Krzywonos weszła na trybunę, gdy skończył mówić Jarosław Kaczyński. A
jak już weszła, to nie owijała w bawełnę: – Słucham pana prezesa i
powiem szczerze (...), krew mnie jaśnista zalewa, bo przecież obraża tu
nas wszystkich. Liderowi PiS zarzuciła mówienie nieprawdy, napuszczanie
przeciw sobie ludzi i – tu uderzyła najmocniej – umniejszanie pamięci o
Lechu Kaczyńskim. Akcja była mocna. Reakcja też. Internetowy Salon24,
zdominowany przez zwolenników prawicy, próbował ją szkalować, nazywając
„prostą kobiecinką, która nasobaczyła Kaczyńskiemu, wykorzystując
umiejętności nabyte w stanie wojennym, kiedy mocna gęba i chamski język
pozwalały na zakup pół kilograma karkówki czy ćwiartki masła".
REKLAMA
Krzywonos
nie kryje, że niektóre z takich opinii dotknęły ją do żywego, ale
niezłomnie idzie dalej. – Nie żałuję ani słowa, bo nie żałuję niczego,
co robię w słusznej sprawie – mówi. I dodaje, że musiała zabrać głos,
aby przypomnieć, że „Solidarność" to nie naszywka na spodniach, że
Jarosław Kaczyński nie ma prawa do pierwszej „Solidarności", bo go w
trakcie strajku w stoczni nie było, i że wielka „Solidarność” to
osiągnięcie wszystkich Polaków, a nie związek zawodowy PiS i prezesa tej
partii. Zresztą dlaczego Henryka Krzywonos miałaby się przejmować, skoro
nagle, z dnia na dzień, a potem dosłownie z minuty na minutę rosła
wielka rzesza jej fanów? Na Facebooku zarejestrowało się ich
kilkadziesiąt tysięcy, a to, co myśleli, najlepiej podsumowywał wpis:
„Kobieta z jajami, która nie trzęsie portkami”. Wydarzenia z jej
udziałem na zjeździe „Solidarności" ktoś mógłby uznać za przełomowe,
wyjątkowe i nadzwyczajne w jej życiu. Mógłby jednak tylko wtedy, gdyby o
jej życiu nic nie wiedział.
Kobieta z żelaza
Do historii Polski Henryka Krzywonos weszła 15 sierpnia 1980 roku, kiedy
jako gdańska tramwajarka zatrzymała tramwaj i oświadczyła pasażerom:
„Ten tramwaj dalej nie pojedzie". Tym samym rozpoczęła strajk
komunikacji miejskiej. – Henryka Krzywonos nie urodziła się jednak w
tramwaju – mówię, gdy siedzimy razem w kuchni jej domu na kaszubskiej
wsi. – Ano nie. Urodziłam się w więzieniu – wzdycha Henryka i zawiesza
głos, bo to jedna z najtrudniejszych historii jej życia.– Ojciec uciekł
z więzienia i przyszedł do domu – opowiada. – Szukała go milicja i kiedy
funkcjonariusze weszli do domu, to wyskoczył przez okno. Było jeszcze
słychać skrzypienie pod butami uciekającego, gdy matka zaprzeczała, że
go widziała. Aresztowano ją, była ze mną w ciąży.
Henia Solidarność
Krzywonos weszła na trybunę, gdy skończył mówić
Jarosław Kaczyński. A
jak już weszła, to nie owijała w bawełnę: – Słucham pana prezesa i
powiem szczerze (...), krew mnie jaśnista zalewa, bo przecież obraża tu
nas wszystkich.
Liderowi PiS zarzuciła mówienie nieprawdy,
napuszczanie
przeciw sobie ludzi i – tu uderzyła najmocniej – umniejszanie
pamięci o
Lechu Kaczyńskim.
Akcja była mocna. Reakcja też. Internetowy
Salon24,
zdominowany przez zwolenników prawicy, próbował ją szkalować, nazywając
„prostą kobiecinką, która nasobaczyła Kaczyńskiemu, wykorzystując
umiejętności nabyte w stanie wojennym, kiedy mocna gęba i chamski język
pozwalały na zakup pół kilograma karkówki czy ćwiartki masła".
Krzywonos
nie kryje, że niektóre z takich opinii dotknęły ją do żywego, ale
niezłomnie idzie dalej. – Nie żałuję ani słowa, bo nie żałuję niczego,
co robię w słusznej sprawie – mówi. I dodaje, że musiała zabrać głos,
aby przypomnieć, że „Solidarność" to nie naszywka na spodniach, że
Jarosław Kaczyński nie ma prawa do pierwszej „Solidarności", bo go
w
trakcie strajku w stoczni nie było, i że wielka „Solidarność” to
osiągnięcie wszystkich Polaków, a nie związek zawodowy PiS i prezesa tej
partii. Zresztą dlaczego Henryka Krzywonos miałaby się przejmować, skoro
nagle, z dnia na dzień, a potem dosłownie z minuty na minutę rosła
wielka rzesza jej fanów? Na Facebooku zarejestrowało się ich
kilkadziesiąt tysięcy, a to, co myśleli, najlepiej podsumowywał wpis:
„Kobieta z jajami, która nie trzęsie portkami”.
Wydarzenia z jej
udziałem na zjeździe „Solidarności" ktoś mógłby uznać za
przełomowe,
wyjątkowe i nadzwyczajne w jej życiu. Mógłby jednak tylko wtedy, gdyby o
jej życiu nic nie wiedział.
Kobieta z żelaza
Do historii Polski Henryka Krzywonos weszła 15 sierpnia 1980 roku, kiedy
jako gdańska tramwajarka zatrzymała tramwaj i oświadczyła pasażerom:
„Ten tramwaj dalej nie pojedzie". Tym samym rozpoczęła strajk
komunikacji miejskiej.
– Henryka Krzywonos nie urodziła się
jednak w
tramwaju – mówię, gdy siedzimy razem w kuchni jej domu na kaszubskiej
wsi.
– Ano nie. Urodziłam się w więzieniu – wzdycha
Henryka i zawiesza
głos, bo to jedna z najtrudniejszych historii jej życia.– Ojciec uciekł
z więzienia i przyszedł do domu – opowiada. – Szukała go milicja i
kiedy
funkcjonariusze weszli do domu, to wyskoczył przez okno. Było jeszcze
słychać skrzypienie pod butami uciekającego, gdy matka zaprzeczała, że
go widziała. Aresztowano ją, była ze mną w ciąży.
Z więzienia
wyszły po
śmierci Stalina. Matka piła. Na umór. Henia trafiła do sierocińca
prowadzonego przez zakonnice. – Nie było lekko. Zasuwałam od świtu do
nocy. Moje dzieciństwo nie było ciekawe.
Kiedy wróciła do domu,
musiała
zastąpić matkę młodszej siostrze. Zarobić na życie. Pracę dostała w
stoczni. Najpierw sprzątaczki, później zaczęła przepisywać teksty na
maszynie. Wtedy pojawiła się możliwość zrobienia kursu motorniczego.
Miała 19 lat, gdy pierwszy raz pokierowała trójmiejskim tramwajem.
15
sierpnia 1980 roku była motorniczym z ośmioletnim stażem. – Od wyjazdu z
zajezdni myślałam: stanąć czy nie stanąć? Jak dziewczyna myśli o
chłopaku: kocha, nie kocha. Motorniczy miał wtedy tylko okrągły
stołeczek i rurę z tyłu za plecami. Zdarzało się, że dostawaliśmy po
plecach od pasażerów wracających z pracy. Zastanawiałam się, jak ludzie
zareagują. Czy nie przyłożą?
Nie przyłożyli. Zaczęli klaskać.
Zatrzymany
przez Krzywonos tramwaj zablokował drogę innym. Stanęły też autobusy.
Ludzie nie mogli dojechać do pracy, co ułatwiło zakładom podjęcie
decyzji o przyłączeniu się do powszechnego strajku. 16 sierpnia Henryka
pojechała do stoczni, by do postulatów stoczniowców dołączyć postulaty
tramwajarzy i kierowców autobusów. Gdy mijała bramę stoczni, Lech Wałęsa
ogłaszał koniec strajku, bo wynegocjował podwyżki dla stoczni i
przywrócenie Anny Walentynowicz do pracy. Krzywonos zaczęła krzyczeć, że
nie wolno przerywać strajku, bo innych rozgniotą jak pluskwy.
– Z Alinką
Pienkowską, Anią Walentynowicz i Ewą Ossowską zatrzymały stoczniowców
przy bramie, mówiąc, że nie wolno im wyjść z zakładu i zostawić tych
wszystkich, którzy ich wsparli, dołączyli do strajku i teraz zostają z
niczym. Na tym polega solidarność – mówi Ludwika Wujec, była
opozycjonistka, żona Henryka Wujca. – Lech załapał melodię –
dodaje. –
Jednak gdyby nie kobiety, skończyłoby się po prostu na jeszcze jednym
strajku. Nie chcę powiedzieć, że bez kobiet nie byłoby związku
zawodowego i ruchu „Solidarność", ale historia mogłaby się potoczyć
inaczej.
Krzywonos została w stoczni, weszła do komitetu strajkowego, była wśród
osiemnastu sygnatariuszy porozumień sierpniowych podpisanych 31 sierpnia
1980 roku. Gdy wyszła ze stoczni, jej tramwaj ozdabiały tablice z
hasłami: „21 razy TAK", „Solidarność",
„Zwyciężymy”. Tę tryumfalną scenę
odegrała potem osobiście w filmie Andrzeja Wajdy „Człowiek z
żelaza”.
Wałek
do ciasta
Stan wojenny zbiegł się w jej życiu z rozwodem. Była w ciąży. I
pomyślała, że ta ciąża pomoże jej w konspiracji. Ciężarnej nikt nie
podejrzewa o to, gdy idzie z siatką. A Henryka przenosiła w niej papier,
tusz, ulotki. W mieszkaniu ustawiła łóżeczko dla mającego się narodzić
dziecka. Zamiast materacyka leżała w nim bibuła.
Esbecy w czasie
kolejnych rewizji nie odkryli tej skrytki, ale pewnego razu znaleźli u
niej wałek drukarski z łożyskami. Krzywonos tłumaczyła, że „to wałek do
ciasta, taki specjalny, żeby mąż dwa razy się zastanowił, zanim coś
zrobi, bo jak nie, to go tym wałkiem tak pierdyknę…". Esbecy wałek
zostawili, wyszli. W mieszkaniu Henryki natychmiast pojawił się sąsiad
opozycjonista i wyniósł wałek piwnicami, które pozwalały przechodzić z
klatki do klatki. Ale SB po kwadransie wróciło i poprosiło o wałek.
Henryka przyniosła z kuchni zwykły wałek do ciasta. – Tym wałkiem mnie
uderzyli. Odbijali mnie od siebie jak piłkę pingpongową. Byłam w
zaawansowanej ciąży. Straciłam dziecko.
Dostała też nakaz
opuszczenia
Gdańska i zakaz zatrudnienia w PRL. Przeżyła, bo znajomi dali klucze do
opuszczonego domu na Mazurach, gdzie sąsiedzi, wiedząc, kim jest,
podrzucali to worek kartofli, to worek mąki.
W połowie lat 80. pod
zmienionym nazwiskiem trafiła do Szczecina. Tam dopadła ją choroba. –
Gdy dowiedziałam się o raku, płakałam, chciałam żyć. Postanowiłam wrócić
do Gdańska, bo przestałam bać się aresztowania. Zrobili mi operację.
Udaną, ale okazało się, że jest jeszcze drugi guz. Żyję z nim do dziś.
Kiedy wychodziła ze szpitala, zapytała, jak będzie wyglądał jej
koniec,
jak pozna, że drugi guz się uaktywnia. – Lekarz powiedział, że zacznę
szczupleć. Dlatego po chemioterapii mniej interesowała mnie utrata
włosów niż kilogramów. Do dziś mam taką żaróweczkę w głowie, która
zapala się, gdy zaczynam tracić na wadze. Od razu próbuję to nadrobić,
by sprawdzić, czy mogę jeszcze przytyć. Jakie są efekty takiego
myślenia, widać na załączonym obrazku.
Poronienie i nowotwór sprawiły, że Henryka Krzywonos nie mogła mieć
dzieci. Poznała za to młodszego o 12 lat Krzysztofa, właściciela
warzywniaka, a wcześniej milicjanta, który zakochał się w niej bez
pamięci. Zaczęło się od prośby, by swoim dostawczym samochodem pomógł
jej przewieźć meble. Trzy miesiące później byli po ślubie. Do Henryki
uśmiechnęło się wreszcie szczęście. Adoptowała z mężem dziewczynkę ze
swojej rodziny. Po raz pierwszy w życiu zamieszkała we własnym, dobrze
umeblowanym mieszkaniu. Pomagała sąsiadce, która samotnie wychowywała
syna. Mały Janek spędzał u niej więcej czasu niż we własnym domu. Gdy
matka umarła, a dalsza rodzina wyrzekła się chłopca, sąd postanowił
umieścić go w domu dziecka. Henryka na rozprawie wstała i powiedziała,
że adoptuje Janka. Decyzja była spontaniczna, mąż nic o niej nie
wiedział. Wróciła więc do domu i ugotowała gar gołąbków, bo to przysmak
męża. – Gdy jadł zadowolony, siadłam obok i powiedziałam: „Wiesz,
mamy
jeszcze jedno dziecko". „Tak? A skąd?" – zapytał.
„Janka wzięłam” –
odparła drżącym głosem. „A to dobrze” – odparł spokojnie.
Taki był
początek, potem się posypało – wspomina.
Przed Bożym
Narodzeniem
odwiedzili dom dziecka, bo ich pierwsza adoptowana córka marzyła o
siostrze. Wybrali dziewczynkę w jej wieku, ale w ostatniej chwili
okazało się, że ktoś ich ubiegł w adopcji. Do wzięcia pozostała tylko
16-letnia Ola, której groził zakład wychowawczy, bo była zabierana już
dwa razy i dwa razy oddawana. Henryka przywiozła ją do domu. – Mąż
posadził ją przy stole i poprosił, żeby mu coś o sobie opowiedziała.
Spuściła głowę: „Ja mam same wady. Ja sikam w łóżko. Ja kradnę. Ja
kłamię. Ja jestem do niczego". Powiedziałam jej, że sikanie załatwi
pralka,która wszystko wypierze, a kraść nie będzie musiała, bo dostanie
wszystko, co ten dom może jej ofiarować. Po świętach przyszła do mnie i
powiedziała: „Mamo, chcę tu zostać". Była przekonana, że jest u nas
tylko do Nowego Roku. Powiedziałam, że musi zapytać męża, bo ja sama nie
mogę podjąć takiej decyzji. Poszła do niego i pyta: „Tato, czy ja mogę
zostać? Bo jak pójdę do domu dziecka, to będę z niego uciekać i wracać
do was”. Zgodził się od razu. Dziś Ola prowadzi rodzinny dom dziecka,
który przejęła po nas.
Solidarność dwunastki
Droga do tego rodzinnego domu dziecka była jednak długa. Przypadek
przemiany Oli obudził w Henryce marzenie, by stworzyć nie tylko rodzinę
zastępczą, ale cały dom dziecka. Mąż nie chciał się jednak na to
zgodzić. Dopiero kiedy Henrykę poparła teściowa, Krzysztof powiedział,
że mogą spróbować. Dostał właśnie spadek po rodzinie z Kanady i wszystko
przeznaczył na remont przydzielonego im przez miasto lokalu. W
pierwotnym stanie nie nadawał się do mieszkania. Linoleum leżało prosto
na klepisku. Wszystkie krany były powyrywane. Popadli w długi, ale na
Boże Narodzenie mogli do odnowionego mieszkania wziąć nowe dzieci –
piątkę rodzeństwa.
– To były najgorsze święta w moim życiu.
Dzieci całą
noc płakały. Sylwia, wówczas czteroletnia, okaleczała się, waliła głową
w ścianę. Patrycja, trzylatka, tarła głową o poduszkę tak, że miała
wszystkie włosy wytarte i była całkiem łysa. Łukasz, najmłodszy, rzucał
się na boki i krzyczał. Nad ranem usiadłam i pomyślałam, że zrobiłam
krzywdę i sobie, i dzieciom. Jednak nie było odwrotu. Następnego dnia
szwagierka przywiozła spacerówkę i ten wózek uratował nam życie. Pomógł
mi wyciągnąć dzieci z choroby sierocej. Bujałam w nim wszystkie po
kolei. Na okrągło śpiewałam „Zabrałeś serce moje", a one usypiały
jedno
po drugim. Nawet najstarsza z piątki Sabina wchodziła do wózka i
prosiła: „Też chcę, mamo".
Wkrótce trafiła do nich
jeszcze siostra
adoptowanej piątki. I trzech chłopców, bo w statucie rodzinnego domu
dziecka mieli wpisane dwanaścioro dzieci. Dwoje z nich – Tomek i Przemek
– wciąż mieszka z rodzicami. Wszystkie dzieci noszą nazwisko ojca
–
Krzysztofa Strycharskiego, który zdecydował, że trzeba dorabiać się w
życiu samemu, a nie ślizgać się po nazwisku matki.
– Dla
mnie
„solidarność" nie jest słowem jednej rocznicy, trzydziestej czy
innej –
mówi dziś Henryka Krzywonos – Solidarność musi obowiązywać
w całym naszym życiu. Ja moje dzieci uczyłam jej na co dzień. Gdy
kroiłam chleb, to one mierzyły kromki, czy są równe. Solidarnie je
obdzielałam. To jest solidarność, która łączy, a nie dzieli.
Pod prąd
Gdy przyszedł przełom 1989 roku, Henryka Krzywonos była daleko od
polityki. – Najważniejsze już wtedy były dla mnie dzieci –
przyznaje.
Nie skorzystała więc z zaproszenia Lecha Wałęsy do współpracy, gdy ten
został prezydentem. Była zresztą wtedy z nim skonfliktowana; razem z
Anną Walentynowicz i małżeństwem Gwiazdów. Miała Lechowi za złe to, że
przypisał sobie wszystkie zasługi „Solidarności" i nie docenił roli
kobiet w strajku. Mówiła, że nadaje się do prezydentury jak ona do
baletu. Miała do niego też osobisty żal o to, że nigdy nie powiedział
jej zwykłego „dziękuję" za mieszkanie, które po strajkach 1980 roku
załatwiła rodzinie Wałęsów u władz miasta. – Pamiętam tylko, że Leszek
przyszedł i powiedział: „Co mi z tego mieszkania, kiedy nawet firanek
nie mam”. Zorganizowałam więc firanki, panie do pomocy,stoczniowców,
którzy to mieszkanie zrobili na cacy.
Tamte animozje nie mają
jednak
znaczenia, gdy po 30 latach trzeba stanąć w obronie Wałęsy i prawdy o
„Solidarności". – Dzwoniłam do Lecha, namawiałam go, by wziął
udział w
obchodach rocznicowych. Źle się czuł z tym, że odmówił, lecz okazało
się, że miał rację. Dobrze, że nie przyszedł, bo nie chciałabym, aby
mojego przewodniczącego, niegdyś kolegę, wygwizdano – mówi Henryka
Krzywonos. W obronie Wałęsy w jej przypadku nie ma koniunkturalnej
kalkulacji. Niczego od byłego prezydenta nie potrzebuje. Jeśli chodzi o
byłych prezydentów, to bardziej związana jest z Kwaśniewskimi, bo kiedy
założyła rodzinny dom dziecka i popadła w długi, to Jolanta Kwaśniewska
zorganizowała pomoc finansową. Z Kwaśniewskimi przyjaźni się do dziś. Z
Wałęsą natomiast po ostatnich wydarzeniach czuje wspólnotę doświadczenia
– jako osoba, której próbuje się zmienić życiorys. – Słyszę, że
kłamię,
że mój udział w wydarzeniach sierpniowych był znikomy, że nie mam prawa
zabierać głosu. Już wtedy, gdy brałam mikrofon do ręki, podczas
uroczystości rocznicowych, wiedziałam, że tak tosię skończy. Że i na
mnie wyleją się te pomyje nienawiści – mówi.
Przez lata
milczała. Na 25.
rocznicę powstania „Solidarności" nikt jej nie zaprosił. Przemówień
słuchała, stojąc za barierką dla publiczności. Pierwszy raz do życia
publicznego wkroczyła w 2007 roku, gdy pielęgniarki organizowały „białe
miasteczko" przed siedzibą premiera Jarosława Kaczyńskiego. Przyjechała,
by – jak Olga Krzyżanowska – być mediatorem. Była oburzona
arogancją
ówczesnego szefa rządu. Dlatego gdy w 2010 roku Jarosław Kaczyński
wykorzystał w kampanii wyborczej zdjęcia z tamtego strajku pokazujące,
jak całuje pielęgniarkę w dłoń, Krzywonos zadzwoniła oburzona do „Gazety
Wyborczej”, by przypomnieć, jak było naprawdę.
Nie mówi w
imieniu żadnej
partii, nie zbija kapitału wyborczego, nie stara się o żadne stanowiska.
Mówi, gdy inni boją się otworzyć usta. I ma do tego mandat, na który
zapracowała własnym życiem. Tadeusz Mazowiecki po uroczystościach 30.
rocznicy podpisania porozumień sierpniowych powiedział krótko: – Kiedyś
zatrzymała tramwaje, teraz zatrzymała kłamstwa.
|
 |
|
|
Bogusław Mazur |
 |
|
|
Stanisław Kania |
 |
|
|
Ezekiel |
|