Marek Migalski, europoseł PJN, wytłumaczył wyborcom na blogu, że nasi politycy, którzy jakimś trafem znaleźli się w Parlamencie Europejskim (tak, tak – myśmy ich tam wysłali) w 90 procentach przypadków nie wiedzą, za czym lub przeciwko czemu głosują. Fruwający ornitolog pisze więc m.in.:
REKLAMA
Grupa polityczna czy klub parlamentarny deleguje do prac nad danym projektem jakąś osobę i jej zawierza, czy ów projekt jest wart zaakceptowania czy też raczej należy go odrzucić. Nad tym dokumentem pracuje też jakiś asystent, staffer czy pracownik klubu (...) Polityk więc zajmuje się polityką, pozostawiając dużą część merytorycznej pracy "fachowcom". Nad danym projektem pracuje, co najwyżej, jeden poseł danej grupy czy klubu (a i to raczej w czasie wolnym od politycznego knucia). Dlatego, kiedy ostatecznie projekt danej ustawy czy uchwały trafia na salę obrad i jest głosowany, 90 procent posłów danej partii czy frakcji politycznej patrzy na owego posła i glosuje tak, jak on wskaże (lub patrzy na listę do głosowania). Nie mając - co raz jeszcze podkreślam - bladego pojęcia za czym, bądź przeciwko czemu, się opowiada. Ze słów Marka Migalskiego wynika, że lwia część naszych przedstawicieli, poza dumnym reprezentowaniem swojego oblicza w ławach Parlamentu Europejskiego, nie zajmuje się w zasadzie niczym ważnym. Wbrew pozorom jest to poważny problem, zważywszy na kryzys, który trapi Europejczyków, a i naszego premiera martwi – o czym świadczy fakt, że Tusk (do spółki z Jackiem Rostowskim), zapowiedział wielkie narodowe zaciskanie pasa. A przecież, jeśli Migalski nie myli się w swoich wyliczeniach, 90 procent suto opłacanych europarlamentarzystów można byłoby zastąpić wieszakami. Skoro tak – to płaćmy tylko owym 10 procentom eurodeputowanych, którzy cokolwiek z tego co robią rozumieją.
No tak – ale to oszczędność dla Brukseli, a nie dla Polski – powie ktoś. Ale przecież w Polsce też mamy 560 takich, co często głosują. Jeśli więc „reguła Migalskiego" sprawdza się również na krajowym podwórku to znaczy, że jedynie 56 z nich robi coś pożytecznego. A teraz przyjmijmy, że posłowie i senatorowie zarabiają średnio 10 tysięcy złotych miesięcznie. Na tę kwotę składają się uposażenie, dieta i ewentualne dodatki za pracę w komisjach. Przy takim założeniu z prostych wyliczeń wynika, że uszczuplenie polskiego parlamentu o 90 procent składu przyniesie rocznie ponad 6 milionów złotych oszczędności! Kolejne 16 milionów złotych oszczędzi Bruksela pozbywając się 45 naszych eurodeputowanych, którzy o tym, nad czym głosowali, dowiadują się z gazet.
Można się śmiać z tych rachunków. Można nie traktować ich poważnie. Ale można też rozpocząć dyskusję, czy Polskę stać dziś na 560 parlamentarzystów (na liczebność naszej reprezentacji w Europie wpływu już raczej nie mamy). Sprawa ACTA dobitnie ukazała, że nasi politycy nie bardzo orientują się, na czym polega ich praca. Przypomnijmy więc: poseł i senator reprezentują naród tworząc prawo. Tworzenie prawa to trudna robota. Trzeba trochę wiedzieć. I nie wystarczy co jakiś czas odpalić Wikipedię. Nie wystarczy wpisać w Google „How to make a good law". Nie wystarczy zatrudnić studenta prawa i dać mu 1500 zł miesięcznie. Trzeba trochę pogłówkować i zaznajomić się ze sprawą, nad którą się głosuje. Nie, nie trzeba być ekspertem od wszystkiego - wystarczy ogólne rozeznanie, pogląd, albo chociaż strzępki informacji. Niestety, jak pokazała sprawa ACTA, nasi politycy nie mają nawet tego. Dostaną za to, jak poinformowała onegdaj Kancelaria Sejmu, nowiuśkie tablety. Panowie posłowie i panie posłanki, co zrobicie z tymi tabletami, gdy - po wejściu w życie umowy ACTA - zamkną Wikipedię?
Powiedzmy to dosadnie: gros naszych przedstawicieli to zwyczajni figuranci. Jeżeli ktoś miał co do tego jakieś wątpliwości, to teraz powinien się ich pozbyć. Dlatego drżyjcie wyborcy - bo nasi przedstawiciele nie będą dla nas łaskawi i nieraz jeszcze usłyszycie: „ale my nie wiedzieliśmy". Sprawę ACTA jakoś przebolejemy. Gorzej, gdy usłyszymy tak przy okazji podsumowania efektów reformy emerytalnej, reformy służby zdrowia, prawa pracy czy finansów publicznych.
Czego polscy europosłowie nie wiedzieli o ACTA
2012-01-25 17:37
Marek Migalski, europoseł PJN, wytłumaczył wyborcom na
blogu, że nasi politycy, którzy jakimś trafem znaleźli się w Parlamencie
Europejskim (tak, tak – myśmy ich tam wysłali) w 90 procentach przypadków
nie wiedzą, za czym lub przeciwko czemu głosują. Fruwający ornitolog pisze więc
m.in.:
Grupa polityczna czy klub
parlamentarny deleguje do prac nad danym projektem jakąś osobę i jej zawierza,
czy ów projekt jest wart zaakceptowania czy też raczej należy go odrzucić. Nad
tym dokumentem pracuje też jakiś asystent, staffer czy pracownik klubu (...)
Polityk więc zajmuje się polityką, pozostawiając dużą część merytorycznej pracy
"fachowcom". Nad danym projektem pracuje, co najwyżej, jeden poseł
danej grupy czy klubu (a i to raczej w czasie wolnym od politycznego knucia).
Dlatego, kiedy ostatecznie projekt danej ustawy czy uchwały trafia na salę obrad
i jest głosowany, 90 procent posłów danej partii czy frakcji politycznej patrzy
na owego posła i glosuje tak, jak on wskaże (lub patrzy na listę do głosowania).
Nie mając - co raz jeszcze podkreślam - bladego pojęcia za czym, bądź przeciwko
czemu, się opowiada.
Ze słów Marka Migalskiego wynika, że
lwia część naszych przedstawicieli, poza dumnym reprezentowaniem swojego oblicza
w ławach Parlamentu Europejskiego, nie zajmuje się w zasadzie niczym ważnym.
Wbrew pozorom jest to poważny problem, zważywszy na kryzys, który trapi
Europejczyków, a i naszego premiera martwi – o czym świadczy fakt, że Tusk
(do spółki z Jackiem Rostowskim), zapowiedział wielkie narodowe zaciskanie pasa.
A przecież, jeśli Migalski nie myli się w swoich wyliczeniach, 90 procent suto
opłacanych europarlamentarzystów można byłoby zastąpić wieszakami. Skoro tak
– to płaćmy tylko owym 10 procentom eurodeputowanych, którzy cokolwiek z
tego co robią rozumieją.
No tak – ale to oszczędność dla
Brukseli, a nie dla Polski – powie ktoś. Ale przecież w Polsce też mamy
560 takich, co często głosują. Jeśli więc „reguła Migalskiego"
sprawdza się również na krajowym podwórku to znaczy, że jedynie 56 z nich robi
coś pożytecznego. A teraz przyjmijmy, że posłowie i senatorowie zarabiają
średnio 10 tysięcy złotych miesięcznie. Na tę kwotę składają się uposażenie,
dieta i ewentualne dodatki za pracę w komisjach. Przy takim założeniu z prostych
wyliczeń wynika, że uszczuplenie polskiego parlamentu o 90 procent składu
przyniesie rocznie ponad 6 milionów złotych oszczędności! Kolejne 16 milionów
złotych oszczędzi Bruksela pozbywając się 45 naszych eurodeputowanych, którzy o
tym, nad czym głosowali, dowiadują się z gazet.
Można się śmiać z
tych rachunków. Można nie traktować ich poważnie. Ale można też rozpocząć
dyskusję, czy Polskę stać dziś na 560 parlamentarzystów (na liczebność naszej
reprezentacji w Europie wpływu już raczej nie mamy). Sprawa ACTA dobitnie
ukazała, że nasi politycy nie bardzo orientują się, na czym polega ich praca.
Przypomnijmy więc: poseł i senator reprezentują naród tworząc prawo. Tworzenie
prawa to trudna robota. Trzeba trochę wiedzieć. I nie wystarczy co jakiś czas
odpalić Wikipedię. Nie wystarczy wpisać w Google „How to make a good
law". Nie wystarczy zatrudnić studenta prawa i dać mu 1500 zł miesięcznie.
Trzeba trochę pogłówkować i zaznajomić się ze sprawą, nad którą się głosuje.
Nie, nie trzeba być ekspertem od wszystkiego - wystarczy ogólne rozeznanie,
pogląd, albo chociaż strzępki informacji. Niestety, jak pokazała sprawa ACTA,
nasi politycy nie mają nawet tego. Dostaną za to, jak poinformowała onegdaj
Kancelaria Sejmu, nowiuśkie tablety. Panowie posłowie i panie posłanki, co
zrobicie z tymi tabletami, gdy - po wejściu w życie umowy ACTA - zamkną
Wikipedię?
Powiedzmy to dosadnie: gros naszych przedstawicieli to
zwyczajni figuranci. Jeżeli ktoś miał co do tego jakieś wątpliwości, to teraz
powinien się ich pozbyć. Dlatego drżyjcie wyborcy - bo nasi przedstawiciele nie
będą dla nas łaskawi i nieraz jeszcze usłyszycie: „ale my nie
wiedzieliśmy". Sprawę ACTA jakoś przebolejemy. Gorzej, gdy usłyszymy tak
przy okazji podsumowania efektów reformy emerytalnej, reformy służby zdrowia,
prawa pracy czy finansów publicznych.