|
|
| Tusk chce zostawić po sobie ślad |
| 2010-01-29 12:42
Ciekawszym zadaniem jest rozbiór tego, co stało za decyzją Donalda Tuska zrezygnowania się z ubiegania o fotel prezydencki i ciepłą, najprawdopodobniej 10-letnią, posadę. Wydaje się, że decyzja została podjęta pod wpływem wielu czynników, które składają się na bardzo logiczną całość.
REKLAMA
Jest oczywiste, że Donald Tusk patrzy w sondaże i kieruje się także (ale nie głównie) politycznym PR. To naturalne w przestrzeni politycznej XXI wieku i jeżeli ktoś mówi, że jego motywacją i jego celem jest tylko dobro narodu i społeczeństwa, to znaczny, że mamy do czynienia z idiotą, lub łgarzem, a zapewne z jednym i drugim. Polityczny PR i umiejętność narracji politycznej to kanon na szczeblu wielkiej polityki. Donald Tusk ma wyniki sondażowe niezmiennie znakomite, od wielu lat i nic nie jest ich w stanie pogorszyć. Ani ataki opozycji, ani kryzys gospodarczy, ani tak zwana afera hazardowa, sprowokowana przez jego współpracowników i wywołana przez Mariusza Kamińskiego i jego CBA. Słupki stoją, poparcie niemalże constans, droga ku Pałacowi Namiestnikowskiemu prosta i pozbawiona przeszkód. Ale Tusk to nie tylko polityk "sondażowy", jak usiłuje nas od lat przekonać PiS, jego spin doctorzy i sprzyjające im media. To polityk chcący pozostawić po sobie ślad, nie tylko w podręcznikach historii. To jest coś, co w nim dojrzewało i dojrzało właśnie teraz. Jeszcze w roku 2005, kiedy kandydował na urząd prezydenta i być może także w roku 2007, kiedy zdobywała z PO władzę parlamentarną, nie było to dominantą jego poczynań, decyzji, wyborów. Teraz - tak. Tusk wczorajszą swoją decyzją obalił kilka mitów; Przede wszystkim właśnie ten, że kieruje się głównie sondażami. Obalił również mit, że za jego poczynaniami stoi od 4 lat, od czasu porażki z Lechem Kaczyńskim czysty wyborczy PR. I również obalił mit, że jego motywacją jest osobista zemsta na urzędującym prezydencie. Zresztą wygranie w tym roku z Lechem Kaczyńskim, pomijając splendor stanowiska, nie jest niczym wielkim. Nie jest to trudne, sondaże są dla urzędującego prezydenta bezlitosne, a większą korzyścią dla PO i premiera będzie to, że Kaczyński przegra z kimś innym. To będzie miało jeszcze większy ciężar gatunkowy, niż przegrana z samym Tuskiem. Przejdźmy do spraw ważniejszych. Premier wyraźnie zdeklarował, że jego motywacją jest zrealizowanie zmian i reform, na miarę Polski XXI wieku. A do tego potrzebne jest mu sprawowanie władzy realnej, a ta leży - a właściwie powinna spoczywać - w rękach premiera rządu. To tu jest, nominalnie, główny ośrodek władzy wykonawczej, to z niego powinny wychodzić inicjatywy, to on powinien być główną egzekutywą państwa, ale również motorem legislatywy sejmowej. Tak w tej chwili w Polsce nie jest, o czym dobitnie możemy się przekonać od dwóch lat, gdzie kohabitacja urzędu prezydenta i premiera zamieniła się w permanentną walkę polityczną. Urząd prezydenta za czasów rządu Donalda Tuska zmienił się z ośrodka władzy w ośrodek destrukcyjnej opozycji, wspierając opozycję parlamentarną. W takim układzie nie da się zrealizować żadnych planów, żadnych projektów, nie da się państwa posunąć naprzód. Ponieważ nie da się w obecnych warunkach zmienić zapisów Konstytucji RP (nie jest zresztą to dobra metoda na porządkowanie prawa, dostosowywanie ustawy zasadniczej do bieżących planów politycznych), premier uznał, że jedyną drogą jest przejęcie kontroli nad oboma ośrodkami władzy. I będzie ten plan realizował. Dopiero to da mu faktyczną władzę, w ramach Konstytucji i porządku demokratycznego. I dopiero to pozwoli mu na trudne reformy w dziedzinie finansów, edukacji, ochrony zdrowia... na sanację państwa. Na dziś, przy takiej obsadzie stanowiska prezydenta, dwuwładza wykonawcza jest niespójna, niewydolna, blokująca państwo. Rząd i prezydent są w nieustannym klinczu, nie pomogą ustalenia nieformalne, obie strony od dawna są pozbawione chęci współpracy. W systemie demokratycznym równie ważną rolę jak partia rządząca odgrywa opozycja. To ona jest krytykiem i kontrolerem władzy, poczynań rządzących. Pod warunkiem, że odbywa się to w warunkach pełnej gry demokratycznej. Niestety, już za czasów rządu koalicji rządowej Prawa i Sprawiedliwości, LPR i Samoobrony, rola i zadania Sejmu i Senatu były ograniczane. Tak się dzieje również w tej kadencji polskiego parlamentu, Sejm i Senat nie są miejscami, gdzie rozgrywa się poważna debata polityczna i gdzie zapadają kluczowe dla państwa decyzje. Prace Sejmu są sparaliżowane, legislatywa jest ułomna, a decyzje, nawet przegłosowane, mogą zawsze zostać zablokowane wetem nieprzychylnego rządzącej koalicji prezydenta. Podstawowym problemem, z którym się boryka partia rządząca i Donald Tusk nie jest to, że Jarosław Kaczyński i Prawo i Sprawiedliwość są silną opozycją. Silna, krytyczna opozycja jest wartością demokratycznego państwa, pod warunkiem, że działa ona, w pełnym tego słowa znaczeniu, w interesie państwa i jego obywateli. A z PiS tak niestety nie jest. Prawo i Sprawiedliwość, pomimo, że tak samo jak PO odwołuje się do etosu "Solidarności", na na sztandarach wypisane szczytne hasła i pro społeczne cele, tak naprawdę jest formacją anty systemową, negującą porządek prawny i porządek demokratyczny w Polsce. Świadczy o tym opublikowany kilkanaście dni temu nowy/stary projekt Konstytucji RP, która bez ogródek odcina się od Polski ostatnich 20. lat, chcąc wprowadzić w Polsce tak zwaną IV RP. I ten projekt, który ma nie tylko marketingowe założenia, świadczy o tym, że Prawu i Sprawiedliwości w najmniejszym stopniu nie zależy na tym, aby Polska poszerzyła zakres swobód obywatelskich, stała się nowoczesnym państwem Unii Europejskiej. Poza niezbędnym reformami wewnątrz kraju (administracja, finanse, w tym głównie system emerytalny, czy wspomniane już wcześniej ochrona zdrowia, szkolnictwo, ale także bezpieczeństwo energetyczne i wewnętrzne państwa), Polska musi pogłębić swoją integrację z Unią Europejską, szczególnie po ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Biorąc pod uwagę opisaną sytuację na polskiej scenie politycznej, anty systemowość i antyeuropejskość najważniejszej partii opozycyjnej, nie da się tego "żubra ugryźć w zad", nawiązując do znanego stwierdzenia Jarosława Marka Rymkiewicza (acz wypowiedzianego zupełnie w innym kontekście) inaczej, niż poprzez zdobycie władzy realnej, trwałej i dłuższej nawet niż na 4. lata sejmowej kadencji. Donald Tusk z jednej strony skalkulował sprawę wielowymiarowo. Z drugiej strony jego gra jest ostra, ryzykowna. Decydując się na pozostanie na stanowisku premiera, zachowuje jedność i homogeniczność swojej partii, oraz otwiera sobie drogę ku realizacji długofalowych planów. Tusk idzie po wszystko - po zwycięstwo swojego kandydata w wyborach prezydenckich, po sukces w wyborach samorządowych na jesieni tego roku - i po pełny sukces, dający mu mandat do reform w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych (które prawdopodobnie odbędą się na wiosnę). To może być absolutny nokaut polityczny - ale może być to również porażka na wszystkich frontach. Jedno jest pewne; Donald Tusk, do tej pory przedstawiany jako polityk politycznego marketingu, PR i główny reprezentant post polityki - tym razem wyciągnął karty z zupełnie innej talii. I mam wrażenie, że nie wielu będzie stać, a właściwie nikogo, aby z nim usiąść do rozgrywki.
Tusk chce zostawić po sobie ślad
2010-01-29 12:42
Ciekawszym zadaniem jest rozbiór tego, co stało za
decyzją Donalda Tuska zrezygnowania się z ubiegania o fotel prezydencki i
ciepłą, najprawdopodobniej 10-letnią, posadę. Wydaje się, że decyzja została
podjęta pod wpływem wielu czynników, które składają się na bardzo logiczną
całość.
Jest oczywiste, że Donald Tusk patrzy w sondaże i kieruje się
także (ale nie głównie) politycznym PR. To naturalne w przestrzeni politycznej
XXI wieku i jeżeli ktoś mówi, że jego motywacją i jego celem jest tylko dobro
narodu i społeczeństwa, to znaczny, że mamy do czynienia z idiotą, lub łgarzem,
a zapewne z jednym i drugim. Polityczny PR i umiejętność narracji politycznej to
kanon na szczeblu wielkiej polityki. Donald Tusk ma wyniki sondażowe niezmiennie
znakomite, od wielu lat i nic nie jest ich w stanie pogorszyć. Ani ataki
opozycji, ani kryzys gospodarczy, ani tak zwana afera hazardowa, sprowokowana
przez jego współpracowników i wywołana przez Mariusza Kamińskiego i jego CBA.
Słupki stoją, poparcie niemalże constans, droga ku Pałacowi Namiestnikowskiemu
prosta i pozbawiona przeszkód.
Ale Tusk to nie tylko polityk
"sondażowy", jak usiłuje nas od lat przekonać PiS, jego spin doctorzy
i sprzyjające im media. To polityk chcący pozostawić po sobie ślad, nie tylko w
podręcznikach historii. To jest coś, co w nim dojrzewało i dojrzało właśnie
teraz. Jeszcze w roku 2005, kiedy kandydował na urząd prezydenta i być może
także w roku 2007, kiedy zdobywała z PO władzę parlamentarną, nie było to
dominantą jego poczynań, decyzji, wyborów. Teraz - tak.
Tusk
wczorajszą swoją decyzją obalił kilka mitów; Przede wszystkim właśnie ten, że
kieruje się głównie sondażami. Obalił również mit, że za jego poczynaniami stoi
od 4 lat, od czasu porażki z Lechem Kaczyńskim czysty wyborczy PR. I również
obalił mit, że jego motywacją jest osobista zemsta na urzędującym prezydencie.
Zresztą wygranie w tym roku z Lechem Kaczyńskim, pomijając splendor stanowiska,
nie jest niczym wielkim. Nie jest to trudne, sondaże są dla urzędującego
prezydenta bezlitosne, a większą korzyścią dla PO i premiera będzie to, że
Kaczyński przegra z kimś innym. To będzie miało jeszcze większy ciężar
gatunkowy, niż przegrana z samym Tuskiem.
Przejdźmy do spraw
ważniejszych. Premier wyraźnie zdeklarował, że jego motywacją jest zrealizowanie
zmian i reform, na miarę Polski XXI wieku. A do tego potrzebne jest mu
sprawowanie władzy realnej, a ta leży - a właściwie powinna spoczywać - w rękach
premiera rządu. To tu jest, nominalnie, główny ośrodek władzy wykonawczej, to z
niego powinny wychodzić inicjatywy, to on powinien być główną egzekutywą
państwa, ale również motorem legislatywy sejmowej. Tak w tej chwili w Polsce nie
jest, o czym dobitnie możemy się przekonać od dwóch lat, gdzie kohabitacja
urzędu prezydenta i premiera zamieniła się w permanentną walkę polityczną. Urząd
prezydenta za czasów rządu Donalda Tuska zmienił się z ośrodka władzy w ośrodek
destrukcyjnej opozycji, wspierając opozycję parlamentarną. W takim układzie nie
da się zrealizować żadnych planów, żadnych projektów, nie da się państwa posunąć
naprzód.
Ponieważ nie da się w obecnych warunkach zmienić zapisów
Konstytucji RP (nie jest zresztą to dobra metoda na porządkowanie prawa,
dostosowywanie ustawy zasadniczej do bieżących planów politycznych), premier
uznał, że jedyną drogą jest przejęcie kontroli nad oboma ośrodkami władzy. I
będzie ten plan realizował. Dopiero to da mu faktyczną władzę, w ramach
Konstytucji i porządku demokratycznego. I dopiero to pozwoli mu na trudne
reformy w dziedzinie finansów, edukacji, ochrony zdrowia... na sanację państwa.
Na dziś, przy takiej obsadzie stanowiska prezydenta, dwuwładza wykonawcza jest
niespójna, niewydolna, blokująca państwo. Rząd i prezydent są w nieustannym
klinczu, nie pomogą ustalenia nieformalne, obie strony od dawna są pozbawione
chęci współpracy.
W systemie demokratycznym równie ważną rolę jak
partia rządząca odgrywa opozycja. To ona jest krytykiem i kontrolerem władzy,
poczynań rządzących. Pod warunkiem, że odbywa się to w warunkach pełnej gry
demokratycznej. Niestety, już za czasów rządu koalicji rządowej Prawa i
Sprawiedliwości, LPR i Samoobrony, rola i zadania Sejmu i Senatu były
ograniczane. Tak się dzieje również w tej kadencji polskiego parlamentu, Sejm i
Senat nie są miejscami, gdzie rozgrywa się poważna debata polityczna i gdzie
zapadają kluczowe dla państwa decyzje. Prace Sejmu są sparaliżowane, legislatywa
jest ułomna, a decyzje, nawet przegłosowane, mogą zawsze zostać zablokowane
wetem nieprzychylnego rządzącej koalicji prezydenta.
Podstawowym
problemem, z którym się boryka partia rządząca i Donald Tusk nie jest to, że
Jarosław Kaczyński i Prawo i Sprawiedliwość są silną opozycją. Silna, krytyczna
opozycja jest wartością demokratycznego państwa, pod warunkiem, że działa ona, w
pełnym tego słowa znaczeniu, w interesie państwa i jego obywateli. A z PiS tak
niestety nie jest.
Prawo i Sprawiedliwość, pomimo, że tak samo jak PO
odwołuje się do etosu "Solidarności", na na sztandarach wypisane
szczytne hasła i pro społeczne cele, tak naprawdę jest formacją anty systemową,
negującą porządek prawny i porządek demokratyczny w Polsce. Świadczy o tym
opublikowany kilkanaście dni temu nowy/stary projekt Konstytucji RP, która bez
ogródek odcina się od Polski ostatnich 20. lat, chcąc wprowadzić w Polsce tak
zwaną IV RP. I ten projekt, który ma nie tylko marketingowe założenia, świadczy
o tym, że Prawu i Sprawiedliwości w najmniejszym stopniu nie zależy na tym, aby
Polska poszerzyła zakres swobód obywatelskich, stała się nowoczesnym państwem
Unii Europejskiej.
Poza niezbędnym reformami wewnątrz kraju
(administracja, finanse, w tym głównie system emerytalny, czy wspomniane już
wcześniej ochrona zdrowia, szkolnictwo, ale także bezpieczeństwo energetyczne i
wewnętrzne państwa), Polska musi pogłębić swoją integrację z Unią Europejską,
szczególnie po ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego. Biorąc pod uwagę opisaną
sytuację na polskiej scenie politycznej, anty systemowość i antyeuropejskość
najważniejszej partii opozycyjnej, nie da się tego "żubra ugryźć w
zad", nawiązując do znanego stwierdzenia Jarosława Marka Rymkiewicza (acz
wypowiedzianego zupełnie w innym kontekście) inaczej, niż poprzez zdobycie
władzy realnej, trwałej i dłuższej nawet niż na 4. lata sejmowej kadencji.
Donald Tusk z jednej strony skalkulował sprawę wielowymiarowo. Z drugiej
strony jego gra jest ostra, ryzykowna. Decydując się na pozostanie na stanowisku
premiera, zachowuje jedność i homogeniczność swojej partii, oraz otwiera sobie
drogę ku realizacji długofalowych planów. Tusk idzie po wszystko - po zwycięstwo
swojego kandydata w wyborach prezydenckich, po sukces w wyborach samorządowych
na jesieni tego roku - i po pełny sukces, dający mu mandat do reform w
przyszłorocznych wyborach parlamentarnych (które prawdopodobnie odbędą się na
wiosnę). To może być absolutny nokaut polityczny - ale może być to również
porażka na wszystkich frontach.
Jedno jest pewne; Donald Tusk, do tej
pory przedstawiany jako polityk politycznego marketingu, PR i główny
reprezentant post polityki - tym razem wyciągnął karty z zupełnie innej talii. I
mam wrażenie, że nie wielu będzie stać, a właściwie nikogo, aby z nim usiąść do
rozgrywki.
|
 |
|
|
Maria Biardzka |
 |
|
|
Łukasz Starowieyski |
 |
|
|
Maciej Kawiński |
|
|
|