O tym, że za 1500 złotych można kupić całkiem sporego karpia - a i na sianko pod obrus wystarczy nam jeszcze złotówek - wie każda kasjerka po socjologii i każdy sprzedawca hamburgerów po stosunkach międzynarodowych. Tak się bowiem składa, że dla wielu "młodych, wykształconych z dużych miast" 1500 złotych to nie karpiówka, tylko pensja, która musi wystarczyć nie tylko na karpia i sianko, ale również na czynsz, chleb (bez masła) i łaty na zacerowanie spodni.
REKLAMA
Wśród urzędników państwowych panuje niezrozumiałe przeświadczenie, że podczas gdy oni klepią (patriotycznie!) biedę, cała reszta świata zbija kokosy pracując u brzuchatych kapitalistów. Otóż nie, kochane panie Krysie i drodzy Zenkowie. Statystyki są jednoznaczne - średnie zarobki pracownika administracji państwowej są o ok. 200 złotych wyższe niż średnie zarobki pracownika brzuchatego kapitalisty. Ponadto o ile ten pierwszy pracuje zazwyczaj na podstawie umowy o pracę na czas nieokreślony - ten drugi o takich umowach mógł co najwyżej przeczytać w prasie specjalistycznej. O ile miał czas czytać - bo po 12 godzinach pracy mógł zwyczajnie nie mieć na to ochoty.
Czy urzędnik coś wytwarza? Czy produkuje podzespoły do komputerów? Wypieka chleb? Kładzie asfalt na drogach? Nie. Urzędnik jest funkcjonariuszem państwowym, którego zadaniem jest wspieranie rządu w administrowaniu krajem. Wzrostu PKB z tego nie będzie - w związku z tym istnienie urzędnika powinno być uzasadnione tym, że dzięki jego wytrwałej pracy warunki do zwiększania PKB mają inni. Miernikiem skuteczności urzędniczej pracy powinno być więc tempo wzrostu gospodarczego kraju. Jeśli jesteśmy zieloną wyspą, Polska nam rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej - to wypłacajmy urzędnikom trzynastki, czternastki, karpiówki, deputaty węglowe i czego tam jeszcze oczekują od państwa. Ale jeśli premier mówi nam, że wszyscy mamy zaciskać pasa, pracować do 67 roku życia i zapomnieć o większości ulg - to mamy do czynienia nie z zieloną wyspą, ale z Atlantydą. A skoro tak - to wszyscy chwytamy za wiaderka i staramy się pozbyć się nadmiaru wody. Wszyscy - a urzędnicy w szczególności. Na karpiówkę trzeba sobie zasłużyć.
Jeśli bowiem państwo będzie oszczędzać tylko na tych, którzy - mimo kryzysu, zapaści strefy euro, drożejących kredytów etc. - starają się jeszcze robić cokolwiek, a jednocześnie będzie fundować karpia tym, których największą zasługą jest trwanie na stanowiskach od matury do emerytury - to następną karpiówkę będziemy wypłacać w ryzach papieru zadrukowanego urzędniczymi decyzjami.
Podatniku - kup karpia urzędnikowi
2011-12-14 11:19
O tym, że za 1500 złotych można kupić całkiem sporego
karpia - a i na sianko pod obrus wystarczy nam jeszcze złotówek - wie każda
kasjerka po socjologii i każdy sprzedawca hamburgerów po stosunkach
międzynarodowych. Tak się bowiem składa, że dla wielu "młodych,
wykształconych z dużych miast" 1500 złotych to nie karpiówka, tylko pensja,
która musi wystarczyć nie tylko na karpia i sianko, ale również na czynsz, chleb
(bez masła) i łaty na zacerowanie spodni.
Wśród urzędników państwowych
panuje niezrozumiałe przeświadczenie, że podczas gdy oni klepią (patriotycznie!)
biedę, cała reszta świata zbija kokosy pracując u brzuchatych kapitalistów. Otóż
nie, kochane panie Krysie i drodzy Zenkowie. Statystyki są jednoznaczne -
średnie zarobki pracownika administracji państwowej są o ok. 200 złotych wyższe
niż średnie zarobki pracownika brzuchatego kapitalisty. Ponadto o ile ten
pierwszy pracuje zazwyczaj na podstawie umowy o pracę na czas nieokreślony - ten
drugi o takich umowach mógł co najwyżej przeczytać w prasie specjalistycznej. O
ile miał czas czytać - bo po 12 godzinach pracy mógł zwyczajnie nie mieć na to
ochoty.
Czy urzędnik coś wytwarza? Czy produkuje podzespoły do
komputerów? Wypieka chleb? Kładzie asfalt na drogach? Nie. Urzędnik jest
funkcjonariuszem państwowym, którego zadaniem jest wspieranie rządu w
administrowaniu krajem. Wzrostu PKB z tego nie będzie - w związku z tym
istnienie urzędnika powinno być uzasadnione tym, że dzięki jego wytrwałej pracy
warunki do zwiększania PKB mają inni. Miernikiem skuteczności urzędniczej pracy
powinno być więc tempo wzrostu gospodarczego kraju. Jeśli jesteśmy zieloną
wyspą, Polska nam rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej - to wypłacajmy
urzędnikom trzynastki, czternastki, karpiówki, deputaty węglowe i czego tam
jeszcze oczekują od państwa. Ale jeśli premier mówi nam, że wszyscy mamy
zaciskać pasa, pracować do 67 roku życia i zapomnieć o większości ulg - to mamy
do czynienia nie z zieloną wyspą, ale z Atlantydą. A skoro tak - to wszyscy
chwytamy za wiaderka i staramy się pozbyć się nadmiaru wody. Wszyscy - a
urzędnicy w szczególności. Na karpiówkę trzeba sobie zasłużyć.
Jeśli
bowiem państwo będzie oszczędzać tylko na tych, którzy - mimo kryzysu, zapaści
strefy euro, drożejących kredytów etc. - starają się jeszcze robić cokolwiek, a
jednocześnie będzie fundować karpia tym, których największą zasługą jest trwanie
na stanowiskach od matury do emerytury - to następną karpiówkę będziemy wypłacać
w ryzach papieru zadrukowanego urzędniczymi decyzjami.