Zaledwie dwa miesiące temu Lord Simon Wolfson zaproponował 250 tysięcy funtów dla ekonomisty, który opracuje teoretyczny model wyjścia ze strefy euro. Nagroda ogromna, ale chętny wciąż się po nią nie zgłosił, bo rozwiązanie tego problemu wcale nie jest takie proste. Nie wystarczy bowiem przestawić mennicę na bicie narodowej monety i przeliczyć z powrotem euro na drachmy. Dlaczego? Ano dlatego, że takie posunięcie miałoby tragiczne skutki dla greckiej gospodarki. Drachma natychmiast znacznie straciłaby na wartości. Wszak żaden kierujący się chłodną logiką inwestor nie chciałby mieć w portfelu waluty kraju, który nie spłaca swoich zobowiązań. W konsekwencji Grecja nie byłaby w stanie kupić czegokolwiek za granicą - a samowystarczalna przecież nie jest. Import stałby się nieopłacalny do tego stopnia, że w kraju zaczęłoby brakować wielu niezbędnych produktów. Grecy zostaliby zmuszeni m.in. do odkrycia nowego źródła energii, której nie mogli jej kupować od sąsiadów. Z drugiej jednak strony warto pamiętać, że wymyślenie fundamentalnych zasad geometrii poszło starożytnym Grekom całkiem sprawnie, więc być może również zmuszenie współczesnych Greków do umysłowego wysiłku wyszłoby całemu światu na dobre?
REKLAMA
Tania drachma sprzyjałaby za to eksportowi. Niestety potrzeby kapitałowe byłyby tak duże, że Grecy musieliby wyprzedawać swój majątek w tempie ekspresowym. Po kilku miesiącach takiego gospodarowania trudno byłoby znaleźć w Grecji choć jedną oliwkę czy butelczynę ouzo, która nie trafiłaby do Berlina, Warszawy czy Pragi, gdzie można byłoby je kupić za bezcen.
Powrót do drachmy nie rozwiązałby też problemu greckiego długu, który wciąż byłby przeliczany z euro. Zobowiązania potomków Pitagorasa natychmiast powiększyłyby się kilkakrotnie, a ich spłata trwałaby wieki.
Na szczęście dla Greków UE poświęciła w ostatnich miesiącach zbyt dużo czasu i pieniędzy na ratowanie Aten, aby teraz – bez walki – pozwolić Grecji na tak tragiczny epilog.
Życie po euro, czyli grecka tragedia
2012-01-04 07:30
Zaledwie dwa miesiące temu Lord Simon Wolfson
zaproponował 250 tysięcy funtów dla ekonomisty, który opracuje teoretyczny model
wyjścia ze strefy euro. Nagroda ogromna, ale chętny wciąż się po nią nie
zgłosił, bo rozwiązanie tego problemu wcale nie jest takie proste. Nie wystarczy
bowiem przestawić mennicę na bicie narodowej monety i przeliczyć z powrotem euro
na drachmy. Dlaczego? Ano dlatego, że takie posunięcie miałoby tragiczne skutki
dla greckiej gospodarki. Drachma natychmiast znacznie straciłaby na wartości.
Wszak żaden kierujący się chłodną logiką inwestor nie chciałby mieć w portfelu
waluty kraju, który nie spłaca swoich zobowiązań. W konsekwencji Grecja nie
byłaby w stanie kupić czegokolwiek za granicą - a samowystarczalna przecież nie
jest. Import stałby się nieopłacalny do tego stopnia, że w kraju zaczęłoby
brakować wielu niezbędnych produktów. Grecy zostaliby zmuszeni m.in. do odkrycia
nowego źródła energii, której nie mogli jej kupować od sąsiadów. Z drugiej
jednak strony warto pamiętać, że wymyślenie fundamentalnych zasad geometrii
poszło starożytnym Grekom całkiem sprawnie, więc być może również zmuszenie
współczesnych Greków do umysłowego wysiłku wyszłoby całemu światu na dobre?
Tania drachma sprzyjałaby za to eksportowi. Niestety potrzeby kapitałowe
byłyby tak duże, że Grecy musieliby wyprzedawać swój majątek w tempie
ekspresowym. Po kilku miesiącach takiego gospodarowania trudno byłoby znaleźć w
Grecji choć jedną oliwkę czy butelczynę ouzo, która nie trafiłaby do Berlina,
Warszawy czy Pragi, gdzie można byłoby je kupić za bezcen.
Powrót do drachmy
nie rozwiązałby też problemu greckiego długu, który wciąż byłby przeliczany z
euro. Zobowiązania potomków Pitagorasa natychmiast powiększyłyby się
kilkakrotnie, a ich spłata trwałaby wieki.
Na szczęście dla Greków UE
poświęciła w ostatnich miesiącach zbyt dużo czasu i pieniędzy na ratowanie Aten,
aby teraz – bez walki – pozwolić Grecji na tak tragiczny epilog.