„Nigdy nie pokazuj na okładce swojej książki
normalnie ubranego,
zdrowego na umyśle Afrykanina, o ile nie dostał Nobla.
Karabin AK-47, wyraźnie widoczne żebra, nagie piersi – tak, skup się na
tym. Jeśli jednak koniecznie musisz pokazać Afrykanina, upewnij się, że
wygląda jak typowy Masaj, Zulus lub Dogon" – ironizuje kenijski
pisarz
Binyavanga Wainaina w satyrycznym tekście „Jak pisać o Afryce".
Laureat
nagrody The Caine Prize, nazywanej afrykańskim Bookerem, równie dobrze
mógłby zatytułować swój esej „Jak robić filmy o Afryce”, bo i one
bazują
zazwyczaj na podobnych stereotypach.
Typowa fabuła z akcją
osadzoną w
Afryce podobnie jak wyśmiewane przez Wainainę książki epatuje obrazkami
„Głodującej Murzynki, która przechadza się po obozie uchodźców prawie
goła, oczekując miłosierdzia ze strony Zachodu" czy
„zachodów słońca,
przy czym słońce zawsze jest wielkie i czerwone", a źli biali to
„torysi, afrykanerzy i pracownicy Banku Światowego”. Kino
„afrykańskie”
pomału się jednak zmienia – choć wciąż nie brakuje w nim uproszczeń,
scenarzyści sięgają po coraz bardziej oryginalne historie i szukają
nowego punktu widzenia.
Bille August, laureat Oscara za film
„Pelle
zwycięzca", postanowił opowiedzieć o Nelsonie Mandeli, człowieku,
którego zna chyba każdy. „Goodbye Bafana" nie jest jednak jeszcze
jedną
sztampową biografią legendarnego przywódcy ruchu przeciw apartheidowi.
Właściwie można powiedzieć, że nie jest to film o Mandeli. To raczej
opowieść o wpływie, jaki wywierał na ludzi, z którymi się zetknął. Jedną
z takich osób był James Gregory, strażnik w więzieniu na Robben Island, w
którym przebywał skazany na dożywocie działacz. Gregory jest przekonany
o słuszności idei apartheidu i na początku filmu widzimy, jak tłumaczy
swoim dzieciom, że czarni i biali muszą żyć oddzielnie. Wkrótce jednak
zaprzyjaźnia się z więźniem, nad którym sprawuje opiekę, i stopniowo
zmienia poglądy. „Goodbye Bafana” wzbudził kontrowersje z powodu
oskarżeń, jakie wysunął wobec samego Jamesa Gregory’ego biograf Mandeli,
Anthony
Sampson, który utrzymuje, że strażnik więzienny nie był aż tak blisko ze
swoim więźniem. Sam Mandela pisał o Gregorym pozytywnie, choć bez
większych emocji. Niezależnie od tego, czy Gregory ubarwił trochę swoje
relacje z późniejszym prezydentem RPA, film Augusta jest interesującą
próbą ukazania znanej powszechnie historii z innego punktu widzenia.
– Życie Mandeli jest idealnym materiałem dla Hollywood, są
tu
dramatyczne losy człowieka, szczęśliwe zakończenie i wielka historia w
tle – mówi Artur Cichmińskiz serwisu Stopklatka.pl. Życie słynnego
polityka jednak to także materiał nieco ograny. „Zawsze zakończ swoją
opowieść jakimś cytatem z Mandeli o tęczy albo o odrodzeniu" – kpi
Wainaina. Clint Eastwood znalazł sposób, by nakręcić kolejny film o
laureacie Pokojowej Nagrody Nobla bez popadania w banał i patos.
„Invictus", który od 11 czerwca będzie można obejrzeć w Polsce na
DVD,
opowiada mniej znany wątek z życia Mandeli, który jako prezydent RPA
postanowił zjednoczyć białych i czarnych za pomocą… sportu. Pomógł mu w
tym Franćois Pienaar, kapitan narodowej reprezentacji w rugby, który
podjął się przygotowania kiepskiej drużyny do mistrzostw świata w 1995
r. Film Eastwooda spotkał się z uznaniem krytyki. Morgan Freeman w roli
Mandeli i Matt Damon, który zagrał Pienaara, byli nominowani do Oscara.
Wainaina powiedziałby o filmach takich jak „Goodbye Bafana", że
opowiadają o Afryce z zachodniego punktu widzenia. Może jednak
potrzebujemy właśnie takiej perspektywy, by film był dla nas bardziej
zrozumiały?Zresztą historia białych jest jak najbardziej związana z
Afryką, czasem w sposób zaskakujący, co udowadnia m.in. nagrodzony
Oscarem „Nigdzie w Afryce" z 2002 r. o Żydach, którzy znaleźli
schronie-nie przed nazistami w Kenii.
| „Goodbye Bafana" reż. Bille August do kupienia z bieżącym numerem
„Wprost"
