Dopalaczowa wojna Tuska

Dopalaczowa wojna Tuska

Dodano:   /  Zmieniono: 
- Wczoraj w nocy specjalny zespół rządowy z moim udziałem podjął stosowne decyzję i tę kwestię rozstrzygniemy w trybie błyskawicznym, w sposób zdecydowany, żeby nie powiedzieć brutalny. Nie będzie litości dla tych, którzy życie młodych obiecujących ludzi chcą zamienić w piekło uzależnienia – zapewniał studentów Akademii Sztuki w Szczecinie Donald Tusk 2 października. W tym samym czasie kilkuset inspektorów sanitarnych i trzy tysiące policjantów wkraczało do sklepów z tzw. dopalaczami.
Przygotowana przez rząd akcja wymierzona w sprzedawców dopalaczy była prawdziwym blitzkriegiem. W nocy z 1 na 2 października Donald Tusk spotkał się z minister zdrowia Ewą Kopacz, ministrem sprawiedliwości Krzysztofem Kwiatkowskim, ministrem spraw wewnętrznych i administracji Jerzym Millerem oraz prawnikami z Rządowego Centrum Legislacyjnego. Rezultatem spotkania, poświęconego problemowi dopalaczy, było wydanie przez minister Kopacz polecenia Głównemu Inspektorowi Sanitarnemu przeprowadzenie kontroli w sklepach zajmujących się sprzedażą dopalaczy i zamknięcie wszystkich tych placówek, w których asortymencie znajdował się środek o nazwie „Tajfun". Do 2 października 2010 roku „Tajfun", na mocy obowiązujących przepisów, rozprowadzany był legalnie.
Podstawę prawną całej operacji stanowił artykuł 27 ustawy o Państwowej Inspekcji Sanitarnej, na mocy którego w przypadku „naruszenia wymagań higienicznych i zdrowotnych, które spowodowało bezpośrednie zagrożenie życia lub zdrowia ludzi, państwowy inspektor sanitarny nakazuje unieruchomienie zakładu pracy". Dowodem na zagrożenie „zdrowia i życia" klientów sklepów z dopalaczami miały być napływające z całego kraju zgłoszenia o zatruciach spowodowanych zażywaniem tego typu substancji.

Dzień po wspomnianej wcześniej naradzie u premiera do sklepów z dopalaczami zapukali inspektorzy i policjanci. Tam gdzie zastawali właściciela – wręczali mu decyzję o zakazie handlu, konfiskowali potencjalnie groźne substancje i nakładali plomby na drzwi wejściowe. Tylko w niedzielę w całym kraju zamknięto 797 z ok. 1600 działających na rynku sklepów. W ciągu kilku kolejnych dni plomby pojawiły się również na pozostałych placówkach zajmujących się handlem dopalaczami, a policja zaczęła się interesować internetowymi witrynami oferującymi ten produkt.

Dwa dni później, 5 października, rząd skierował do parlamentu projekt ustawy zakazującej w Polsce handlu dopalaczami. 6 października ustawa została skierowana przez Sejm do komisji, które zaaprobowały rządowy projekt, dzięki czemu 7 października parlamentarzyści mogli niemal jednogłośnie (400 posłów głosowało „za", przeciwko ustawie opowiedziało się jedynie trzech parlamentarzystów) przyjąć ustawę, która trafiła do Senatu. Premier przez cały czas podkreślał, że rząd działał na granicy prawa, ale jednocześnie zgodnie z przepisami, dzięki czemu walna bitwa z branżą dopalaczową została wygrana.

Dopalacze czyli co?

Czym są dopalacze, które do tego stopnia zaniepokoiły polski rząd, że premier musiał zdecydować się na działania „na granicy prawa"? Czy rzeczywiście stanowią one aż tak duże zagrożenie, że władza musiała sięgnąć po specjalne środki, które narażają państwo na pozwy handlarzy, a być może również na proces przed Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości?

W przypadku dopalaczy trudno o precyzyjną definicję – nawet określająca tę grupę produktów nazwa jest terminem umownym przyjętym na potrzeby opisania zjawiska przez media. Wspólną cechą wszystkich substancji określanych jako „dopalacze" jest zawieranie przez nie substancji psychoaktywnych, które wywołują efekty zbliżone do tych, które są spowodowane zażyciem narkotyków. De facto od narkotyków dopalacze odróżniają się tylko tym, że do ich produkcji używane są związki chemiczne nie objęte zakazem rozpowszechniania na mocy ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii.

Dopalacze sprzedawane są w różnej postaci – tabletek, proszków, a nawet „mieszanek ziołowych". Ich działanie jest bardzo zróżnicowane. Niektóre wywołują reakcje podobne do amfetaminy – wprowadzają człowieka w stan euforii, działają pobudzająco, likwidują uczucie zmęczenia i senności. W taki sposób działały produkty zawierające mefedron – do momentu, gdy substancja ta została zdelegalizowana w sierpniu 2010 roku i benzylopiperazynę zakazaną przez polskie prawo w 2009 roku. Istnieją również substancje alternatywne dla marihuany – ich zażycie wywołuje uczucie rozluźnienia i odprężenia. Silniejsze dopalacze mogą działać podobnie jak LSD – wywołują halucynacje i całkowitą utratę kontaktu z rzeczywistością. Wszystkie te substancje – podobnie jak narkotyki – wywołują też efekty uboczne – stany lękowe, zaburzenia rytmu serca, czasową utratę orientacji przestrzennej, w skrajnych przypadkach mogą wywoływać stany zbliżone do schizofrenii, a także prowadzić do podejmowania prób samobójczych pod wpływem urojeń wywołanych zażyciem danego środka. Dopalacze – podobnie jak narkotyki – mogą również w krótkim czasie doprowadzić zażywające je osoby do uzależnienia.

Niewykrywalne "produkty kolekcjonerskie"

Problem z dopalaczami polega na tym, że – w odróżnieniu od klasycznych narkotyków – nie posiadają one stałego składu chemicznego. Penalizacja dopalaczy wymaga od ustawodawcy określenia jakie dokładnie produkty objęte są zakazem dystrybucji. Ustawa o przeciwdziałaniu narkomanii wylicza w sposób enumeratywny substancje, których produkcja i sprzedaż w Polsce jest zakazana. Problem w tym, że kiedy jakiś składnik używany przy produkcji dopalaczy zostanie wymieniony w przepisach, chemicy zajmujący się produkcją dopalaczy zastępują go innym, syntetycznie wyprodukowanym związkiem, którego ustawa nie wymienia. Zanim ustawodawca przebada nowy specyfik i określi czego tym razem powinien zabronić – producenci dopalaczy mają już gotowy kolejny substytut, pozwalający im dalej prowadzić swój biznes legalnie. W ten sposób państwo i sprzedawcy dopalaczy bawili się dotąd w kotka i myszkę, przy czym „myszka" ani przez chwilę nie obawiała się, że znajdzie się w zasięgu „pazurów" państwa.

Płynny i zmieniający się skład chemiczny dopalaczy sprawia również, że lekarzom trudno jest wykryć tego typu substancje w organizmie pacjenta. Powód jest prosty: - Laboratoria nie mają wzorców substancji wykorzystywanych w dopalaczach, bez których ich wykrycie jest praktycznie niemożliwe – wyjaśnia dr Ryszard Feldman. Lekarz tłumaczy, że w dopalaczach używane są setki różnych substancji. W rezultacie trudno jest określić jakie są w rzeczywistości skutki zażywania dopalaczy przez ludzi. Jeśli pacjent nie przyzna się do zażycia określonej substancji – lekarz nie ma szans na ustalenie, czy znajduje się on pod wpływem dopalaczy. To dlatego brak jest dokładnych statystyk na temat liczby zatruć dopalaczami. Również w przypadku zgonu nie sposób ustalić czy był on spowodowany zażyciem dopalaczy – ponieważ patolodzy nie posiadając wzorów wszystkich tego typu substancji mają małe szanse na ewentualne wykrycie którejś z nich. Nawet gdyby udało się jednak dostarczyć szpitalom wzory wszystkich dostępnych na rynku dopalaczy to – jak pokazuje praktyka innych państw, które walczą z tym problemem – na rynku natychmiast pojawią się nowe specyfiki, często wytworzone w oparciu o syntetyczne związki, które wcześniej nie były nikomu znane, albo wręcz – nie istniały. Australia i Nowa Zelandia skonstruowały ustawy antynarkotykowe w taki sposób, aby obejmowały one miliony rozmaitych związków chemicznych – w tym takich, które nigdy jeszcze nie zostały zsyntetyzowane. I co? I nic – bo nawet tak szeroko zdefiniowane przepisy nie obejmują związków chemicznych, które nie są strukturalnie podobne do żadnej z powszechnie znanych substancji psychoaktywnych. Lekarze – podobnie jak państwo – pozostają więc zawsze o krok za producentami dopalaczy.

Na tym jednak nie koniec kłopotów czekających tych, którzy chcą się zmierzyć z dopalaczami. Sprzedawcy asekurując się na wypadek wystąpienia niepożądanych efektów sprzedawanych przez nich substancji umieszczają na produktach informacje dla klientów zgodnie z którą… nie są one przeznaczone do spożycia. Dopalacze są więc sprzedawane np. jako produkty kolekcjonerskie, kadzidełka, czy inne bibeloty. I chociaż kolekcjonowanie pastylek wydaje się czynnością nieco groteskową – sprzedawcy mogą wzruszyć ramionami i powiedzieć, że nie odpowiadają za to, w jaki sposób klient skorzysta z ich produktu, podobnie jak np. producenci płynu do mycia naczyń nie mogą zagwarantować, że ktoś nie zdecyduje się na posmakowanie ich produktu.

Z tych wszystkich powodów przez długi czas wydawało się, że wypowiadanie otwartej wojny branży dopalaczowej to wyruszanie na bój z wiatrakami.

Przygotowanie artyleryjskie…

Od 2008 roku, gdy na polskim rynku pojawił się pierwszy stacjonarny „Smart shop" (sklep z dopalaczami) media kilkakrotnie zwracały uwagę na nowe zagrożenie, alarmując, że sprzedawcy dopalaczy kuszą legalnością swoich narkotykopodobnych produktów dzieci i młodzież. Było to o tyle zasadne, że szybko okazało się, iż największymi amatorami „produktów kolekcjonerskich" są uczniowie gimnazjów i liceów, a sklepy z dopalaczami wyrastały jak grzyby po deszczu w okolicach szkół. O tym, że problem nie pojawił się w październiku 2010 roku świadczy chociażby fakt, że już w 2009 roku do laski marszałkowskiej trafiła przygotowana przez SLD nowelizacja ustawy antynarkotykowej wymierzona w sprzedawców i producentów dopalaczy. Dlaczego Sejm nie zajął się sprawą już wtedy. Przedstawiciele koalicji tłumaczą dziś, że projekt był sprzeczny z konstytucją. Tuż po zakończeniu październikowej akcji sanepidu minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski tłumaczył, że rząd przyglądał się dopalaczom od półtora roku. Nie wyjaśnił jednak dlaczego premier nagle zdecydował się na radykalne i błyskawiczne rozwiązanie problemu. Co takiego stało się na przełomie września i października, że nagle do wszystkich sklepów z dopalaczami w Polsce pukać zaczęli policjanci i inspektorzy?

Wydaje się, że kamykiem, który wywołał lawinę zdarzeń był incydent, do którego doszło w centrum Bydgoszczy. 27 września przechodząca główną ulicą miasta kobieta zauważyła dwóch leżących na chodniku gimnazjalistów (chłopcy mieli – jak się później okazało – 12 i 13 lat). Dzieci były zamroczone, a w ich kieszeniach znaleziono susz roślinny i puste opakowania po substancji dostępnej w sklepach z dopalaczami. W szpitalu stwierdzono u obu ostre zatrucie niezidentyfikowanymi substancjami.

Historia młodocianych miłośników dopalaczy szybko obiegła cały kraj – i nagle okazało się, że z problemem tym walczy cała Polska. 29 września Rada Miasta uchwaliła przepisy zakazujące sprzedaży dopalaczy w Bydgoszczy, mimo iż pojawiły się głosy, że taki przepis będzie niezgodny z obowiązującym w Polsce prawem. - Chodzi tu o życie i zdrowie młodych ludzi – grzmiał prezydent miasta Konstanty Dombrowicz. W tym samym czasie o szybkie rozwiązanie problemu dopalaczy zaapelowali do parlamentarzystów warszawscy radni, którzy zaczęli rozważać pójście w ślady swoich bydgoskich kolegów i „oddolne" zakazanie handlu dopalaczami w stolicy. Kampanię społeczną przeciwko sprzedaży dopalaczy zainicjował Urząd Miejski w Suwałkach – a lokalne władze zwróciły uwagę, że problem ten był poruszany w lokalnych mediach od kilku miesięcy i zapowiedziały akcje zbierania podpisów pod petycją o wprowadzenie ogólnopolskiego zakazu handlu dopalaczami. Z kolei Śląski Związek Gmin i Powiatów przesłał do Ministerstwa Zdrowia projekt nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii wymierzonej w branżę dopalaczową. - Te substancje mają często niezbadany wpływ i poważne konsekwencje dla zdrowia, a nawet życia ludzi. Szczególnie zagrożona jest młodzież, która chętnie sięga po te środki – tłumaczył dyrektor Związku Ferdynand Morski.

Tematem siłą rzeczy zainteresowały się media – i nagle z całej Polski zaczęły napływać informacje o przypadkach ostrych zatruć po zażyciu dopalaczy. W Krakowie do szpitala trafiło czworo nastolatków w wieku 16-18 lat. W Mielcu taki sam los spotkał dwóch nastoletnich chłopców. Urząd Miejski w Suwałkach poinformował, że w ciągu miesiąca hospitalizowano tam 10 młodych ludzi z objawami zatrucia dopalaczami. Szpital Dziecięcy w Bydgoszczy poinformował, że tylko we wrześniu udzielił pomocy kilkunastu młodym ofiarom dopalaczy. W Zabrzu dopalaczami zatruło się sześć osób.

Kulminacją tej fali zatruć były dwa przypadki śmierci, które tłumaczono zażyciem dopalaczy. W nocy z 1 na 2 października w Łaziskach w województwie śląskim zmarł 20-latek, który przyznał się wcześniej do zażycia dopalaczy. 3 października w szpitalu zmarł 32-latek z Kępna w woj. Wielkopolskim – jego ojciec zeznał, że syn powiedział mu, że wziął dopalacz. Wprawdzie w żadnym z tych dwóch przypadków nie stwierdzono ostatecznie bezpośredniego związku między zażyciem dopalaczy a zgonem – a w przypadku 32-latka z Kępna wręcz wykluczono taki związek – ale wtedy większość sklepów z dopalaczami była już zamknięta przez sanepid.

Prawdopodobnie to właśnie zalewająca media fala doniesień o tragicznych skutkach zażywania dopalaczy, wywołana przez incydent w Bydgoszczy sprawiła, że rząd poczuł się zobligowany do szybkiego zajęcia się problemem. Niewątpliwie w ciągu tygodnia poprzedzającego akcję zainicjowaną przez premiera Donalda Tuska kraj przeszedł przyspieszoną lekcję na temat tego czym są dopalacze i jakie efekty może wywołać przymykanie oka na ten problem – dzięki czemu klimat panujący w Polsce sprzyjał podjęciu radykalnych działań. Niektórzy sugerowali wręcz, że medialne „przygotowanie artyleryjskie" przed rozpoczęciem ofensywy przeciw dopalaczom zainicjował sam rząd. Jednak niezależnie od tego, co spowodowało nagłe zainteresowanie opinii publicznej problemem dopalaczy – moment był idealny do tego, by uderzyć. I Tusk uderzył.

… i atak

- Wojna z dopalaczami trwa. Kolejne bitwy są przez nas wygrywane, ale do zakończenia wojny jeszcze trochę drogi – podkreślał 3 października rzecznik Komendanta Głównego Policji Mariusz Sokołowski po tym jak sanepid do spółki z policjantami zamknął blisko 1000 sklepów z dopalaczami. Tuż po nocnej naradzie u premiera minister zdrowia Ewa Kopacz przekazała decyzję o natychmiastowym rozpoczęciu kontroli w sklepach z dopalaczami Przemysławowi Bilińskiemu – p.o. Głównemu Inspektorowi Sanitarnemu, który „w trybie natychmiastowym" przekazał decyzję Wojewódzkim Inspekcjom Sanitarnym. Od 2 października inspektorzy, w asyście policjantów, wkraczali do sklepów wręczając ich właścicielom decyzje o zakazie prowadzenia handlu produktami zagrażającymi zdrowiu publicznemu. Opornym – a zdarzały się przypadki ostentacyjnego niszczenia dokumentów przekazywanych przez inspektorów sanepidu – przypominano, że zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem za nie zastosowanie się do decyzji sanepidu grożą dwa lata więzienia. Niektórzy właściciele sklepów, którzy zorientowali się co się święci, sami zamknęli swoje punkty, by uniemożliwić inspektorom doręczenie decyzji oznaczającej ostateczne zamknięcie biznesu – ale rzecznik rządu Paweł Graś zapowiedział, iż władza jest cierpliwa i poczeka – ale odpowiednie decyzje na pewno im doręczy.

Nadzieje na to, że sprawa przycichnie i rozejdzie się po kościach rozwiewał sam premier. - Wszystko to, co funkcjonuje w tych sklepach jako tzw. dopalacze, niezależnie od tego, co właściciele, hurtownicy czy sprzedawcy nakleją na ten produkt - będziemy traktowali jako produkt zakazany. Nie może być tak, że ktoś sprzedaje truciznę zagrażającą życiu i zdrowiu ludzi, szczególnie dzieci i że państwo jest bezradne – grzmiał premier. I ostrzegał, że będzie w walce „bezwzględny, ale równocześnie wyrafinowany – co miało oznaczać, że do swojej wojny z dopalaczami przygotował się od strony prawnej. Producentów i sprzedawców dopalaczy premier określił jako „przeciwnika". – Celowo używam tego sformułowania – zauważył. Przekaz był jasny – to nie zabawa, to regularna wojna.

Premierowi dzielnie sekundował szef resortu sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski, który postraszył sprzedawców dopalaczy zaostrzeniem prawa karnego. Minister zapowiedział wprowadzenie przepisu, na mocy którego za udostępnienie małoletnim substancji której zażycie może narazić na niebezpieczeństwo życie lub zdrowie miałaby grozić kara do trzech lat więzienia. Minister, wraz z rzecznikiem rządu, przekonywał jednocześnie, że zbadanie zarekwirowanych specyfików pod kątem występowania w nich zakazanych substancji może potrwać długo – „więc pewnie długo potrwa". I znów przekaz był jasny – nie liczcie na to, że jeszcze kiedykolwiek otworzycie swoje sklepy. Potwierdzała to zresztą minister Kopacz, która stwierdziła wprost – sklepy z dopalaczami powinny zostać zamknięte na stałe.

 

Król dopalaczy kontra Tusk

Parlamentarny ekspres

Kiedy na większości sklepów z dopalaczami pojawiły się już plomby rząd zabrał się za błyskawiczną zmianę obowiązującego w Polsce prawa. 5 września premier Tusk mógł obwieścić, że Rada Ministrów skierowała do Sejmu projekt nowelizacji ustawy antynarkotykowej. - To, co zyskaliśmy dzięki akcji policji, ministra zdrowia i Głównego Inspektora Sanitarnego Rzeczpospolitej stanie się regułą, a nie tylko jednorazową akcją – zapowiedział premier Tusk. Dodał, że spodziewa się kontrofensywy „handlarzy śmiercią", ale zapewnił, że jest „dobrze przygotowany do tej konfrontacji". Dzień później w Sejmie podkreślił, że jest gotów „błagać posłów", by jak najszybciej przyjęli zaproponowaną przez rząd nowelizację.

Premier nie musiał jednak błagać, bo w sprawie dopalaczy Sejm był, jak rzadko, jednomyślny. Projekt rządu wywołał zdecydowany sprzeciw jedynie w Demokratycznym Kole Poselskim, zrzeszającym polityków Stronnictwa Demokratycznego, według których ustawa została przygotowana zbyt szybko, przez co trudno stwierdzić, czy nie posiada ona wad prawnych. Przeciwny przygotowywanej w ekspresowym tempie ustawie był również były minister zdrowia Marek Balicki, zauważający z przekąsem, że Donald Tusk wchodzi w buty Zbigniewa Ziobro. To były jednak wyjątki od reguły. Wprawdzie Jarosław Kaczyński postanowił licytować się z rządem i rzucił na konferencji prasowej hasło, by za handel dopalaczami karać nawet 15 latami więzienia, a lewica wypominała Platformie zignorowanie złożonego do laski marszałkowskiej projektu Witolda Giwnota-Dziewiałtowskiego w tej sprawie, ale mimo to projekt gładko przeszedł zarówno przez sejmowe komisje i został zaaprobowany przez parlamentarzystów już 8 października. Prezydent Bronisław Komorowski pochwalił parlamentarzystów, a Donald Tusk mógł powtórzyć zapewnienie, że ustawa wejdzie w życie w ciągu miesiąca.

Co nowelizacja zmieni w polskim prawie. Przede wszystkim zakazuje ona obrotu substancjami „pochodzenia naturalnego lub syntetycznego w każdym stanie fizycznym" i „produktami, roślinami, grzybami zawierającymi taką substancję, używanymi zamiast środka odurzającego lub substancji psychotropowej lub w takich samych celach". Ten ogólny zapis ma wyeliminować z rynku wszystkie dopalacze niezależnie od sztuczek chemików syntetyzujących kolejne niebezpieczne a jednocześnie nieznane prawu związki. Nowe prawo daje również możliwość wstrzymania wytwarzanie lub wprowadzanie do obrotu produktu na okres do 18 miesięcy, w przypadku uzasadnionego podejrzenia, że produkt stwarza zagrożenie życia lub zdrowia ludzi. W tym czasie sanepid ma czas na zbadanie substancji. Za złamanie zakazu produkcji i wprowadzania do obrotu produktów, które mogą być używane jak środki odurzające lub substancje psychotropowe znowelizowana ustawa przewiduje kary w wysokości od 20 tys. zł do 1 mln zł.

Zwycięstwo Tuska

Czy to koniec sprawy dopalaczy? Raczej nie. Karniści przestrzegają, że rząd podjął ryzykowną grę – jeśli bowiem nie uda się dowieść, że skonfiskowane przez sanepid substancje były niebezpieczne dla zdrowia Skarb Państwa naraża się na procesy, które mogą się skończyć przyznaniem odszkodowań właścicielom zamkniętych sklepów z dopalaczami. Niektórzy obawiają się również, że znowelizowaną ustawę zakwestionuje Trybunał Konstytucyjny – lobby dopalaczowe już dziś przekonuje, że ustawa w nowym kształcie jest sprzeczna z konstytucją. Nawet jednak jeżeli przepisy okażą się zgodne z ustawą zasadniczą – pojawia się pytanie na ile będą skuteczne. USA borykają się z problemem dopalaczy już od lat 80-tych – i mimo iż w tamtejszym prawie znalazł się bardzo szeroki zapis zakazujący produkcji, sprzedaży i posiadania substancji, które są chemicznie lub farmakologicznie znacząco podobne do środków nie stosowanych jako leki i mających potencjalnie silne działanie uzależniające oraz psychoaktywnych środków uzależniających, które są stosowane jako leki – problemu nie udało się wyeliminować a sądy wydają na podstawie tego przepisy precedensowe wyroki nie zawsze zgodne z intencjami ustawodawcy.

Niezależnie jednak od tego czy batalię uda się wygrać na gruncie prawnym – Donald Tusk może się czuć jej zwycięzcą. Badania opinii publicznej przeprowadzone przez SMG/KRC tuż po weekendowej ofensywie przeciwko producentom dopalaczy pokazały, że murem za premierem stanęło 91 procent Polaków – co oznacza, że po raz kolejny doskonale wsłuchał się on w nastroje społeczne i zrobił to, czego wyborcy od niego oczekiwali. Po drugie – wykorzystując sprawę dopalaczy – premier dał sygnał części umiarkowanych, prawicowych wyborców, coraz bardziej zniechęconych radykalną i konfrontacyjną retoryką Jarosława Kaczyńskiego. Sygnał ten brzmi: szukając silnego lidera państwa nie jesteście skazani na prezesa PiS – zobaczcie: ja też umiem uderzyć pięścią w stół. Taki przekaz jest ważny jako próba uderzenia wyprzedzającego – zrównoważenia osłabienia lewego skrzydła partii, spowodowanego wyjściem Janusza Palikota, puszczaniem oka do prawicowych wyborców, którzy mają prawo być coraz bardziej znużeni brnięciem w ślepą uliczkę, w którą prowadzi ich Jarosław Kaczyński.

A jeśli chodzi o samego Janusza Palikota, który uznał przeprowadzenie antydopalaczowej operacji akurat w weekend, w którym poseł z Lublina inaugurował swój ruch polityczny, za próbę odciągnięcia uwagi od jego show – to trzeba taką sugestię przyjąć chyba przede wszystkim jako wyraz megalomanii byłego już posła PO. Wyniki sondaży pokazują, że Palikot nie jest rywalem nie tylko dla Platformy, ale również dla znacznie słabszego SLD. Premier Tusk gra w wyższej lidze. I o wyższe stawki. A atakując znienawidzonych przez opinię publiczną „handlarzy śmierci" strzelił właśnie kolejną bramkę.

Artur Bartkiewicz