Czy za chińskim sukcesem stoi zastosowanie recept
monetaryzmu,
keynesizmu, szkoły austriackiej albo ekonomii neoklasycznej? A może
jakieś cudowne panaceum na wydobywanie setek milionów ludzi z biedy i
katapultowanie ich do nowoczesności w postaci chińskiej szkoły
ekonomicznej? Na każde z tych pytań odpowiedź musi być przecząca. Nie ma
chińskiej szkoły ekonomicznej, lecz jedynie strategia modernizacyjna, a
jej twórcą, inaczej niż w tradycyjnych szkołach, nie jest
intelektualista, myśliciel czy ekonomiczny ekspert, lecz polityczny
przywódca Deng Xiaoping. W Chinach istniała długa tradycja, według
której cesarze określali granice i wyznaczali kierunki rozwoju sztuki,
filozofii czy spraw państwa. Często poprzez krótkie i bardzo ogólne
sentencje, natychmiast podchwytywane przez mandarynów starających się
odgadywać ich sens i tworzyć wokół nich bardziej rozbudowane koncepcje
(gdyby Polska była Chinami, to w latach 90. czołowi ekonomiści
zastanawialiby się, jak wcielać w życie i twórczo adaptować takie hasła,
jak: „100 milionów dla każdego", „Polska drugą Japonią"
czy „Wybierzmy
przyszłość").
Złote myśli Deng Xiaopinga,
które otworzyły nową epokę,
to: „Szukajcie prawdy w faktach", „Nieważne, czy kot jest
czarny, czy
biały, byle łowił myszy" oraz „Bogaćcie się". Sam Deng podobno
nie był
nawetpomysłodawcą poszczególnych rozwiązań instytucjonalnych. Cierpliwie
urzędował w Pekinie, wybierając najlepsze – jego zdaniem – pomysły
lokalnych urzędników, które już sprawdziły się w terenie.
„Socjalizm z
chińską specyfiką" (Juyou zhongguo tese shehui zhuyi) to hybryda wielu
znanych modeli ekonomicznych. Dlatego przy próbie jej charakterystyki
zawodzą proste dychotomie opisujące klasyczne szkoły: stosunek państwo –
rynek oraz interwencjonizm – wolność gospodarcza. Hybryda ta zawiera
elementy zarówno socjalizmu (cały sektor bankowy jest państwowy, aż 30
proc. PKB wytwarza państwo), jak i kapitalizmu (uwolniona
przedsiębiorczość, gospodarka bez regulacji cen). Sam reformator
powiadał: „Socjalizm i gospodarka rynkowa nie są z sobą sprzeczne. (...)
Planowanie i siły rynku nie są podstawową różnicą między kapitalizmem a
socjalizmem (...). Planowanie istnieje w kapitalizmie, a gospodarka
rynkowa zdarza się także w socjalizmie (...), to po prostu dwie drogi
wytwarzania dobrobytu".
Największą inspiracją dla Chińczyków
okazały się
sukcesy azjatyckich tygrysów. Na początku lat 90., w czasie słynnej
podróży na południe będącej kontynuacją tradycyjnych chińskich wizyt
cesarskich w odległych rejonach kraju, krytykowany w Pekinie Deng,
agitując na rzecz reform wśród terenowych członków KPCh, stwierdził: „Na
Wybrzeżu musimy zbudować kilkanaście Hongkongów", a wśród wzorów
wymienił Japonię, Koreę i zamieszkany przez Chińczyków Singapur. „System
polityczny Singapuru jest raczej dobry, a jego liderzy rządzą surowo i
sprawnie. Powinniśmy być tacy jak oni, a nawet jeszcze lepsi" –
twierdził.
Wśród elementów modelu azjatyckiego, które z
powodzeniem
przyjęły się w Chinach (w Europie byłoby to chyba niemożliwe), jednym
tchem wymienia się autorytaryzm, ograniczone swobody obywatelskie, kult
pracy, kolektywizm, a w makroskali – orientację na gospodarkę
proeksportową i proinnowacyjną o wysokiej stopie inwestycji.
Już
w latach 80. dengizm spotkał się z radykalną krytyką. Atakowali go
zwolennicy gospodarki planowej oraz ideowi komuniści, zarzucając mu, iż
otwarcie Chin na inwestycje zagraniczne to zaproszenie do powrotu
„zamorskich diabłów" i „wyprzedawanie Chin". Niektórzy
oskarżali Denga
nawet o bycie kryptokapitalistą, który dostał się do partii tylko po to,
by sprowadzić ją na manowce kapitalizmu. Chen Yun, czołowy ekonomista
frakcji socjalistycznej, ostrzegał: „Ptak raz wypuszczony z klatki nigdy
do niej nie wróci". Jego słowa potwierdzała rosnąca w siłę, domagająca
się reform politycznych na kształt radzieckiej głasnosti frakcja
liberalna. Ostatecznie śmierć jednego z jej przywódców, Hu Yaobanga,
doprowadziła do zamieszek i krwawej masakry na placu Tiananmen.
Oprócz ewolucjonizmu (jak obrazowo opisał go Deng: „mou zhe shitou guo
He", czyli „przechodzimy przez rzekę, ostrożnie stawiając stopy na
kamieniach") fundamentem strategii przeprowadzania Chin do
nowoczesności było zachowanie stabilności politycznej. Po 1989 r.
wszelkie przejawy politycznej nieprawomyślności są tłumione jeszcze
bardziej zdecydowanie. Mimo to w Pekinie, za zamkniętymi dla opinii
publicznej drzwiami, trwa ożywiona dyskusja chińskich akademików i think
tanków, nazywana dyktaturą konsultacyjną. Ścierają się tam racje
zwolenników różnych nurtów, z których najwięcej zwolenników zdają się
zdobywać poglądy najbardziej znanego ekonomisty Państwa Środka
Wu Jingliana. Ten długoletni doradca Denga to ekonomiczny celebryta
igrający z władzą (podejrzewano go nawet o szpiegostwo na rzecz USA).
Jest gorącym zwolennikiem otwartej debaty na temat sprawiedliwości
społecznej. Twierdzi, że państwo powinno odgrywać rolę sędziego, a nie
gracza czy trenera, i jeśli rynek potrafi rozwiązać problem, to należy
mu to umożliwić. Nie przeszkadza mu to uznawać socjalizm za kompatybilny
z rynkiem. Jinglian uważa też, że cała sztuka polega na znalezieniu
złotego środka
i bliskiemu chińskiej tradycji taoistycznej „pogodzeniu
sprzeczności".
Czymś takim może być oparcie rozwoju Chin na sztucznie zaniżonym kursie
walutowym. Dysponując niedowartościowaną walutą i środkami do utrzymania
jej niedowartościowania, Chiny, gdy uznają to za potrzebne, celowo
zaniżają wartość własnych produktów, aby sprzedawać ich więcej. Spotyka
się to z wielkim niezadowoleniem USA.
Dynamizm Chin bierze się także z tego, że przypominają Amerykę z końca
XIX w. Mimo wysiłków Pekinu utrzymuje się tam wysoki współczynnik
nierówności dochodu. Dzięki ich rozpiętości w wielu miejscach już
zmodernizowane Chiny nadal dysponują sporymi zasobami taniej siły
roboczej, choć zaczyna już narastać presja na zwiększanie płac.
Zwłaszcza że konsumpcja owoców wzrostu jest odkładana na
później, a zyski ponownie inwestowane – w infrastrukturę, naukę,
technologię, armię, czasem także w kupowanie społecznego spokoju (np.
przez rozesłanie w czerwonych kopertach na chiński Nowy Rok
najbiedniejszym po 100 juanów, czyli około 10 euro).
Jak to
wszystko
zebrane w jeden system nazwać? Socjalizmem z chińską specyfiką?
Państwowym kapitalizmem? Społeczną gospodarką rynkową? Terminy używane
na określenie chińskiej transformacji nie przestają budzić kontrowersji.
Wygląda na to, że właściwa nazwa pojawi się dopiero w przyszłości. Pod
jednym wszakże warunkiem: chińska modernizacja zakończy się sukcesem. Za
wcześnie o tym prorokować, gdy Chiny są dopiero – jak powiedziałby ich
lider – w połowie rzeki, przez którą przechodzą. Pewne jest jednak to,
że widzą już stamtąd drugi brzeg.