|
|
Na rynku pojawiła się niedawno gra planszowa „Mali powstańcy". Jest
próbą, jak informują jej autorzy i producenci, „przeniesienia na planszę
funkcjonowania harcerskiej poczty polowej, która działała podczas
powstania warszawskiego. Młodzi harcerze – jak słusznie stwierdzają
autorzy – przenosili pocztę i rozkazy między oddziałami powstańczymi,
pomagając w ten sposób w walce z okupantem”. Celem tej gry jest
dostarczenie jak największej liczby rozkazów, przy czym „jeśli rozkaz
nie zostanie doręczony na czas, oddziały powstańcze mogą stracić
poszczególne obiekty, a nawet całe dzielnice – ostrzegają autorzy. Jeśli
zaś zbyt wiele dzielnic zostanie zajętych przez oddziały wroga, gra
kończy się porażką wszystkich graczy”. Tego już autorzy nie piszą, ale
należy rozumieć, że jeśli wszystkie rozkazy zostaną dostarczone na czas,
gra się kończy? Ale czym? Zwycięstwem wszystkich graczy? Czyli sukcesem
powstania?
REKLAMA
Oczywiście, to tylko gra w historię. Ale mimowolna sugestia
zawarta nawet w grze planszowej, że powodzenie powstania w jakimkolwiek
stopniu zależało od tych dzieci, wydaje się grubym nadużyciem. To
powstanie już w chwili wybuchu skazane było na klęskę, a setki dzieci na
przedwczesną, niesprawiedliwą śmierć bez względu na to, ile i jak szybko
dostarczone zostaną rozkazy. Prawda w kwestii powstańczej łączności
brzmi po prostu kompromitująco. Bo do łączności na wojnie służą nie
dzieci, nie łącznicy czy łączniczki, nie ludzie przebiegający kanałami z
dzielnicy do dzielnicy, ale urządzenia łączności przewodowej i
bezprzewodowej, czyli telefony i radiostacje. Ale skąd mieliśmy w
okupowanej Warszawie wziąć radiostacje? Powstańcza Warszawa dysponowała
dziesięcioma sprawnymi radiostacjami. Nie trzeba było wysyłać w
śmiertelnie niebezpieczne misje łączniczek i kilkunastoletnich harcerzy
do innych, oddalonych dzielnic. Nie trzeba było skazywać tych dzieci na
kule niemieckich „gołębiarzy", strzelców wyborowych. Wystarczyło
nawiązać łączność radiową. Dlaczego tak się nie stało? Dlaczego zginęły
setki łączniczek i łączników? Ano dlatego, co ujawnia Zbigniew S.
Siemaszko, że w polskich regulaminach wojskowych komu innemu podlegały
radiostacje, a komu innemu szyfranci. Stały więc bezużyteczne, bo
szyfranci byli gdzie indziej, a radiostacje gdzie indziej. Słynne
dwukrotne próby dwustronnego przebicia się przez Dworzec Gdański i
połączeniaŻoliborza i Starówki 19-20 i 21-22 sierpnia nie powiodły się,
bo nie udało się przez łączników uzgodnić pełnej synchronizacji ataku na
niemieckie pozycje. Różnica w czasie obu ataków wynosiła półtorej
godziny. Tym samym wielka operacja zakończyła się klęską, a straty
powstańcze sięgnęły 80 proc. atakujących. Trudno o przykład większej
nieudolności. A przecież wystarczyło włączyć obie radiostacje. Jak
wiadomo, z braku łączności radiowej wprowadzono łączność wzrokową, to
znaczy przez wywieszanie polskich flag wskazywano przybywającym
łącznikom miejsce stacjonowania polskich placówek. Do dzisiaj widok
bram, barykad i budynków na zdjęciach z powstania, wyróżnionych polską
flagą, drapie nas w gardle historycznym wzruszeniem. I być może warto
ujawnić, że to, co nas dziś wzrusza i emocjonuje, wówczas stało się
powstańczym przekleństwem. Bo te polskie flagi dla niemieckiego
lotnictwa były pierwszymi drogowskazami prowadzącymi na polskie
pozycje. I zapewne do dzisiaj Niemcy nie potrafią zrozumieć, dlaczego
Polacy sami wskazywali im cele bombardowań.
Gra w historię
Na rynku pojawiła się niedawno gra planszowa
„Mali powstańcy". Jest
próbą, jak informują jej autorzy i producenci, „przeniesienia na planszę
funkcjonowania harcerskiej poczty polowej, która działała podczas
powstania warszawskiego. Młodzi harcerze – jak słusznie stwierdzają
autorzy – przenosili pocztę i rozkazy między oddziałami powstańczymi,
pomagając w ten sposób w walce z okupantem”. Celem tej gry jest
dostarczenie jak największej liczby rozkazów, przy czym „jeśli rozkaz
nie zostanie doręczony na czas, oddziały powstańcze mogą stracić
poszczególne obiekty, a nawet całe dzielnice – ostrzegają autorzy. Jeśli
zaś zbyt wiele dzielnic zostanie zajętych przez oddziały wroga, gra
kończy się porażką wszystkich graczy”. Tego już autorzy nie piszą, ale
należy rozumieć, że jeśli wszystkie rozkazy zostaną dostarczone na czas,
gra się kończy? Ale czym? Zwycięstwem wszystkich graczy? Czyli sukcesem
powstania? Oczywiście, to tylko gra w historię. Ale
mimowolna sugestia
zawarta nawet w grze planszowej, że powodzenie powstania w jakimkolwiek
stopniu zależało od tych dzieci, wydaje się grubym nadużyciem. To
powstanie już w chwili wybuchu skazane było na klęskę, a setki dzieci na
przedwczesną, niesprawiedliwą śmierć bez względu na to, ile i jak szybko
dostarczone zostaną rozkazy. Prawda w kwestii powstańczej łączności
brzmi po prostu kompromitująco. Bo do łączności na wojnie służą nie
dzieci, nie łącznicy czy łączniczki, nie ludzie przebiegający kanałami z
dzielnicy do dzielnicy, ale urządzenia łączności przewodowej i
bezprzewodowej, czyli telefony i radiostacje. Ale skąd mieliśmy w
okupowanej Warszawie wziąć radiostacje?
Powstańcza Warszawa
dysponowała
dziesięcioma sprawnymi radiostacjami. Nie trzeba było wysyłać w
śmiertelnie niebezpieczne misje łączniczek i kilkunastoletnich harcerzy
do innych, oddalonych dzielnic. Nie trzeba było skazywać tych dzieci na
kule niemieckich „gołębiarzy", strzelców wyborowych. Wystarczyło
nawiązać łączność radiową. Dlaczego tak się nie stało? Dlaczego zginęły
setki łączniczek i łączników? Ano dlatego, co ujawnia Zbigniew S.
Siemaszko, że w polskich regulaminach wojskowych komu innemu podlegały
radiostacje, a komu innemu szyfranci. Stały więc bezużyteczne, bo
szyfranci byli gdzie indziej, a radiostacje gdzie indziej.
Słynne
dwukrotne próby dwustronnego przebicia się przez Dworzec Gdański i
połączeniaŻoliborza i Starówki 19-20 i 21-22 sierpnia nie powiodły się,
bo nie udało się przez łączników uzgodnić pełnej synchronizacji ataku na
niemieckie pozycje. Różnica w czasie obu ataków wynosiła półtorej
godziny. Tym samym wielka operacja zakończyła się klęską, a straty
powstańcze sięgnęły 80 proc. atakujących. Trudno o przykład większej
nieudolności. A przecież wystarczyło włączyć obie radiostacje. Jak
wiadomo, z braku łączności radiowej wprowadzono łączność wzrokową, to
znaczy przez wywieszanie polskich flag wskazywano przybywającym
łącznikom miejsce stacjonowania polskich placówek. Do dzisiaj widok
bram, barykad i budynków na zdjęciach z powstania, wyróżnionych polską
flagą, drapie nas w gardle historycznym wzruszeniem. I być może warto
ujawnić, że to, co nas dziś wzrusza i emocjonuje, wówczas stało się
powstańczym przekleństwem. Bo te polskie flagi dla niemieckiego
lotnictwa były pierwszymi drogowskazami prowadzącymi na polskie
pozycje. I zapewne do dzisiaj Niemcy nie potrafią zrozumieć, dlaczego
Polacy sami wskazywali im cele bombardowań.
Można wymyślać i produkować różne nowe gry planszowe typu
„Mali
powstańcy" czy „Mały kacetowiec”. Nietrudno sobie wyobrazić
reguły tej
ostatniej: „Wyrzuciłeś szóstkę, trafiłeś z tyfusem do rewiru (szpitala),
pauzujesz trzy kolejki. Wyrzuciłeś dwójkę, idziesz do gazu i wypadasz z
gry. Wyrzuciłeś czwórkę, znalazłeś bombę atomową, niemiecka załoga obozu
w popłochu ucieka. Jesteś zwycięzcą!”. To takie proste. Niestety,
historia rzadko bywa taka prosta. Można ją opowiadać przez wydarzenia
bitewne i czyny bohaterskie, ale można też szukać niepozornej, często
gdzieś schowanej czy zagubionej prawdy, która nagle staje się kluczem do
zrozumienia, np. dlaczego w powstaniu zginęło tak wielu małych
powstańców.
Być może ktoś kiedyś opowie prawdziwie historię
powstania
warszawskiego, historię okupacji i wojny Polaków z Polakami czy choćby
historię tragicznego września.Nie będzie w niej mowy o naczelnych
wodzach i prezydentach, lecz tylko próba odpowiedzi na pytanie, jak to
się stało, że 35-milionowe państwo zdołało wysłać na front przeciwko
półtoramilionowej armii niemieckiej – co ustalił prof. Jerzy Łojek
–
ledwie 687 tys. żołnierzy. Jak to się stało, skoro mieliśmy broń dla 2,5
mln ludzi, a zapasy amunicji na trzy miesiące walki. W tej historii mowa
będzie o dwóch wojnach: pierwszej z Niemcami, którą sromotnie
przegraliśmy, i drugiej, którą przegraliśmy, zanim się zaczęła ta
pierwsza.
W tej wojnie okaże się, że chleb dla Armii Pomorze i
Armii
Poznań pieczono w Warszawie (pół miliona porcji), a więc żołnierze nigdy
nie zobaczyli tego pieczywa. W tej historii się okaże, że nasza
logistyka skazywała nas na klęskę z braku amunicji (choć tak naprawdę
mieliśmy jej pod dostatkiem), z braku transportu (bo zawierzyliśmy
wyłącznie kolei), z braku łączności (bo 5 września całkowicie
zrezygnowaliśmy z łączności radiowej, a tym samym nie mieliśmy
jakiegokolwiek rozpoznania operacyjnego, ponieważ w niemieckie ręce pod
Częstochową wpadły kody szyfrowe – a jakoś zapomnieliśmy o kodach
rezerwowych).
W tej prawdziwej historii pojawią się zupełnie inni ludzie, ci,
którym
historia przyznała rację, np. attaché militaire w Berlinie płk Antoni
Szymański, który w połowie sierpnia 1939 roku wysłał do Warszawy tajny
raport. Informował w nim, że Niemcy uderzą na całej długości granic
dokładnie 1 września.
Na tym raporcie ludzie odpowiedzialni za Polskę napisali: „Oto przykład
panikarstwa". Pojawi się też pewnie kapitan Jerzy Niezbrzycki, szef
wywiadu na Rosję, który wezwany do raportu meldował 6 września, że
Sowiety niewątpliwie uderzą. Został odesłany z zarzutem siania
defetyzmu. Pojawi się najpewniej gen. Ludomił Rayski, szef polskiego
lotnictwa, który już w październiku 1938 r. zgłosił swoją dymisję, by
nie być łączonym z nieudolną ekipą zbliżającej się klęski. Podobnie z
zaszczytnej funkcji szefa sztabu Armii Poznań zrezygnował ppłk Stefan
Mossor, który po zapoznaniu się z planami naczelnego dowództwa rzucił w
twarz naczelnemu wodzowi, że w podobnych warunkach nie ma mowy o wojnie,
lecz tylko o bezprzykładnej klęsce.
Może gdybyśmy kiedyś
opowiedzieli
prawdziwie naszemu narodowi najnowszą historię z innymi rozdziałami i
innymi bohaterami, nikt by nie produkował fałszywych planszowych gier w
historię, bo Polacy po prostu nie chcieliby już w nie grać.
|
 |
|
|
Ezekiel |
 |
|
|
Maria Biardzka |
 |
|
|
Łukasz Starowieyski |
|
|
|