Na najważniejszych dla historii defiladach wieku XX,
jak wiadomo, Polski
zabrakło. W wielkiej defiladzie zwycięstwa, 24 czerwca 1945 r. w
Moskwie, formalnie rzecz biorąc, maszerowali żołnierze i oficerowie w
polskich mundurach, ale byli to wyłącznie Rosjanie delegowani na Polaków
do polskiej armii. Dla Rosjan roku 1945 zwycięstwo było sprawą zbyt
ważną, by się nim z kimkolwiek dzielić. Gdy sojuszniczy polski żołnierz
w zdobytym Berlinie ośmielił się zatknąć biało-czerwoną flagę na
niemieckiej Kolumnie Zwycięstwa, natychmiast został zastrzelony, a flaga
została zdjęta.
Gdy w 1943 r. szala zwycięstwa pod
Stalingradem
przechylała się wyraźnie na rosyjską stronę, Stalin nakazał wywieźć ze
Stalingradu wszystkich nie-Rosjan, tak by triumf był wyłącznie sowiecki.
Wywieziono więc tysiące nieszczęsnych, niczego nierozumiejących
żołnierzy bohaterów, także Polaków. A żeby było prościej, wywieziono ich
wszystkich do łagrów. Po latach odnajdywali się w Polsce owi przeklęci
obrońcy Stalingradu, tworząc ukrywane przed władzami tajne związki i
stowarzyszenia kombatanckie.
W defiladzie zwycięstwa w Londynie w
1946
r., jak wiadomo, też nas zabrakło. Co prawda Anglicy zaproponowali
dwudziestu polskim pilotom udział w paradzie, ale ci, solidaryzując się
z całą zapomnianą polską armią i z całą pominiętą, by nie drażnić
Rosjan, Polską, odmówili. Urządzaliśmy więc swoje lokalne polskie
defilady, a to w Wilhelmshaven, gdzie Pancerna Brygada gen.Maczka
przyjmowała niemiecką kapitulację portu, a to pod Loretto we Włoszech,
gdy przed gen. Andersem defilowali bohaterowie Monte Cassino, Bolonii i
Ankony. W kraju, by nie defilować, urządzano w tym czasie wiece
zwycięstwa. W Warszawie na placu Teatralnym, wśród straszliwych ruin,
cała Polska dowiedziała się, że wygraliśmy tę wojnę. Tu już nikt nie
zrywał polskich flag, lecz musiały wisieć obok radzieckich. I nawet nie
to było największym problemem, ale to, że w istocie nie było ich gdzie,
w tym morzu ruin, wetknąć.
Ludzie obiecywali sobie, że być może
zaproszą
nas na defiladę za rok, a może za dwa, ale jak wiadomo, nie zaprosili. W
tym miejscu historia zanotowała bowiem jedną z najbardziej niepojętych
swych zagadek. Oto bowiem Stalin nigdy już nie powrócił do parady
zwycięstwa na placu Czerwonym.
Nie święcił żadnej jego następnej rocznicy. Oczywiście, uroczyście
obchodzono święto 1 maja, świątecznie pamiętano o każdej następnej
rocznicy rewolucji październikowej. Ale o rocznicy zwycięstwa w wielkiej
wojnie ojczyźnianej nakazano Rosjanom zapomnieć. Nikt nie wie dlaczego.
Nikt nie wie, dlaczego to nie sam Stalin przyjmował defiladę 24 czerwca
1945 r., tylko oddał pierwszeństwo marszałkom Żukowowi i Rokossowskiemu,
nikt nie wie, dlaczego nie przyjął ofiarowanego mu z okazji tego
zwycięstwa tytułu generalissimusa, dlaczego stał z boku, jakby jego ta
historia nie dotyczyła. Trudno w to uwierzyć, ale rocznicę zwycięstwa,
wielkiego założycielskiego mitu mocarstwowej Rosji Sowieckiej, zaczęto
obchodzić uroczyście dopiero za panowania Breżniewa, a 9 maja stał się
świętem państwowym i dniem wolnym od pracy dopiero w 1964 r.
Jedni
twierdzą, że wszystko to dlatego, że mimo ogromnych wysiłków Stalinowi
nie udało się nauczyć jeździć konno, a defiladę przyjmowano na koniu.
Inni, że wszystkiemu winien był sam Bóg, który w pewnym momencie parady,
gdy na bruk placu Czerwonego padały kolejne hitlerowskie sztandary, a
padały dość długo, bo było ich około dwustu, zesłał na plac i całą
Moskwę tak straszliwą nawałnicę, że całą uroczystość trzeba było
przerwać i zrezygnować z radosnego pochodu ludności Moskwy. Być może
jednak Stalin, któremu nawet dzisiaj, po latach, trudno odmówić
politycznych talentów, on jeden w tym wiwatującym tłumie rozumiał, jak
kruche i niepełne jest zwycięstwo, które odniósł, i że są w tej wojnie
znacznie więksi, amerykańscy zwycięzcy.
Była jednak w historii tej wojny jeszcze jedna, zupełnie zapomniana
polska defilada w Moskwie. Nikt nie zna jej daty. Odbyła się w ostatniej
dekadzie września 1939 r. Historia wie o niej z relacji Jana Penzy,
polskiego żołnierza spod Łomży. Był on kanonierem w 3. Pułku Artylerii
Ciężkiej w Wilnie im. króla Stefana Batorego. W 1937 r. pułk otrzymał
sztandar z rąk samego marszałka Śmigłego. A w 1939 r. jak inne pułki
poszedł na wojnę. Tyle że w artylerii ciężkiej wojna przebiega nieco
inaczej niż w piechocie czy kawalerii. Poszczególne dywizjony i baterie
rozrzuca po różnych frontach i miejscach. Części jego pułku przyszło
bronić Warszawy, część zapisała się w walkach nad Pilicą. Sam Jan Penza
przez Lublin dotarł do Chełma, gdzie z dumą odbierał nowiuteńkie działa.
Nie było jednak żadnej okazji, aby z nich wystrzelić. Tylko się cofali
pod nieustającym bombardowaniem z powietrza i ostrzałem z ziemi. Gdzieś
pod granicą rumuńską dostali się w sowieckie ręce. Sowieckie ręce
najpierw obcięły im wszystkie guziki z polskim orzełkiem z mundurów i
czapek, a następnie zagnały do Lwowa. Tu nieznane polskie ręce rzucały
im chleb, a nieznane ręce ukraińskie przerzucały przez płot cegły i
kamienie.
Ze Lwowa przetransportowano ich do Szepietowki. Była to
kolejowa stacja tuż przy sowieckiej granicy. Jej nazwa przewija się w
dziesiątkach i setkach żołnierskich relacji. Tu bowiem Sowieci
zorganizowali obóz przejściowy dla polskich jeńców. Tu ludzie brudzili
sobie ręce, aby wyglądały na bardziej spracowane, bo wiadomo było, że
Rosjanie najpierw patrzą na ręce. Tu usuwano wszelkie oznaki oficerskie,
bo wiadomo było, że prostych żołnierzy odsyłają do domu. To tu można
było znaleźć albo śmierć, albo ocalenie. Rotmistrz Henryk
Leliwa-Roycewicz, który ranny odzyskał przytomność, nagle poczuł
uderzenie w twarz. – Heniek, ty żyjesz…? – usłyszał głos
swego
ordynansa. I odebrał następny policzek. Już odruchowo chciał sięgać po
broń, by zastrzelić bezczelnego żołnierza, gdy kątem oka zobaczył
stojących nieopodal i przyglądających się tej scenie dwóch sowieckich
oficerów z NKWD. – Ano żyję, Franek – powiedział i objął swego
płaczącego ze szczęścia ordynansa. Enkawudziści odeszli, a po kilku
dniach wypuścili i rotmistrza, i jego genialnego ordynansa. Byli pewni,
że to nie oficer, bo przecież polski oficer nigdy nie pozwoliłby się
uderzyć w twarz.
Przez Szepietowkę przeszło kilkadziesiąt tysięcy
Polaków. Stąd kierowano transporty do Kozielska, Ostaszkowa i
Starobielska. Lecz Jana Penzę, zanim trafił do obozu, wraz z kilkuset
innymi skierowano transportem kolejowym do Moskwy. „Wysadzono nas na
Dworcu Kijowskim, oznajmiając, że idziemy na obiad. I tak szliśmy przez
całą Moskwę. Marsz trwał chyba z siedem kilometrów. Ludzie byli
wyczerpani, głodni, często ranni. Ale próbowaliśmy iść jak żołnierze z
podniesionymi głowami. Młodzi komsomolcy ciskali w nas kamieniami.
Starsi ludzie na chodnikach brali nas w obronę. I tak żeśmy szli. Polscy
jeńcy z wojny, której nie było. Na placu Czerwonym ryczały megafony,
jakie miejscowości w Polsce zostały już wyzwolone. I tak doprowadzili
nas do jakichś baraków, gdzie czekały stoły, miski gliniane, drewniane
łyżki i – do końca życia tego nie zapomnę – wykałaczki…!
Wniesiono zupę
i chleb w koszyczkach. Można było jeść do woli. Rosjanie filmowali.
Czekamy na drugie danie. Przecież są na stole wykałaczki. Ale to już
koniec. I znowu marsz przez całą Moskwę na dworzec. I do wagonów. Kiedy
już usiedliśmy, nagle rozkaz wysiadać bez rzeczy. Polacy ukradli łyżkę.
Rewizja, łyżki nie znaleziono, ale ukradziono nam wszystko, co jeszcze
było do ukradzenia. I tak się skończyła ta nasza defilada". Dla
historyka ta nieznana relacja rodzi pytanie o sens jej przypominania w
65. rocznicę zwycięstwa. Ale my, Polacy, właśnie dzisiaj powinniśmy
pamiętać naszą polską tragiczną odmienność losów i naszą polską, jakże
trudniejszą od innych drogę do zwycięstwa. Tym bardziej że ta dzisiejsza
moskiewska defilada nie wydaje się już żadną paradą zwycięstwa. A
raczej, mając na uwadze obecność na niej i Niemców, i Włochów czy
Francuzów, wydaje się wielką defiladą radości wszystkich narodów, którym
udało się wreszcie nie wywołać w historii świata nowej wielkiej wojny.
http://www.relay-of-life.org/pl/chapter.htmlrozwiń komentarz
wiadomo kim jest komorowski i tusk ale zeby zolnierze nie mogli odmowic to sie dziwie .. mieli by czyste sumienie idac tam z rozkazu
ja bym na ich miejscu odmowil zreszta o Naszych Zolnierzach z zachodnnich frontow ani slowa i wlasnie dlatego ta parada to wstyd .. cale szczescie ze nie przyjechali tacy obama , brown czy inni ..
nawet jesli tylko niemogli to i tak byl kopniak dla ruskichrozwiń komentarz
no i po co ta manipulacja,szczeniaku?Jak się nie wie to się głupot nie powtarza.W szturmie Reichstagu Polskie oddziały nie brały udziału,atakowały i zdobyły oddziały 176 pułku 150 dywizji strzelców 3 Armii I Frontu Białoruskiego,to fakty historyczne więc skąd ten Polski żołnierz w nb. całkowicie nie zdobytym budynku?,a bajki dziadków przy kieliszku proszę opowiadać swoim dzieciom(jak się chce ich skrzywdzić)a nie puszczać w niby poważnym wydaniu.rozwiń komentarz