Niełatwo jest dziś być Jarosławem Kaczyńskim. Po 10 kwietnia lider PiS ani razu nie wypowiedział się agresywnie na temat rządu, śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej, ani na temat swojego głównego rywala w wyborach – Bronisława Komorowskiego. Jeśli już Kaczyński się wypowiada – mówi o potrzebie porozumienia, nowego otwarcia i współpracy głównych sił politycznych dla dobra kraju. Przyznaje, że hasło IV RP przestało być atrakcyjne dla Polaków – i w jego miejsce proponuje Polskę zrównoważonego rozwoju. Jest takim Kaczyńskim jaki w 2005 roku prawdopodobnie poszedłby na ustępstwa i zawarł koalicję z PO.
REKLAMA
Mimo to wyciągnięta ręka lidera PiS traktowana jest jako fortel, a politycy PO są przekonani, że druga ręka Kaczyńskiego, schowana za plecami, jest zaciśnięta w pięść, albo co gorsza Kaczyński trzyma w niej nóż i jest gotów dźgnąć tego, kto zaufa jego słowom. Trzeba przyznać, że kandydat PiS na prezydenta solidnie sobie na tę renomę zapracował. Kiedy w 2005 roku PiS szedł do wyborów pod rękę z PO zapewniając całą Polskę, że koalicja PO-PiS to jedyna szansa dla kraju – skończyło się na znikających pluszakach i dziadkach z Wehrmachtu. Kiedy potem PiS przygarnął pod swoje skrzydła LPR i Samoobronę – skończyło się demontażem tych partii i rozwodem z Lepperem i Giertychem w atmosferze oskarżeń i w towarzystwie agentów CBA. Dotychczas, gdy Jarosław Kaczyński wyciągał rękę, oznaczało to niechybne kłopoty dla tego, kto wyciągniętą rękę uścisnął.
Teraz, gdy wiele wskazuje na to, że Kaczyński rzeczywiście pod wpływem traumy spowodowanej śmiercią brata przedefiniował swoje podejście do polityki, którą – tak przynajmniej wynika z jego słów – przestał traktować jako wojnę wszystkich ze wszystkimi – te doświadczenia sprawiają, że wszyscy traktują jego słowa z przymrużeniem oka. Jak we wspomnianej na wstępie bajce: prezes PiS tak często wcześniej wołał „wilk", by zaszachować politycznych rywali, że teraz, gdy krzyczy szczerze, nikt mu nie wierzy. I zamiast dialogu, o który apeluje prezes PiS – słychać tylko oczekiwania dalszych dowodów: niech wyrzeknie się dokonań swojego rządu, niech potępi własne poglądy, niech odetnie się od elektoratu. Innymi słowy: niech odejdzie z polityki, bo i tak mu nigdy nie uwierzymy.
Nie wiem czy Jarosław Kaczyński jest w swoich słowach szczery. Ale jestem coraz bardziej przekonany, że nie ma to żadnego znaczenia. Wyciągniętą przez Kaczyńskiego na zgodę rękę uścisną tylko jego przyjaciele – przeciwnicy mu po prostu nie uwierzą. Co więcej będą tak długo powtarzali, że prezes PiS się nie zmienił, że w końcu słowa te zmienią się w samospełniające się proroctwo. Bo gdy Kaczyński po kolejnym apelu o pokój, zda sobie sprawę, że poza swoim żelaznym elektoratem nie ma szans na zdobycie sympatii – chcąc nie chcąc powróci do tego, co radykalni zwolennicy PiS lubią najbardziej – czyli do ostrych słów i gwałtownych gestów. Nie tylko powróci, ale wręcz będzie musiał powrócić – bo warto zdać sobie sprawę, że po kolejnym przemówieniu w języku miłości akolici prezesa PiS mogą stwierdzić, że nie reprezentuje już on ich tak dobrze jak dawniej, i zwrócić się do kogoś innego – np. do Zbigniewa Ziobry. A skoro na miejsce akolitów nie chce przyjść nikt inny – prezes PiS może nie mieć wyboru. Chyba, że zdecyduje się na odejście z polityki. Niełatwo być dziś Jarosławem Kaczyńskim.
10 kwietnia mogliśmy zresetować polską politykę. Coraz wyraźniej widać, że tego nie zrobimy. Szkoda.
Niełatwo być Jarosławem Kaczyńskim
2010-05-30 10:56
Niełatwo jest dziś być Jarosławem Kaczyńskim. Po 10
kwietnia lider PiS ani razu nie wypowiedział się agresywnie na temat rządu,
śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej, ani na temat swojego głównego rywala
w wyborach – Bronisława Komorowskiego. Jeśli już Kaczyński się wypowiada
– mówi o potrzebie porozumienia, nowego otwarcia i współpracy głównych sił
politycznych dla dobra kraju. Przyznaje, że hasło IV RP przestało być atrakcyjne
dla Polaków – i w jego miejsce proponuje Polskę zrównoważonego rozwoju.
Jest takim Kaczyńskim jaki w 2005 roku prawdopodobnie poszedłby na ustępstwa i
zawarł koalicję z PO.
Mimo to wyciągnięta ręka lidera PiS traktowana
jest jako fortel, a politycy PO są przekonani, że druga ręka Kaczyńskiego,
schowana za plecami, jest zaciśnięta w pięść, albo co gorsza Kaczyński trzyma w
niej nóż i jest gotów dźgnąć tego, kto zaufa jego słowom. Trzeba przyznać, że
kandydat PiS na prezydenta solidnie sobie na tę renomę zapracował. Kiedy w 2005
roku PiS szedł do wyborów pod rękę z PO zapewniając całą Polskę, że koalicja
PO-PiS to jedyna szansa dla kraju – skończyło się na znikających
pluszakach i dziadkach z Wehrmachtu. Kiedy potem PiS przygarnął pod swoje
skrzydła LPR i Samoobronę – skończyło się demontażem tych partii i
rozwodem z Lepperem i Giertychem w atmosferze oskarżeń i w towarzystwie agentów
CBA. Dotychczas, gdy Jarosław Kaczyński wyciągał rękę, oznaczało to niechybne
kłopoty dla tego, kto wyciągniętą rękę uścisnął.
Teraz, gdy wiele
wskazuje na to, że Kaczyński rzeczywiście pod wpływem traumy spowodowanej
śmiercią brata przedefiniował swoje podejście do polityki, którą – tak
przynajmniej wynika z jego słów – przestał traktować jako wojnę wszystkich
ze wszystkimi – te doświadczenia sprawiają, że wszyscy traktują jego słowa
z przymrużeniem oka. Jak we wspomnianej na wstępie bajce: prezes PiS tak często
wcześniej wołał „wilk", by zaszachować politycznych rywali, że teraz,
gdy krzyczy szczerze, nikt mu nie wierzy. I zamiast dialogu, o który apeluje
prezes PiS – słychać tylko oczekiwania dalszych dowodów: niech wyrzeknie
się dokonań swojego rządu, niech potępi własne poglądy, niech odetnie się od
elektoratu. Innymi słowy: niech odejdzie z polityki, bo i tak mu nigdy nie
uwierzymy.
Nie wiem czy Jarosław Kaczyński jest w swoich słowach
szczery. Ale jestem coraz bardziej przekonany, że nie ma to żadnego znaczenia.
Wyciągniętą przez Kaczyńskiego na zgodę rękę uścisną tylko jego przyjaciele
– przeciwnicy mu po prostu nie uwierzą. Co więcej będą tak długo
powtarzali, że prezes PiS się nie zmienił, że w końcu słowa te zmienią się w
samospełniające się proroctwo. Bo gdy Kaczyński po kolejnym apelu o pokój, zda
sobie sprawę, że poza swoim żelaznym elektoratem nie ma szans na zdobycie
sympatii – chcąc nie chcąc powróci do tego, co radykalni zwolennicy PiS
lubią najbardziej – czyli do ostrych słów i gwałtownych gestów. Nie tylko
powróci, ale wręcz będzie musiał powrócić – bo warto zdać sobie sprawę, że
po kolejnym przemówieniu w języku miłości akolici prezesa PiS mogą stwierdzić,
że nie reprezentuje już on ich tak dobrze jak dawniej, i zwrócić się do kogoś
innego – np. do Zbigniewa Ziobry. A skoro na miejsce akolitów nie chce
przyjść nikt inny – prezes PiS może nie mieć wyboru. Chyba, że zdecyduje
się na odejście z polityki. Niełatwo być dziś Jarosławem Kaczyńskim.
10 kwietnia mogliśmy zresetować polską politykę. Coraz wyraźniej widać, że
tego nie zrobimy. Szkoda.