?
JK: To była jednak
moja decyzja, a więc i odpowiedzialność jest moja. Powinienem to inaczej
rozegrać, ale czasu się nie cofnie.
Czyli zła diagnoza społeczna i
przegrana debata były przyczynami klęski?
JK: Istotną rolę odegrała także
akcja „Zmień kraj. Idź na wybory".
Niektórzy mówią, że
negatywna kampania, która się wobec was toczyła, była zemstą za rozwiązanie
WSI...
JK: Nie sądzę, nie przesadzajmy. WSI były mocne, ale nie aż
tak. Kampania miała różne cele, w tym i ten, by paraliżować nasze działania
także w sferze wymiaru sprawiedliwości. Na pewno zniechęcała świadków w różnych
ważnych sprawach do samych zeznań, bo po co zeznawać, skoro widać, że wszyscy
mocni są przeciw temu rządowi i pewnie bardzo nie chcą, by różne sprawy wyszły
na jaw. Na prokuratorów też to na pewno działało, w końcu musieli się liczyć ze
zmianą władzy i z tym, że dociekliwość nie jest wyraźnie dobrze widziana.
Szczególnie jeśli sięga ludzi wysoko usytuowanych. To się zresztą sprawdziło.
A może było tak, że po prostu prokuratorzy, czując wiatr historii,
najpierw dmuchali pewne sprawy pod was, a potem okazywało się, że nie ma na nie
dowodów?
JK: Był taki bardzo wysoko postawiony prokurator, który
opowiadał różne dziwne rzeczy, ale przykładem tego, że w Polsce była korupcja na
wielką skalę, jest afera paliwowa. Pierwszy raz wyszła na światło dzienne, gdy
PSL pokłócone z SLD powiedziało: „No dobrze, skoro o tyle więcej jest dziś
samochodów, to dlaczego wpływy z akcyzy nie wzrosły?". Skala korupcji była
tak wielka, że dało się to zauważyć na poziomie budżetowym.
Teraz
się mówi, że nie było żadnej afery paliwowej, a mafii tym bardziej.
JK: Bo wróciły czasy przedrywinowskie. Za rządów PiS żyliśmy ponoć w
Polsce solidarnej, a tymczasem ten solidarny rząd i solidarny prezydent obniżyli
podatki.
Solidarnościowa dusza prezydenta nie cierpiała?
LK: Przede wszystkim dusza profesora prawa pracy. Jestem zdecydowanym
przeciwnikiem tylko podatku liniowego, ale obniżanie podatku, jeśli jest
możliwe, to proszę bardzo.
JK: Jeśli komuś dziś należy dziękować, a
należy, to Zycie Gilowskiej. To był jej pomysł i jej zasługa. Ja jej tylko
broniłem przed frondą w partii. Obniżka podatków pomogła później utrzymać wysoką
konsumpcję w kryzysie.
Więc dlaczego jesienią 2008 r. PiS
straszyło, że czeka nas gospodarczy Armagedon?
JK: Bo byliśmy i do
dziś jesteśmy przekonani, że pakiet antykryzysowy byłby skuteczniejszy niż
nicnierobienie i jazda na gapę, podczepianie się do akcji prowadzonych w
Europie, szczególnie w Niemczech.
Chcieliście wtedy zwiększać
deficyt. Po co?
JK: Chcieliśmy wspierać zatrudnienie,
półzatrudnienie. Wziąć pieniądze z kilku funduszy, np. Funduszu Pracy.
Zwiększylibyśmy deficyt o 10 mld zł, czyli niewiele. Można by wtedy stworzyć
realny pakiet antykryzysowy, który pomagałby nie tylko realnie, ale też –
i to jest może ważniejsze – psychologicznie. Zakładaliśmy, że może być
znacznie gorzej, niż było.
LK: Chciałbym nieskromnie przypomnieć,
że w tym budynku [Pałacu Prezydenckim] odbyła się cała seria narad
uspokajających, m.in. z bankowcami. Gdyby wtedy któryś z banków miał duże
kłopoty, zaczęłaby działać zasada domina. A jeden z banków był blisko krachu.
Bankowcy niezwykle wtedy chcieli narad, chcieli też pieniędzy, które stworzyłyby
wysoką nadpłynność, bo z płynnością nie było problemów.
JK: Dziś
mamy fiskalizację kryzysu i to jest zjawisko ogólnoświatowe. Przy naszej
recepcie byłoby to w Polsce mniej odczuwalne. Mimo że zwiększylibyśmy deficyt,
to realnie byłby on mniejszy. Gdyby finansami rządziła Zyta Gilowska, bylibyśmy
dziś w lepszej sytuacji. Ale to Rostowski, a nie Gilowska odbiera dziś
międzynarodowe nagrody. JK: Ani Zyta Gilowska, ani Grażyna Gęsicka nie
opowiadały o swoich sukcesach. Tylko Zbigniew Ziobro umiał i chciał o tym mówić
i robił to znakomicie. Społeczeństwo to zauważyło. Jego wynik w wyborach
europejskich jest tego dowodem.
Czyli więcej Ziobry i będzie
dobrze?
JK: Na pewno trzeba nam osób, które są elokwentne i
potrafią opowiadać o swoich sukcesach. A Ziobro ma przed sobą wielką przyszłość,
jeśli będzie miał tylko trochę szczęścia, bo to jest zawsze potrzebne.
Kazimierz Marcinkiewicz opowiadał o sukcesach aż za dobrze, ale go
wywaliliście.
JK: Przyznają państwo, że dalsze jego dzieje
wyjaśniają, czy to, co robił, było świetne, czy też było to nieporozumienie. Nie
wystarczy umieć lepić bałwana.
Wśród swoich sukcesów wymienia
wywalczenie dla Polski 67 mld euro, uporządkowanie energetyki, stworzenie CBA.
JK: 67 mld to jego zasługa. Tego mu nie odbieramy. CBA to partia, a
nie on. On po prostu się temu nie sprzeciwił. Zresztą obawiał się takich
tematów. Nie lubił tajnej korespondencji i nieczęsto ją czytał. Był nastawiony
na coś zupełnie innego i w polityce, i w życiu. A jeśli chodzi o energetykę, to
przez nią właśnie musiał odejść. Było wiele kropel do kielicha goryczy, ale ta
była ostatnia.
A kto go zmusił do wyrzucenia Andrzeja Mikosza,
ówczesnego ministra skarbu?
JK: Ja go do tego zmusiłem, ale przy
pełnym poparciu brata.
LK: Mój dobry znajomy zapytał mnie kiedyś
grzecznie: „Leszek, czy jesteś pewien, że to jest człowiek IV RP?".
JK: Do mnie w tym samym czasie dotarli ludzie, którzy bardzo
konkretnie wyjaśnili mi, że nie jest. Energetyka jednak przelała czarę goryczy.
Jego koncepcja groziła ciężkim kryzysem całego procesu, a to z kolei mogło się
skończyć prywatyzacją na fatalnych warunkach, na zasadzie „nie ma już
innego wyjścia".
Marcinkiewicz robił coś za plecami prezesa
PiS? Twierdzi, że we wszystkim się z panem konsultował. Co tydzień.
JK: Z czasem rozmawialiśmy coraz rzadziej.
Dlaczego?
JK: Zapomniał, że dzięki mnie przeskoczył z wagi średniej do wagi
superciężkiej.
Uderzyła mu do głowy woda sodowa?
JK: W
jakiejś mierze tak.
LK: To była klasyczna woda sodowa.
JK: Na to nałożyły się kłopoty, które później doprowadziły go na
pierwsze strony gazet. Stwierdziłem, że tego to już nie możemy mieć na głowie.
LK: Chyba nie doceniasz przy tej dymisji mojej roli…
JK: No, doceniam, doceniam. Leszek był od początku przeciwny
Marcinkiewiczowi, toczyliśmy o to wielki spór.
LK: I ja twardo
dążyłem do jego dymisji. W Polsce połowa premierów była, jak ja to mówię, z
czapki. A on to w ogóle był... z czapki, którą nosił mój brat.
JK:
Jeśli chodzi o jego odwołanie, to przeważyły względy merytoryczne. Że przypomnę
tylko jego doradcę Ryszarda Schnepfa, który mówił niemądrze na temat Gazociągu
Północnego. Tak na marginesie, gdyby Tusk działał tak jak trzeba, gazociąg albo
powstawałby bardzo długo, albo nigdy. Była bardzo silna koalicja państw
nadbałtyckich w tej sprawie, ale warunkiem jej istnienia była twarda postawa
Polski. Szwedzi i inne państwa nadbałtyckie musieli mieć pewność, że Polska jest
przeciw. A dziś oba kraje ustąpiły, bo zobaczyły, że Polska w praktyce też
przestała być tak stanowcza.
Z tego, co panowie mówią, wynika, że
polska suwerenność może być zagrożona. Czy dobrze to rozumiemy?
JK:
Dziś zagrożone jest przede wszystkim nasze bezpieczeństwo i nasz status dużego,
samodzielnego, tj. nieklienckiego państwa europejskiego. Państwa, które raz na
zawsze wyszło z rosyjskiej strefy wpływów i nie przeszło do innej. Wobec Niemiec
wrócił klientyzm, wobec Rosji prowadzona jest nierozumna gra, w której stawką
jest rezygnacja z tego wszystkiego, co budowało nasze możliwości w polityce
wschodniej, a więcej jeszcze – nasze bezpieczeństwo energetyczne (co
dotyczy też Niemiec).
Oni nam przed nosem machają niczym, wizyty
Putina to nie jest coś, co znaczy samo w sobie, zaś Moskwa zyskuje dużo.
JK: Rząd piórem Sikorskiego wprost zapowiedział rezygnację z
jakiejkolwiek aktywnej polityki południowo-wschodniej. Następnie wśród obelg ze
strony Moskwy pozwalamy Putinowi wygłosić na Westerplatte przemówienie, w którym
rysuje nową wizję Europy opartą na osi Moskwa-Berlin. W Berlinie będziemy mieli
„widoczny znak", a cokolwiek by mówić, to jest podważanie moralnego
sensu II wojny światowej, a więc pośrednio także jej skutków politycznych i
terytorialnych.
Ale Polakom podobały się uroczystości na
Westerplatte z udziałem Putina.
JK: Analiza polskiej duszy
przekracza nasze możliwości w tej rozmowie. Prawda jest taka, że Tusk zamienia
Polskę w państwo klienckie. To bardzo poważnie obniża nasz status i nasze
bezpieczeństwo.
Czyli wszystko, co robi rząd Tuska, jest obliczone
tylko na poklask w kraju?
JK: No, tak to wygląda. Polityka
zagraniczna Tuska to dążenie do uzyskiwania efektów często zupełnie pozornych,
ale łatwych do propagandowego sprzedania w kraju.
LK: W trakcie
spotkania z byłymi ministrami spraw zagranicznych, którzy sprawowali ten urząd
po 1989 r., jeden z nich, całkiem nie z mojej opcji, zadał pytanie, jaka jest
właściwie polityka zagraniczna obecnego rządu. Muszę z przykrością powiedzieć,
że chętnie bym to pytanie powtórzył.
Minister Sikorski też nie
rozumie polityki międzynarodowej?
JK: Sikorski prowadzi politykę,
której celem jest Sikorski – i to nie jest moje zdanie, tylko cytat z
wypowiedzi pewnego dyplomaty.
Panowie sugerują, że rząd jest
gabinetem amatorów?
JK: Na pewno coś w tym jest, ale jest też coś
więcej. Ich koncepcja to nic nie robić, po prostu trwać. A w polityce
międzynarodowej zależy im tylko na akceptacji w kraju. Rezygnują z polityki na
wschodzie. Poza tym mają kompleks niemiecki.
Gdyby na czele rządu
stanął Jan Krzysztof Bielecki, byłoby lepiej?
LK: Dość dobrze go
znam i lubię. Jego wcześnie, bo w wieku 40 lat, „dotknęło"
premierostwo. To rzadki przypadek człowieka, który odniósł wielki sukces, lecz
nie wykluczam, że czuje się niespełniony. Ale jeśli idzie o sprawność, to może
byłby lepszy.
A może spór o rządzenie Polską to kłótnia między
żoliborską inteligencją a chłopakami z gdańskiego podwórka?
JK:
Panowie, ja mogę powiedzieć tak…
LK: Dlaczego ty ciągle
mówisz „panowie"? Przecież tu jest dama.
JK:
Przepraszam… Nie widzę tego w ten sposób – jako kłótni
żoliborsko-gdańskiej. Nigdy by mi to do głowy nie przyszło.
A może
to stosunek do państwa jest probierzem różnicy między Żoliborzem a Gdańskiem.
Czy Żoliborz jest bardziej propaństwowy?
LK: Tu znowu są niuanse,
bo duża część moich znajomych z Żoliborza to środowisko Unii Wolności. Choć dla
nas rzeczywiście państwo jest bardzo ważne, jest jedyną organizacją w sensie
społecznym globalną i w swym nowoczesnym wydaniu jest w stanie przynajmniej w
dużej mierze realizować interesy całości i generalnie racjonalizować życie
społeczne. Po za tym w Polsce pewne przedsięwzięcia są bez państwa po prostu
niemożliwe. Bo nie ma do tego odpowiednio wysokiego kapitału. Nie zbuduje się
bez państwa wielkich firm, które się liczą w Europie. A to jest dla statusu
państwa bardzo istotne. Tu jest jednak inny problem – definicji polityki.
Bez trudu mogę zdefiniować politykę, którą prowadził mój brat, ale nie umiem
opisać polityki, którą prowadzi obecny rząd.
Może w dzisiejszej
Europie po wejściu w życie traktatu lizbońskiego łatwiej się odnaleźć takiej
gdańskiej, trochę kosmopolitycznej grupie.
LK: W dzisiejszej
Europie łatwiej się znaleźć państwu, które umie walczyć o swoje interesy.
Słusznie powiedział kiedyś prof. Geremek, że jeśli ktoś nie rozumie
konkurencyjności dzisiejszych stosunków międzynarodowych, to nie rozumie
dzisiejszej polityki.
Może dla obecnego rządu wyznacznikiem statusu
Polski jest to, że jesteśmy akceptowani, że wszyscy nas lubią?
LK:
Niestety, żadnych wielkich wyrazów sympatii dziś nie widzę. Można oczywiście
powiedzieć, że w latach 2005-2007 Polska była izolowana, ale to nie jest prawda.
My wtedy byliśmy w grze. Z Europą o traktat, o stosunki z Rosją, z Niemcami o
„widoczny znak" i rurociąg, z Litwą o bliski sojusz, ale także o
problem mniejszości polskiej i również o nasze możliwości nad Bałtykiem, z
Amerykanami o tarczę i z południowym wschodem – Ukrainą, Gruzją,
Azerbejdżanem – o ścisłą współpracę, której podstawą byłaby energetyka:
ropa i gaz. W tym ostatnim wypadku chodziło o związanie interesów tamtejszych
elit z interesami Polski. A dziś? Traktat został podpisany, Polska kompletnie
nie miała wpływu na wybór przewodniczącego Komisji Europejskiej i szefa unijnej
dyplomacji. Decyzja zapadła przy zielonym stoliku, bez naszego udziału, ze sporu
z Rosją wycofaliśmy się, ze stoczniami przegrana, z „widocznym
znakiem" i rurociągiem przegrana. Z Amerykanami jesteśmy w grze? Pytam: w
jakiej? Może gdyby umowa o obronie przeciwrakietowej została zawarta wcześniej i
procesy ratyfikacyjne w obydwu krajach były bardziej zaawansowane, to trudniej
byłoby się Amerykanom wycofać, choć nie ma gwarancji, że tak by było. Na
południowym wschodzie wielki dramat, aktywna polityka została faktycznie
całkowicie zaniechana.
Jadwiga Staniszkis twierdzi, że traktat
lizboński może być narzędziem do budowy silniejszej pozycji Polski w Europie,
która jest teraz podzielona na tych ze strefy euro i tych spoza. Tyle że jeśli
rząd z tej szansy nie skorzysta, to możemy zostać łatwo zmarginalizowani.
Zgadzają się panowie z tym?
JK: Jadwiga Staniszkis to niezwykła
uczona i osoba w najwyższym stopniu interesująca intelektualnie, ale zdarza się
jej nazbyt szybkie wyciąganie wniosków. Traktatu jako ustalonej praktyki jeszcze
nie ma, pierwsze doświadczenia nie są zachęcające. Na razie wygląda to tak, że
dwa kraje o wszystkim decydują, trzeci też coś dostaje. Ktoś musi się zdecydować
na postawienie spraw Polski i naszej części Europy. Nic nie zapowiada jednak, by
obecny rząd to zaryzykował.
Czyli nie zgadzają się panowie z tym,
że traktat może doprowadzić do zlikwidowania Europy dwóch prędkości?
LK: W praktyce do likwidacji tej sytuacji mogłaby doprowadzić
skoordynowana polityka naszej części Europy i innych państw, które mają
trudności, w połączeniu z pozytywną tendencją w samej Komisji Europejskiej.
Rzecz w tym, że osiągnięcie takiej koordynacji prowadzi przez wskazaną wyżej
potrzebę zakwestionowania hegemonii, a i po tym jest mnóstwo trudności w
relacjach między zagrożonymi drugą prędkością państwami Unii. W Europie
potrzebny jest wielki ruch solidarności ekonomicznej i jednocześnie obrony
wartości – z naczelną, jaką jest wolność w różnych jej wymiarach. Bo
wolność jest dziś w Unii bardzo zagrożona. Chodzi też o równość, bo na przykład
równouprawnienie katolików w Unii to dziś fikcja. Jeśli Polska ma jakąś misję,
to starać się budować w Unii taki ruch.