W opisie rzeczywistości posługuję się (i to jest także
siła „Wprost") prostymi zasadami: zdrowego rozsądku, przekory,
ironii, nieulegania stadnemu pędowi i modom, nieprzyłączania się do nagonek,
nieurągania logice. Napisać można każde głupstwo – wszystko jedno, czy
wazeliniarskie, czy inkwizytorskie. Tylko po co? Zawsze mnie śmieszyło
obsadzanie się wielu kolegów w roli jawnie partyjnych agitatorów (te wszystkie
„Tusku, musisz" itp.), żenowało świetne samopoczucie tych, którzy
tkwili w mainstreamowym bagienku, gdzie wystarczyło co rusz powtarzać: „Ja
też, ja też!", żeby być uznanym za swego i móc śpiewać w chórze (co z tego,
że w piątym czy szóstym rzędzie). Zabawne są w naszym dziennikarskim środowisku
te wszystkie zbiorowe mózgi, które nadają na tych samych częstotliwościach
komunikaty tak obezwładniająco trywialne i konformistyczne, że zęby bolą.
Zabawna i przerażająca zarazem jest skłonność do unikania wszelkiego ryzyka
myślenia pod prąd, bo to by się nie spodobało salonowi. Efektem jest myślowa
miałkość, nieprawdopodobny schematyzm i przewidywalność.
Zalewa nas
irytujące pleplanie dziennikarskich paniuś, które wszystko dziwi, a w razie
potrzeby oburza bądź wzrusza. Obezwładnia pseudoanalityczne tokowanie tzw.
wyważonych, którzy zawsze mają te swoje „z jednej strony", „z
trzeciej strony", „z szesnastej strony", żeby tylko nie
zaryzykować własnej opinii ( jak mawiał Stanisław Cat-Mackiewicz, najbardziej
wyważoną pozycję ma się w trumnie, co oznacza, że ci wyważeni to nudziarze i
banaliści). Wprawia w osłupienie łopatologiczna dydaktyka dziennikarskich
pedagogów, którzy mają misję, żeby nas wychować (niczym swego czasu lektorzy
Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu-Leninizmu), żebyśmy nie musieli błądzić.
Zdumiewa moralizatorski zapał przeróżnych dziennikarskich świętoszków,
najczęściej łamiących wszelkie zasady we własnym życiu (damskich bokserów,
pijaków, geszefciarzy itp.), ale strasznie wymagających wobec innych.
O
awangardzie artystycznej mówi się, że to wieczni wędrowcy, którzy zawsze
rozbijają obóz poza miastem. To samo odnosi się do wolnego dziennikarstwa.
Nieprzypadkowo na łamach „Wprost", gdy Polska znowu stawała się
wolnym krajem, występował Stefan Kisielewski, człowiek, którego od stadnego
myślenia dzieliły miliony lat świetlnych. Nieprzypadkowo we „Wprost"
przez lata swoje felietony publikował Maciej Rybiński, człowiek, dla którego
przekora, ironia i antysalonowość były życiowym kredo. Nie jest przypadkiem, że
to we „Wprost" swoje najlepsze, najbardziej finezyjne i przewrotne
felietony pisał Stanisław Tym. Tak jak nieprzypadkowo we „Wprost”
znaleźli przystań Mazurek & Zalewski, dla których nie ma tabu, świętych
krów, okresów ochronnych czy jakiejkolwiek formy serwilizmu. Taka postawa
piszących we „Wprost” i redagujących ten tygodnik wywoływała
oczywiście ataki. Bo nikt nie lubi, gdy na takim tle widać jego konformizm,
lizusostwo, blagierstwo, służalczość, obłudę czy głupotę. Dlatego przypinano
„Wprost” różne łatki, żeby po pierwsze, tygodnik zdyskredytować, po
drugie, ukryć własne grzechy (na zasadzie: łapać złodzieja), a po trzecie,
podtrzymać deklarację lojalności wobec salonu czy mainstreamu.
Dziękuję Szanownym Czytelnikom za wspaniałe wspólne lata. Dziękuję
fantastycznym ludziom, z którymi miałem zaszczyt pracować. Nowemu wydawcy
„Wprost", szefom Platformy Mediowej Point Group oraz moim następcom
będę życzliwie kibicował, by znaleźli właściwą miarę między tym, co było
najlepsze we „Wprost" dotychczas, a tym nowym, co sprawi, że będzie
to numer jeden wśród tygodników opinii, najbardziej opiniotwórcze pismo w
Polsce.