Według najnowszego sondażu Leszek Balcerowicz jest
wśród polityków na piątym miejscu pod względem społecznego zaufania. I jest to,
rzekłbym, bliskie piąte miejsce. Jeszcze cztery punkty procentowe i będzie
Balcerowicz na miejscu drugim, za Bronisławem Komorowskim. Nie, nie,
Komorowskiego nie prześcignie, bo prezydentura, to instytucja najbardziej
„zaufaniogenna". Zaprzeczała temu wprawdzie prezydentura poprzednia,
ale była ona ze wszech miar, jak by to rzec, wyjątkowa.
Prawie połowa
Polaków ufa Balcerowiczowi. Nie ufa mu mniej niż co piąty Polak. Jeśli nie jest
to cud, to co jest cudem? Czyż nie jest to świadectwo tego, że jest życie po
życiu i uznanie w polityce? Hola, hola, powie ten i ów polityk – uznanie
za bezkompromisowość w polityce być może jest, ale zaznać go można dopiero, gdy
się z polityki wyjdzie. A przecież my chcemy zaznać uznania w polityce, a nie w
życiu politycznie pozagrobowym. Otóż twierdzę, że uznania i satysfakcji, także
tej mierzonej w dniu wyborów, stawiający społeczeństwu ambitne cele polityk może
zaznać, będąc politykiem, a nie dopiero na politycznej emeryturze. W naszych
warunkach ta sugestia odnosi się w największym stopniu do premiera
Tuska.
Tusk mógłby być mężem stanu. Jeśli nim nie zostanie, to nie
dlatego, że nie wierzy w siebie. Raczej dlatego, że nie wierzy w Polaków. Jak
to, nie wierzę, powiedziałby pewnie premier. Czyż nie mówiłem wielokrotnie, że
jesteśmy wielkim narodem? Tak, panie premierze, mówił pan to wielokrotnie. Ale
ja nie mówię o pochlebstwach, które pan nam funduje. Mówię o wielkości narodu,
którą nie tylko pan deklaruje, ale którą ma pan odwagę zweryfikować. Jak?
Stawiając przed nami trudny wybór, domagając się od nas poparcia niełatwych
rozwiązań, szukając w nas poparcia nie dla siebie, ale dla stawianych przez pana
nam, sobie i państwu ambitnych zadań.
Premier Tusk, mam wrażenie, zawarł z
nami pewien kontrakt. On nie będzie od nas i od siebie wymagał i będzie nas z
wdziękiem głaskał. My docenimy jego łaskawość i nagrodzimy go wsparciem, czyli
poparciem. Układ działa. A premier swojej części zobowiązań naprawdę dotrzymuje.
Kiedyś w jakimś tekście zarzuciłem premierowi Tuskowi brak wizji, co potem
skwapliwie mi w jakiejś publicznej wypowiedzi wypomniał. I nawet brzmiało to
logicznie. Ja nie jestem od wizji, ale od codziennego ścibolenia i metodycznego
zabiegania o sprawy Polaków, zdawał się mówić, jakby z wyrzutem, szef
rządu.
Kilka miesięcy temu, gdy człowiekowi bliskiemu premierowi
powiedziałem, że fajnie byłoby widzieć coś na kształt determinacji Tuska w
wykonaniu ambitnych i niezbędnych dla Polski działań, przy czym niebacznie
przywołałem postulaty Leszka Balcerowicza, ów zausznik premiera mnie zbeształ.
Balcerowicz mógł deklarować straszliwie ambitne cele, bo jak górnicy i hutnicy
przychodzili pod kancelarię premiera, ktoś musiał do nich wyjść, i nie był to
Balcerowicz. Tak mi powiedział. Cóż, rozumiem, że głównemu księgowemu i
wizjonerowi jest łatwiej niż politykowi, który musi mieć poparcie i wygrywać
wybory, by mieć moc sprawczą. Ale ja naprawdę nie apeluję do Tuska, by popełniał
polityczne seppuku. Chcę tylko, by czasem, raz na jakiś czas, odwoływał się do
naszej odpowiedzialności i racjonalizmu, a nie do naszej potrzeby błogostanu i
do naszej gnuśności – pogrillujcie sobie, rodacy, jest dobrze. Chciałbym,
by robił to z pasją. Bo na razie prawdziwą pasję widziałem w nim, gdy walczył z
dopalaczami, domagał się chemicznej kastracji pedofilów, ewentualnie rzucał
gromy na demagogów z PiS. Jakież to proste!
Nie wzywam Donalda Tuska do
samobójstwa. Tak, był na przykład w USA w 1984 r. taki kandydat w wyborach
prezydenckich, który nazywał się Walter Mondale. W przypływie szczerości
powiedział w kampanii Amerykanom, że po wyborach podniesie podatki. Zanim
podniósł podatki, poniósł klęskę. Nie, o taką szczerość do premiera nie apeluję.
Ale wierzę, że gdyby z pasją wytłumaczył nam, dlaczego na przykład trzeba
zrównać wiek emerytalny kobiet i mężczyzn, to by na tym nie stracił. Więcej,
zyskałby na tym, bo po raz pierwszy od trzech lat wyborcy dowiedzieliby się, że
Tuskowi nie idzie o to, by być premierem, a nawet nie o to, by być pierwszym
premierem przez dwie kadencje, ale o to, by będąc premierem, czegoś realnego
dokonać.
Nie rozumiem, dlaczego dla polityka, który na piłkarskim boisku
jest napastnikiem, celem jest bycie na boisku, a nie strzelanie bramek. Dlaczego
wystarcza mu gra na remis, która – wie to każdy kibic piłkarski –
często kończy się porażką.
Rok temu wyraziłem wielki szacunek dla
premiera za to, że zrezygnował z prezydentury, by rządzić. Dziś nie mam
poczucia, że Donald Tusk wyjaśnił nam i sobie, po co chce rządzić. Jeszcze jest
na to czas.