Tego dnia ludzie w całej dotkniętej wojną Europie
składają wieńce i zapalają znicze pamięci. Im głośniejsza z każdym rokiem staje
się ta pamięć i im uroczyściej obchodzona rocznica, tym łatwiej zapomnieć, że
przecież żadnego wyzwolenia Auschwitz nie było. Po zwycięstwie w 1945 r. świat
nawet nie chciał słyszeć o jakimś Auschwitz. A wszystko, co się zdarzyło i co
dzisiaj nazywamy wyzwoleniem, było po prostu najzwyklejszym przypadkiem.
To, co jedni nazywali wyzwoleniem, drudzy nazywali likwidacją. Walka o to,
jak potoczy się historia i czy uda się wyzwolić obóz koncentracyjny Auschwitz,
zanim Niemcy zdołają go zlikwidować, czyli zniszczyć, wymordować i ewakuować
więźniów, toczyła się od połowy 1944 roku, gdy front wschodni zatrzymał się na
linii Wisła – San. Spodziewano się, że alianci rozpoczną bombardowania
obozu. Władze Polski podziemnej przekazywały na Zachód plany obozu, usytuowanie
budynków SS, obiektów przemysłowych. Ale żadnego bombardowania, poza tym
spóźnionym, 19 stycznia 1945 r., nie było. Spodziewano się, że może Anglicy,
Amerykanie albo Rosjanie zbombardują choćby tory, dworce i urządzenia kolejowe,
uniemożliwiając Niemcom ewakuację obozu. Ale nic takiego się nie
wydarzyło.
Władze Polskiego Państwa
Podziemnego poważnie rozważały próbę odbicia obozu przez oddziały Armii
Krajowej, lecz jak zapisał we wspomnieniach dowódca Okręgu Śląskiego AK płk
Zygmunt Walter Janke, plany te zarzucono. Przede wszystkim siły akowskie były
zbyt słabe, by atakować ogromny teren obozu strzeżony przez trzy-,
pięciotysięczną załogę SS. Po wtóre, Oświęcim został przez Niemców włączony do
Rzeszy, gdzie jakakolwiek działalność większej polskiej partyzantki była po
prostu niemożliwa. Wreszcie rozważano, że gdyby już podjąć jakąś akcję,
wykorzystując moment zaskoczenia, to cóż by ona dała. Wolność dla 300-400
więźniów, bo tylko tylu można by w najlepszym razie uwolnić i ukryć w terenie. A
co z pozostałymi dziesiątkami tysięcy więźniów skazanych na niemieckie odwetowe
represje?
W istocie rzeczy niemiecka likwidacja obozu Auschwitz trwała od
połowy 1944 r. Systematycznie niszczono dokumenty, palono i wysadzano w
powietrze kolejne obiekty, krematoria. Cały czas trwała ewakuacja więźniów do
obozów położonych w głębi Rzeszy. W ciągu kilku jesiennych miesięcy 1944 r.
ewakuowano transportem kolejowym ok. 65 tys. więźniów. Niemcy usiłowali ukryć
zbrodnie. W tych miesiącach zacierania śladów zagłady powstał tzw. plan Molla
proponujący likwidację obozu przez bombardowanie i ostrzał artyleryjski. Jak
wiadomo, plan sierżanta SS Otto Molla nigdy nie został wprowadzony w życie. Bo
Polska podziemna zdołała ujawnić te plany światu. Co więcej, w audycjach BBC
pojawiły się informacje o wyrokach śmierci wydanych zaocznie na piętnastu
esesmanów z Auschwitz. Okazało się, że znane są ich nazwiska, ich obozowe
funkcje i zbrodnie. I być może żadne alianckie bombardowanie nie przyniosłoby
takiego skutku jak ta audycja radiowa, która zasiała panikę wśród Niemców.
W niczym nie zmieniło to faktu, że Niemcom udało się zlikwidować
Auschwitz. 17 i 18 stycznia 1945 r. wobec zbliżającego się frontu w marszu
śmierci wyprowadzono z obozu 60 tys. więźniów. Mieli dotrzeć do Gross-Rosen. Jak
wyglądał ten męczeński pochód? Co kilkaset metrów leżał zastrzelony więzień. Nie
zdołano ustalić, ilu ludzi wówczas zginęło, ilu udało się uciec z konwojów
zagłady, ilu Niemcy zdołali doprowadzić do miejsc przeznaczenia. Wraz z tą
ostatnią ewakuacją obóz koncentracyjny Auschwitz przestał istnieć. Pozostali w
nim jedynie chorzy i umierający oraz 645 ciał zmarłych, których Niemcy nie
zdążyli już spopielić. Pozostała też grupa esesmanów z majorem Franzem Krausem i
kapitanem Franzem Hösslerem, którym powierzono zadanie wymordowania więźniów.
Ale w Auschwitz i Birkenau w tych dniach Niemcy zdołali zastrzelić jedynie 300
więźniów.
21 stycznia 1945 r. obóz opuściły stałe posterunki SS.
Nagle nie było Niemców. Nie było także wody, światła, żywności i opału. Gdzieś z
oddali dobiegały odgłosy zbliżającego się frontu. W obozie pozostawało, jak się
przyjmuje, 7650 więźniów. Wśród nich grupa tych, którzy zdołali się ukryć i
uniknąć ewakuacji. Przede wszystkim lekarze i pielęgniarze, którzy nie chcieli
opuścić chorych. W ciągu tych dziewięciu dni między likwidacją obozu a tzw.
wyzwoleniem, wszystko, co się zdarzyło, w gruncie rzeczy zdarzyło się poza znaną
historią. Zawiązała się więźniarska samoobrona, zorganizowano więźniarskie
patrole i posterunki pilnujące porządku i bezpieczeństwa. Więźniowie z
macierzystego obozu udali się do Brzezinki, by powiadomić o znalezieniu
magazynów SS z żywnością i podzielić się z innymi. Wybrano nowych opiekunów
bloków, własne władze. Podjęto opiekę nad chorymi. Oczywiście, gdzieś jeszcze
byli Niemcy. Wysadzali pozostałe krematoria, penetrowali magazyny tzw. Kanady,
by znaleźć dla siebie cywilne ubrania i uciec przed Rosjanami. Ale w gruncie
rzeczy obóz był już wolny.
Był wolny tak dalece, że 22 stycznia
1945 r. i w następnych dniach pojawili się w nim co odważniejsi mieszkańcy
Oświęcimia, którzy przyszli z pomocą żywnościową i lekarską. Wielu z nich
zabrało z sobą dzieci oświęcimskie, bezpańskie, na poły gołe, dzikie, zbyt małe,
by wiedziały, kim są i jak się nazywają. Nazywano je Turkami. Ludzie z
Oświęcimia zabierali je, aby uratować. Nikt nie wie, ile dzieci i ilu starszych
więźniów uratowano. Gdy już po tzw. wyzwoleniu policzono więźniów, okazało się,
że około 3 tys. ludzi po prostu opuściło obóz.
Rankiem 27 stycznia
do Oświęcimia zbliżyły się oddziały rosyjskie. Miasta nikt nie bronił. Około
południa Oświęcim był już wyzwolony. Około trzeciej po południu pierwsze patrole
60. Armii zbliżyły się do obozu macierzystego. Ubrani na biało żołnierze
wyglądali jak białe plamy na śniegu. Co wówczas się zdawało i dziś jest
niepojęte, nie wiedzieli, gdzie są i co wyzwalają. Nie otrzymali rozkazu
wyzwolenia obozu Auschwitz. Po prostu szli „wpieriod" i tak
wyzwolili. Koło bloku 11. zbudowali podwyższenia, „by nawiązać kontakt
ogniowy z Niemcami”. I podobno nawiązali, choć nie do końca wiadomo, co to
znaczy. Wiadomo także, że na cmentarzu w Oświęcimiu leży 231 żołnierzy
radzieckich poległych w operacji wyzwalania miasta i obozu.
Nie
ulega wątpliwości, że Rosjanie byli porażeni tym, co zobaczyli. Relacje notują
płaczących żołnierzy i płaczących generałów. Nie ulega też wątpliwości, że jeśli
nawet to nie oni wyzwolili Oświęcim, bo nie było żadnego wyzwolenia, tylko
niemiecka likwidacja obozu, to w ciągu następnych miesięcy, aż do października,
z najwyższą ofiarnością i oddaniem w dwóch radzieckich szpitalach na terenie
obozu próbowali uratować życie tysiącom więźniów. Ta historia Oświęcimia po
wyzwoleniu, historia tzw. ruchu oświęcimskiego, w ramach którego dziesiątki i
setki ludzi dobrej woli, lekarzy, Rosjan i Polaków, żołnierzy i cywilów oddawało
wszystkie siły, by ratować ofiary, jest zapomniana, a może najprawdziwsza i
najpiękniejsza.
I choć prawdą jest, co wynika z relacji więźniów, że
Rosjanie zanim przysłali do obozu lekarzy, wysłali ekipy filmowe, to przecież
taki był i do dzisiaj jest ten świat. Jeśli nawet nie ma mowy o zwycięstwie i
wyzwoleniu, to zawsze można je po prostu sfilmować.