"Hala numer 1 Fabryki Samochodów Osobowych na
Żeraniu lśni czystością. Na
wysokich drabinach stoją dziewczęta i szerokimi ruchami pędzla zręcznie
bielą ściany" – donosiła w przeddzień otwarcia FSO „Trybuna
Ludu”.
Uroczysta akademia odbyła się 6 listopada 1951 r. Budynki obwieszono
czerwonymi sztandarami, na robotników idących do pracy, przodowników
patrzyli z portretów Józef Stalin i Bolesław Bierut. O godz. 14 z taśmy
produkcyjnej zjechał pierwszy po wojnie wyprodukowany w Polsce samochód
osobowy – słynna warszawa M20. Nad produkcją czuwali radzieccy
inżynierowie.
Dziś w fabryce na Żeraniu pracuje 1700 osób, dziesięć
razy
mniej niż w najlepszym okresie FSO. Wiele hal produkcyjnych stoi
pustych, na parkingu dla pracowników straszą wolne miejsca. Pracy też
jest coraz mniej. – Obniżają pensje, każą siedzieć w domu, wpisują nas
do banku rezerw i płacą grosze. Odlewnia gnije, hala produkcji silników
gnije - opowiada pan Marek, spawacz.
Pod koniec października
dyrekcja oficjalnie oznajmiła, że szykują się
grupowe zwolnienia. Mają objąć ponad 90 proc. załogi. Zostanie garstka
lakierników. Pracę stracą również podwykonawcy, w sumie 3500 osób w
całej Polsce. – Nawet strajkować nie mamy siły – żali się pan
Marek. – W
lecie wszyscy na zakładzie wzięli dzień wolny na żądanie, jak jeden mąż
poszli strajkować pod gabinet dyrektora. Nic to nie dało – wspomina.
Przed bramą FSO codziennie stoi pan Adam. Dorabia po godzinach,
sprzedając z bagażnika jabłka i orzechy. W fabryce pracował 18 lat.
Syrenka spod młotka Za czasów PRL pracować na Żeraniu to było coś. Przez cały listopad 1951
r. na pierwszej stronie „Trybuny Ludu" publikowano
„zwycięskie meldunki
z FSO”. Cały naród trzymał kciuki za polską motoryzację. –
Pracowaliśmy
po dwadzieścia godzin, na sen zostawały cztery. Oczywiście spaliśmy na
terenie zakładu. Do domu szło się na niedzielę – wspomina jeden z
pierwszych pracowników.
W książce „Opowieść o FSO"
pierwsi pracownicy
fabryki opowiadają niesamowite historie: „W zimie mieli my koksowniki,
przy nich było ciepło. Ale gdy się odeszło kilka metrów, ręce
przymarzały do blachy”. „Brakowało narzędzi. Przynosiło się z domu
własne albo kupowało na bazarze”. „Jako ciężko pracującym
przyznano nam
dodatek 15 deko wędliny. A po dwudziestu czterech godzinach bezustannej
pracy otrzymywało się pół litra mleka” – to tylko niektóre z
cytatów.
W
1957 r. z taśmy produkcyjnej zjechała syrena, pierwszy po wojnie
samochód osobowy całkowicie polskiej konstrukcji. Gdy do fabryki na
wizytację przyjeżdżała partyjna delegacja, kierownicy wstydzili się
mechaników używających tylko młotka i śrubokrętu – kazali im się gdzieś
schować.
A mimo to robotnicy pracujący w fabryce czuli się tak, jakby złapali
Pana Boga za nogi. Dostawali przecież darmowe przydziały
reglamentowanych towarów, papierosy podobno dowożono im z hotelu
Bristol.
– No i piękne bale tu były, jeszcze za Bieruta
– wspomina pan
Eugeniusz, mieszkaniec Żerania. – Niejedną dziewczynę z fabryki się
zapoznało – dodaje z rozrzewnieniem. W 1958 r. w jednej z hal, na
platformie transportowej przerobionej na estradę, koncert dla załogi dał
sam Jan Kiepura. Doszło wtedy do wzruszającego spotkania: okazało się,
że przedwojenny szofer i kamerdyner Kiepury pracował teraz na Żeraniu
jako brakarz obróbki cieplnej.
– To była wspaniała firma,
bardzo
przyjazna rodzinie. Później, w latach 70. otrzymywaliśmy przydziały na
mieszkania, w latach 80. dzieci jeździły na kolonie, a my z mężem na
wczasy do ośrodków w Muszynie i Augustowie – wspomina Wiesława Ignasiak.
Męża poznała na wycieczce zorganizowanej przez FSO. Od tej pory historia
fabryki przeplata się z historią rodzinną – na parkingu przed ich domem
zawsze stał samochód wyprodukowany w FSO, najpierw zastawa, później fiat
125p, polonez i wreszcie lanos. – Mąż nigdy nie narzekał na żaden z
samochodów – zapewnia pani Wiesława.
Uwaga, sprawne hamulce!
W
1967 r. pełną parą ruszyła produkcja fiatów 125p produkowanych na
licencji włoskiego Fiata. Polacy oszaleli. – Duży fiat! Każdy chciał go
mieć – wspomina pan Edward, pracownik spawalni.
Duży fiat
to było
luksusowe auto: miało hamulce tarczowe na cztery koła, więc hamowało tak
szybko, że jadące z tyłu warszawy i syrenki z lichymi hamulcami uderzały
w jego zderzak. Właściciele fiatów umieszczali więc na tylnych szybach
informację: „Uwaga, sprawne hamulce tarczowe!".
Gdy
dużego fiata
testował Józef Cyrankiewicz, nieopatrznie rozbił miskę olejową. Podobno
był wściekły. Od tamtej pory miski olejowe miały specjalne osłony,
niespotykane nigdzie na świecie. – Na dużego fiata mówiło się
„kant",
„kredens”, „cegła” – wspominają pracownicy.
Jeździli nim prominentni
działacze, dyrektorzy, milicja i pogotowie.
W połowie lat 70.
włoska
firma Ital Design opracowała prototyp poloneza. Nazwę samochodu, który
zaczęto produkować w 1978 r., wybrali w plebiscycie czytelnicy „Życia
Warszawy". Fabryka pracowała na trzy zmiany, żeby nadążyć z produkcją, a
Polacy musieli się na auto zapisywać.
Polonez to jedyny polski
samochód,
który przetestował w 1997 r. Jeremy Clarkson, brytyjski dziennikarz
motoryzacyjny. Jego opinia była miażdżąca: „Polonez Obrzydliwy to dobra
nazwa dla tego auta. Jest beznadziejne, nie ma co do tego żadnych
wątpliwości. Horror, horror!" – komentował, jadąc tym autem.
„Każda
część tego pojazdu jest skopana, ale najgorsza jest przyczepność i
sterowność. Nie podoba mi się nawet wygląd tego auta”. Na koniec
programu brytyjscy widzowie mogli obejrzeć scenę, w której zmieszany z
błotem polonez jest zrzucany z trzydziestometrowego dźwigu wprost na
beton.
Polacy żartowali, że polonez to auto, które zaczyna
rdzewieć już
na folderach reklamowych.Wojciech Kurdyła z FSO Motoklub uśmiecha się: –
Przerabiam i remontuję niedawno kupionego poloneza. Przed kupnem
oglądałem go z każdej strony, przede wszystkim od spodu. Cała podłoga
była pokryta fabryczną konserwacją, byłem pewien, że kupiłem bardzo
przyzwoity egzemplarz. Niestety, okazało się, że w miejscach, gdzie
spodziewałem się napotkać trochę korozji, udało mi się znaleźć tylko
trochę blachy. Praktycznie całe podwozie musiałem zbudować od nowa –
opowiada.
Mimo to i on, i inni miłośnicy motoryzacji do dziś
zabijają
się o kolejne wersje kultowych już aut. Najstarsze nazywa się
„borewiczami" na cześć porucznika Borewicza z serialu „07,
zgłoś się”,
który jeździł właśnie polonezem. Za prawdziwy rarytas uchodzi unikatowa
wersja coupé. Produkcja tych modeli została uwieczniona w młodzieżowym
serialu z lat 80. „Siedem życzeń”. Jeden z odcinków kręcono na
Żeraniu –
w tle toczącej się akcji filmu widać, jak robotnicy składają poloneza.
–
To była pierwsza automatyczna produkcja – mówi Dariusz Filipiak, który
trafił do fabryki jako 18-letni chłopak na początku lat 90. W wolnych
chwilach lubił przemykać się do hali, gdzie montowano samochody. To była
magia. Z tamtych czasów dobrze zapamiętał też zakładową przychodnię. –
Tam byli lekarze chyba wszystkich możliwych specjalizacji! Takiej opieki
nigdzie później nie widziałem – mówi.
Eugeniusz Kamiński
pamięta dzień
wprowadzenia stanu wojennego. Był wtedy młodym chłopakiem: – Dwa dni
okupowaliśmy zakład. Żywność rzucali nam z zewnątrz mieszkańcy Pragi.
Fabrykę otoczyły czołgi i ZOMO. Po dwóch dniach zomowcy weszli przez
dach, zaczęli pałować – opowiada.
FSO nieraz bywało
miejscem oporu
przeciw władzy. To tutaj w 1956 r. słynny Lechosław Goździk stanął na
czele strajku, który przyczynił się do obalenia władzy Bolesława
Bieruta. W latach 80. trwał tu w najlepsze karnawał „Solidarności".
Po
przełomie 1989 r. dobra koniunktura zakładu zaczęła się psuć. –
Nasprowadzali tych niepełnosprawnych i nie wytrzymaliśmy konkurencji –
żali się Krzysztof, monter. – Mówiąc „niepełnosprawni", mam
na myśli te
wszystkie zachodnie, nie w pełni sprawne samochody, co to się ich
namnożyło u nas w latach 90. Wtedy sprzedaż fiatów i polonezów zaczęła
spadać – tłumaczy poważnie.
– Równia pochyła – macha
ręką inny z
pracowników. – Wtedy jeszcze się jako tako zarabiało, ale było coraz
gorzej. Nikt już nie myślał o pracowniczych wczasach, o zakładowych
Dniach Dziecka.
Porządni Koreańczycy
Nadzieją dla żerańskiej fabryki byli inwestorzy zagraniczni. O FSO
ubiegali się producenci volkswagenów i opli. Ostatecznie wybór padł na
Koreańczyków i nieznaną wówczas nikomu firmę Daewoo. W fabryce nastały
nowe czasy. – Koreańczycy zaprowadzili trochę porządku. Czyściej było,
nie pozwalali się spóźniać, nowej technologii nazwozili – chwali
Koreańczyków Adam pracujący w tłoczni.
Szefowie jeździli świeżo
wyprodukowanymi lanosami. Kucharz sprowadzony z Seulu serwował
oryginalne potrawy w barze przy zakładzie. Ludzie wspominają wyjazdy
integracyjne i nieco inny rytm pracy. – Odkąd przyszli Koreańczycy, nie
chodziło się już na przerwę obiadową, tylko na lunch – śmieje się
Wiesława Ignasiak. – Jeszcze w latach 80. w halach produkcyjnych często
były błoto i smar. Gdy przyszli Koreańczycy, zrobiło się czyściutko!
Dochodziło też do wielu zabawnych sytuacji – wynikających głównie
z
bariery językowej. Nieraz się zdarzało, że obrażony Polak odwracał się
na pięcie, bo dziwne polecenie azjatyckiego przełożonego odbierał jak
reprymendę.
Czas panowania Daewoo skończył się w 2004 r. z powodu
zadłużenia koncernu. Na mocy porozumienia z bankiem z Korei dług
zamieniono na akcje. Wydawało się, że Żerań ma znowu czyste konto. Nic
bardziej mylnego. Ostatnio gruchnęła wiadomość, że do końca czerwca 2011
r. Polacy muszą spłacić cały dług. To gwóźdź do trumny żerańskiej
fabryki.
– Wybór Koreańczyków na inwestora to był błąd. W
Rumunii Dacia
ma się dobrze, inwestuje w nią Renault. W Czechach Škoda ma się dobrze,
bo inwestuje w nią Volkswagen. A w Polsce zamykamy Żerań – ubolewa
Michał Chaciński z FSO Motoklub Polska.
W sobotę 6 listopada
minęła
rocznica rozpoczęcia produkcji samochodów w żerańskim zakładzie. Smutny
jubileusz, bo to pożegnanie fabryki. FSO będzie produkować chevrolety
aveo do końca lutego. W fabryce zostanie 110 hektarów gruntów, ich
rynkowa wartość sięga 3 mld złotych. Akcjonariusze chcą sprzedać grunty,
aby zebrać fundusze na odprawy dla pracowników. W miejscu fabryki
powstaną nowoczesne wieżowce, hipermarkety, salony.
Pani Zofia,
która
pracuje jako ochroniarz, chciałaby jeszcze wzniecić w ludziach iskierkę
nadziei: – Może rewolucję robotniczą trzeba wszcząć? – zaciera
ręce. –
Ale jest nas tak mało, że chyba nie dałoby rady – dodaje po chwili z
rezygnacją w głosie. – FSO umrze w swoje sześćdziesiąte urodziny –
oblicza pan Marek, spawacz. – Nie ma co śpiewać „Sto lat!".