Śpiewa jak nikt inny. Córka Kasia w szkole podstawowej
zapytała, czy nie może śpiewać „jak inne matki". Tata prosił, by
śpiewała normalnie, ale w końcu polubił te jej „kociokwiki”. Jerzy
Kosiński (dla którego jazz był torturą) sugerował, że śpiewa „jak zmięty
papier”. Brat (sam muzyk jazzowy, studiował prawo) radził jej, żeby zajęła
się „czymś konkretnym”. Sąsiad nasłał po 22.00 policję. – O,
pani Urszula, pani śpiewa? – zapytali policjanci. – Tak! Śpiewam
– rozpromieniła się, żeby po chwili otrzymać mandat wysokości 500 zł za
zakłócanie ciszy nocnej.
Ale były i pozytywne zaskoczenia. Wokalistka
Maria Sadowska odwoziła kiedyś Dudziak do domu. – Po drodze widzimy, jak
na chodnik pada kobieta. Zatrzymujemy się. Widzimy, że jest „na
gazie". Pomagamy wstać, a ta zaczyna śpiewać: „Tu tu tu tu tu, tu tu
tu tu tu” – słynną „Papayę”. I dodaje: „Pani
Tuturu, byłam szatniarką w operze. Znam się na muzyce”.
Remigiusza Grzelę, pisarza, redaktora jej autobiografi i i wielbiciela,
jej głos uspokaja. – Przy muzyce Uli można mieć dreszcze, bardzo głośno
się śmiać, zamyślić się, poszukać wewnętrznej harmonii. Ona wchodzi na scenę i
publiczność staje się współtwórcą koncertu, oddaje jej swoją energię.
Urszula Dudziak w swoim 68-letnim życiu (wiek z dumą podkreśla)
zarobiła mnóstwo pieniędzy, sporo przegrała w kasynach, podpisywała kontrakty z
amerykańskimi wytwórniami płytowymi. Spotykała największe muzyczne sławy.
Śpiewała z Bobbym McFerrinem (tym od „Don’t Worry, Be Happy").
Zakochany był w niej pianista jazzowy Herbie Hancock. Zafascynowany Sting
dopytywał, jak manipuluje się gałkami jej elektronicznej aparatury. A Miles
Davies burknął do niej „Yeah”.
Generalnie jest
niereformowalną optymistką. Generalnie. – Przypuszczam, że jej życie jest
podszyte lękiem – mówi Grzela. – Jeżeli jest dobrze, to wszystko
może się odwrócić. Jej życie wywróciło się kilka razy.
Diabeł kobiecości
„Wieczorek zapoznawczy" w niedużym mieszkaniu pisarza
Jerzego Kosińskiego w 1988 r. trwał trzy godziny. Poprzedzony był nocnymi
wątpliwościami, w co się ubrać (wygrała obcisła ciemnozielona suknia z zamkiem,
bardzo wysokie szpilki, seksowna czarna bielizna z paskiem do pończoch) i
kolacją. O pretekście spotkania – organizowaniu koncertu dla Fundacji
Obecności Żydowskie – w ogóle nie rozmawiali. Po dwóch rumach z colą
wstąpił w nią diabeł. – To była obsesja, szaleństwo, totalne uzależnienie
– opowiada dziś Dudziak. Autorem „Malowanego ptaka”, już wtedy
borykającym się z piętnem plagiatora, była zafascynowana od dawna. Poznali się
przez wspólnego znajomego kilka miesięcy po tym, jak Kosiński ożenił się ze
swoją wieloletnią asystentką Katheriną „Kiki” von Fraunhofer (w
czasie „wieczorku zapoznawczego” Kiki stukała na maszynie za
zamkniętymi na klucz drzwiami).
Odkrywali kolejne sfery erotyzmu,
bywali w seksklubach. Przez cztery lata z Kosińskim nigdy nie wiedziała, na czym
stoi. Raz był zachwycony, że jest matką, innym razem wykrzykiwał, że tylko
zajmuje się dziećmi. Wyremontował jej mieszkanie, żeby zamieszkali razem, albo
opowiadał o przeprowadzce na Florydę. Miała być jego „jedynym drzewem
życia", „świętym ogniem w grzesznym ciele” ze skórą jak
aksamit. Mówił jej: „Ty mnie wewnętrznie rozgrzewasz”. Albo:
„Jesteś biblią potencjalnych zboczeń”. – Dał mi kobiecość,
wiarę w siebie, w moje zdolności intelektualne – mówi Urszula Dudziak.
Była wtedy trzy lata po rozstaniu z jazzmanem Michałem Urbaniakiem.
Zdołowana, czuła się „brzydka, niedouczona, stara". Dla Kosińskiego
dostała fioła na punkcie diabelnie wysokich szpilek, które „nie były
przeznaczone do chodzenia”. – Była między nami nieprawdopodobna
chemia – przyznaje, a oczy jej się szklą. – Bliskość, która
wychodziła z cielesności i która powodowała bardzo twórczy niepokój,
nieprawdopodobną stymulację i podniecenie.
Kiki tolerowała kobiety
Kosińskiego. Ale nie chciała ustąpić pola Uli. – Ula weszła w jego życie
jako kobieta – tłumaczy tenisista Wojciech Fibak, przyjaciel całej trójki
i wielki fan talentu tenisowego Urszuli. – Kiki, swoją żonę, traktował
może jak siostrę – matkę – sekretarkę.
Kosiński
potrzebował Kiki do prowadzenia kalendarza, kontraktów, książek. Z Ulą doskonale
do siebie pasowali – jako para artystów.
Fibak: – Jurek
zdecydował się odejść ze względów zdrowotnych i emocjonalnych, aby nie być
ciężarem dla najbliższych.
W nocy z 2 na 3 maja 1991 r. Dudziak
odprowadziła go po północy do domu. Kiedy dotarła do siebie, zadzwonił: –
Uleńko, pięknie dziś wyglądałaś i przepraszam cię, że byłem taki nieswój.
Obiecał, że rano zadzwoni. Zadzwoniła Kiki: „Czy pokłóciłaś się
wczoraj z Jerzym?". „Ale skądże”. „Bo Jerzy nie
żyje”. Znalazła go w wannie z plastikową torbą na głowie. On miał 57 lat,
Dudziak 47. I świat znowu jej się zawalił.
Z mężem jak z bratem
Bo pierwszy
raz zawalił się, kiedy odszedł Michał Urbaniak. Michałek, Misiu. Po niemal 20
latach małżeństwa. Została z córkami: Kasią i Miką.
Urbaniak
wspomina w wydanej niedawno biografii „Ja, Urbanator", że szybko się
w Urszuli zakochał: „Była wspaniała. Miała uczciwe niebieskie oczy i rude
włosy, ale nie takie jak marchewka, lecz takie jak spatynowany mosiądz”.
Jej już na pierwszym wyjeździe koncertowym z Urbaniakiem do Danii
zapaliła się lampka ostrzegawcza: był nerwowy, niespokojny, a po kilku minutach
(i dwóch głębszych) robił się spokojny i uśmiechnięty. Lampkę zignorowała. Ślub
wzięli w 1968 r. w ambasadzie w Oslo, potem zarabiali, grając w Europie, a w
1973 r. wylądowali w ich jazzowej ziemi obiecanej – Nowym Jorku. Spali w
zagrzybionych, zimnych hotelach, grali za głodowe stawki. Do czasu. – W
przeciwieństwie do wielu polskich muzyków udało im się wkręcić w amerykański
show-biznes – podkreśla słynny fotograf i jeden z pierwszych nowojorskich
przyjaciół Ryszard Horowitz.
Kiedy się odkuli, gościli u siebie
ówczesną gwiazdę światowego tenisa Wojciecha Fibaka. – Zawsze
uśmiechnięta, towarzyska, do rany przyłóż, zawsze u boku Michała i zawsze mu
oddana. To on był liderem, w miły sposób, ale rządził i decydował –
wspomina Fibak.
Urbaniak pamięta, że zaczął świrować, iż Urszula
chce go rzucić, zrobił się podejrzliwy i zaborczy, aż w końcu zakochał się w
30-letniej aktorce. Nagle w 1984 r. Urszula zauważyła, że Michał dzwoni i mówi,
iż jest w Paryżu, a ona w tle słyszy nowojorską straż pożarną. Albo mówi, że
wraca z lotniska, a na taksometrze taksówki 1,75 dol.
Teraz, jak na
rozwiedzione od ponad 20 lat małżeństwo, są w bardzo bliskich stosunkach.
– Oni nigdy się nie zejdą, ale zawsze będą z sobą – przewiduje
Ryszard Horowitz. – Mogą się pokłócić, poszarpać, pożreć, ale jak
przychodzi do czegoś poważnego, to są z sobą.
Do niego dzwoniła,
gdy w środku nocy wydawało jej się, że ma zawał serca. To on zaopiekował się
córkami, kiedy zmarł Kosiński. A kiedy jego kolejna żona poroniła, w szpitalu
były i córki, i Urszula.
– Jesteśmy jak brat i siostra – mówi
Dudziak.
Ula nie ma sekretów
– Jest osobą naiwną, ale w pozytywnym sensie –
uśmiecha się Ryszard Horowitz. Jej prawnik rozwodowy nie mógł uwierzyć, że nie
domaga się od Urbaniaka alimentów. Już po rozwodzie miała odruch, by bronić
Misia, kiedy nowa piękna i młoda małżonka szarpała go na imprezie za włosy.
– Wiem, co to jest empatia, potrafi ę wejść w czyjeś buty, wiele rzeczy
sobie wytłumaczyć – wyjaśnia.
Horowitz: – Bardzo szybko
się zbliża do ludzi, szybko się otwiera. To jest czarujące, czasem dziecinne.
Anna Horowitz, przyjaciółka: – Czułam potrzebę, żeby ją
chronić. Z lekkością opowiada różne intymne rzeczy, a potem zdajemy sobie
sprawę, że świat niekoniecznie powinien o nich wiedzieć. Ula nie ma sekretów.
Nie jest tak, że w życiu Urszuli Dudziak nie ma porażek. Na
festiwalu jazzowym w Waszyngtonie na scenę leciały puszki po piwie z okrzykami
„Go back to Poland!". Następnego dnia wyszła do tej samej publiki,
euforii nie było, ale puszek też nie.
Grzela: – Ma taką siłę
odradzania się jak kot. Siedem żyć Urszuli Dudziak. I to nie jest dobra mina do
złej gry, to jest proces.
Sama mówi: – Mam dobrze
wykształcony psychiczny system immunologiczny. Jak jest tragedia, to zapada mi
się jakaś psychiczna blokada, klapa bezpieczeństwa, potrafi ę się znieczulić.
Trzy lata temu zachorowała na złośliwego raka piersi. Pisze o tym w
autobiografii, ale nie chce się nad tym rozwodzić. Ważne, co po raku. –
Cieszę się każdą chwilą – znów się uśmiecha.
Odmówiła chemii
i brania hormonów. Zmieniła przyzwyczajenia. Kupuje żywność ekologiczną, do domu
dostaje obiady makrobiotyczne. Unika słodyczy i alkoholu, nie je mięsa. Zasypia
o 21, chyba że o 3 rano gra Radwańska albo urodziny obchodzi Magdalena Środa.
Rano pół godziny do 45 minut gimnastyki qigong, skakania na batucie, jogi. Tenis
co najmniej raz w tygodniu (z sukcesami na amatorskich turniejach). Dużo śpiewa.
Słyszała gdzieś, że śpiewanie tych wysokich „kociokwików" powoduje
szybszą regenerację komórek i wydzielanie endorfin.
Aniołem nie
jest. – No, jak motorniczy widzi, że biegnę do tramwaju, i zamyka mi drzwi
przed nosem, to mnie wkurza. Ale zaraz się uspokajam. Mam jeszcze wiele rzeczy
do zrobienia i nie pozwolę, żeby mi byle burak przeszkodził.
Boi
się wojny, prób atomowych w Iranie, spadających samolotów. O tragedii w rodzinie
nie chce nawet myśleć. Kiedy jej hit „Papaya" po 30 latach w 2008 r.
nagle zaczął podbijać świat na nowo i zobaczyła filipińskich żołnierzy
tańczących Papaya dance w czasie musztry, pomyślała w euforii: „Wojny nie
będzie!”.
Niczego jej nie brakuje. Nie ma marzeń. Jak ma na
coś apetyt, robi to. Teraz nabrała apetytu na napisanie książki o Kosińskim.