Ale właściwie dlaczego nie wolno? Przecież było wolno
przez ostatnie
pięć lat. A tak naprawdę było wolno przez ostatnie dwie dekady. Jak
wytłumaczyć tę zmianę? Jak wytłumaczyć, że ktoś, z kogo powszechnie
kpiono, mógł spocząć na Wawelu? Ten proces trąci jakimś upiornym
paradoksem, jakąś nieznośną ironią historii. Skoro Lech Kaczyński był
tak wielkim przywódcą, dlaczego nie dostrzegaliśmy tego wcześniej?
Dostępne analogie niczego nam nie wyjaśnią. Nie można porównywać jego
śmierci ze śmiercią Jana Pawła II czy Diany. Lady D. była ubóstwianą
przez wszystkich ikoną popkultury. Gdy zmarła, popkultura świętowała
samą siebie. Jan Paweł II zaś w powszechnym odczuciu stanowił uosobienie
świętości. Jego piękna śmierć stanowiła jedynie jej ostatni akord.
Zarówno jego śmierć, jak i śmierć Diany, przy wszystkich różnicach
między tymi postaciami, ukazały w głębszym stopniu to, kim były one
wcześniej. Śmierć Kaczyńskiego zaś pokazała, że był kimś zupełnie innym.
Że nie był pociesznym Kaczorem, ale patriotą, mężem stanu, Panem
Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej.
A
jednak, jak pokazał
francusko-amerykański antropolog René Girard, tego typu transformacja –
przeobrażenie symbolu zła w symbol świętości – dokonywała się
nieustannie od początku ludzkiej historii, stanowiąc podstawę
pierwotnych kultur. Paradoks polega na tym, że zdarzyła się ona właśnie
na naszych oczach, że oto my, nowocześni Polacy, nagle wbrew sobie
staliśmy się nieświadomymi uczestnikami rytualnego mordu, mordu, którego
nie chcieliśmy popełnić.
Ludzkie pożądanie ma charakter
mimetyczny – głosi pierwsze założenie
teorii Girarda. We wszystkich społeczeństwach ludzie pożądają rzeczy nie
ze względu na ich samoistną wartość, lecz ze względu na to, że naśladują
pożądanie innych.
Pieniądze, władza, sława są dla nas ważne tylko dlatego, że już
wcześniej były ważne dla innych. Ten podstawowy mechanizm wiedzie do
nieustannego konfliktu. Ponieważ dóbr, do których dążymy, jest zawsze za
mało, musimy zwracać się przeciw sobie. Musimy nieustannie usuwać tych,
którzy stają na przeszkodzie naszemu pożądaniu. Jeśli życie społeczne
nie zamieniło się jeszcze w niekończącą się walkę wszystkich przeciw
wszystkim, to tylko dlatego, że istnieje jeden mechanizm, który
przywraca mu pokój i równowagę: mechanizm kozła ofiarnego. Przeciwnicy
nigdy nie pogodzą się sami z siebie, bo walczą o to samo, połączą się
jednak szybko we wspólnym działaniu przeciwko ofierze, w rytualnym
mordzie. Kiedy naszą wzajemną agresję skupiamy na wspólnym unicestwianiu
ofiary, na powrót odzyskujemy utraconą jedność. Gdy patrzy się z tej
perspektywy, widać bardzo jasno, że Lech Kaczyński doskonale nadawał się
do roli kozła ofiarnego i że na nim zbudowała się nasza narodowa
wspólnota.
Pierwszym etapem mechanizmu ofiarniczego jest
naznaczenie. Chociaż
wszystkimi kieruje to samo pożądanie, należy pokazać, że ofiara w jakiś
sposób od nas odstaje, że jest inna. Jak wywodził René Girard, często
zdarza się, że chwilę przed rytualnym mordem ofiary tłum ją wywyższa.
Wywyższenie bowiem oddziela ją od grupy, a stosunek do niej, jeśli jest
już zawiązany, łatwo przechodzi z przyjaźni do wrogości. Droga wiodąca
do nienawiści od miłości jest znacznie krótsza niż droga od obojętności.
Wywyższenie odegrało podobną rolę w przypadku Kaczyńskiego, którego
wybór na prezydenta oddzielił od reszty, a jednocześnie uczynił
widocznym i łatwym obiektem ataku.
Dana osoba, jak pokazuje dalej
Girard, staje się ofiarą na mocy
arbitralnej decyzji. Wystarczy jakiś drobny defekt ciała, zmyślony czy
też mało znaczący incydent, żeby rzucić na nią podejrzenie. Krok
następny to oskarżenie. Chociaż w społeczeństwie wszyscy stanowią
przeszkodę dla wszystkich, to przyszła ofiara zaczyna być postrzegana
jako przeszkoda główna. W tym kierunku zmierzała polityczna strategia
przeciwników Kaczyńskiego, której głównym celem było przedstawić go jako
tego, który cały czas przeszkadza: uniemożliwia realizację reform
ekonomicznych (tzn. przez Kaczyńskiego nie możemy być bogaci), ośmiesza
Polskę na arenie międzynarodowej (tzn. przez Kaczyńskiego nie jesteśmy
poważani), zamiast budować sprawne państwo, wymachuje szabelką (tzn.
przez Kaczyńskiego nie możemy być silni), zamiast łączyć Polaków, tylko
jątrzy (tzn. przez Kaczyńskiego nie możemy wreszcie się pokochać i
jesteśmy podzieleni).
Krok ostatni to unicestwienie ofiary. O ile
w
dawnych kulturach przybierało ono formę mordu rytualnego, o tyle w
kulturach współczesnych przybiera formę mordu wyobrażonego, mordu
symbolicznego. To, że wobec prezydenta stosowano niezwykle brutalną retorykę,
nie było zatem żadnym przypadkiem. Oto następowała nagła, niekontrolowana już
przez nikogo eskalacja przemocy. Życzono Polakom, żeby Kaczyński przestał być
prezydentem. Mówiono o nim w czasie przeszłym. Odwoływano się nawet do
archaicznych toposów, naznaczonych przemocą. Jeden z jego byłych
współpracowników nawoływał, żeby „dorżnąć watahę", a konkurent do
fotela prezydenckiego w swym słynnym bon mocie „jaka wizyta, taki
zamach" sugerował jednocześnie, że na takiego prezydenta nie warto nawet
organizować zamachu, że nawet nie warto go zabijać. Przypomnijmy w tym miejscu
za Giorgio Agambenem, że w starożytnym Rzymie najniżej w drabinie społecznej
stał
tzw. homo sacer, tzn. ten, którego życie jest tak mało warte, że nawet
nie można go złożyć w ofierze. Wydawało się, że właśnie tak nisko upadł
Kaczyński.
Polscy politycy i dziennikarze, którzy przewodzili coraz
bardziej
agresywnemu tłumowi, nie widzieli, że sytuacja zaczynała im się powoli
wymykać spod kontroli.
Jeszcze wszyscy się śmiali, jeszcze urządzali happeningi, ale
niepostrzeżenie ich czynami coraz bardziej kierowała przemoc rodem ze
starożytnych mitów. Wszyscy zaczynali przypominać archaiczny, dyszący
emocjami, podekscytowany tłum, który znalazł ofiarę, oskarżył i zamierza ją
unicestwić. Upiorność dramatu, który rozegrał się w Smoleńsku, polegała na tym,
że słowa, które wypowiadano nie do końca serio, naraz stały się prawdą. Naraz
to, co wszyscy chcieli zrobić, ale przecież nie chcieli, stało się
rzeczywistością. Kaczyński przestał być prezydentem i stał się byłym
prezydentem, a razem z nim spłonęła cała wataha. Wydawało nam się, że żyjemy w
erze nowoczesnej i że możemy mówić, co chcemy, a tutaj słowa w przedziwny sposób
zaczęły splatać się z rzeczywistością.
Zgodnie z mechanizmem ofiarniczym
tragiczna śmierć Kaczyńskiego przywróciła wspólnocie jedność. Paradoksalnie
dopiero teraz nastały powszechne
rządy miłości. Co więcej, jak pokazuje Girard, razem z odzyskaną
jednością wspólnota nagle zmienia opinię o ofierze. Zaczął się proces
uświęcenia ofiary. Nie może być zatem przypadkiem, że ciało prezydenta
spoczęło w najważniejszym polskim sanktuarium. Gdzie bowiem możemy
pochować świętych? Podobnie jak wszelkie dyskusje o tym, kto był
odpowiedzialny za śmierć Kaczyńskiego, nie mają sensu, bo jego
unicestwienia domagał się tłum, tak też nie musimy się pytać, kto chciał
jego pochówku na Wawelu. Nie jest to bowiem kwestia personalnych
decyzji, ale niekontrolowanej przez nikogo dynamiki społecznej. Jeśli nawet
konkretne osoby dokonują jakichś wyborów, to nie czynią tego w pojedynkę, lecz
przemawia przez nie wspólnota.
W Smoleńsku byliśmy świadkami mordu
założycielskiego. Kłopot polega na tym, że nie wiemy, jaka wspólnota zostanie na
nim ufundowana. Mimo że nieustannie trwa utajona wojna wszystkich przeciw
wszystkim, to na chwilę nasza agresja została skierowana na zewnątrz. Na chwilę
wydaje się, że skoro Kaczyński „już nie przeszkadza", wreszcie
staniemy się bogaci, silni, poważani i zjednoczeni. Już powoli tłumaczymy sobie,
że to Kaczyński był winien, że „naciskał na pilota",
„niepotrzebnie
organizował alternatywne obchody", że ta tragiczna śmierć zostanie
wykorzystana w politycznej kampanii – i powracamy jak gdyby nigdy nic do
codziennej walki. Taka chwilowa jedność jest jednością wspólnoty
archaicznej, pogańskiej, gdyż prowadzi tylko do ugruntowania naszych
postaw; zamiast do ujawnienia przyczyn agresji – do ich zakrycia. W
końcu „nie mamy sobie nic do zarzucenia” i „nie będziemy
zmieniać zdania
o Kaczyńskim”.