Urzędnicy odpowiedzialni za ochronę danych osobowych w
27 państwach UE
chcą, by Google wstrzymał się z wprowadzaniem swojej tzw. nowej polityki
prywatności – poinformowały w miniony piątek agencje. Ma to im dać czas
na zbadanie, czy nie narusza ona praw unijnych użytkowników
przeglądarki.
Google odpowiada, że zmiany potrzebne są tylko po to,
by
sprawniej odpowiadać na pytania zadawane przez użytkowników. Jednak z
tłumaczeniami komputerowego giganta nie zgadza się to, że w rozesłanym
użytkownikom kont pocztowych i innych usług regulaminie firma rezerwuje
sobie m.in. prawo do przeglądania zamieszczanych przez nich treści oraz
sprawdzania ich legalności. Google informuje, że użytkownik,
umieszczając w serwisach firmy jakieś materiały, udziela jej tym samym
„licencji na wykorzystywanie, udostępnianie, przechowywanie,
reprodukowanie, modyfikowanie, przesyłanie, publikowanie, publiczne
prezentowanie i wyświetlanie oraz rozpowszechnianie", a także „na
tworzenie na ich podstawie dzieł pochodnych (na przykład przez wykonanie
tłumaczenia, adaptacji lub innych zmian)”.
– Nie
dotyczy to oczywiście
poczty chronionej zapisami szczegółowego regulaminu i prawem o ochronie
korespondencji. Ale jeśli nie ma stosownych szczegółowych wyłączeń, może
dotyczyć na przykład zdjęć wrzucanych do serwisu Picasa – wyjaśnia Anna
Trocka, specjalistka w zakresie prawa autorskiego.
Nic
za darmo Nie ma nic za darmo. To dotyczy także usług w
internecie. Za darmowe
konto pocztowe, możliwość ściągania plików czy udział w portalach
społecznościowych płaci się rezygnacją z prywatności. Wiedza o
zachowaniach potencjalnych klientów jest tak cenna, że firmy
przeznaczają terabajty pamięci na gromadzenie informacji o swoich
użytkownikach. Większość z tych informacji nigdy nie zostanie użyta, ale
część wykorzystywana jest na bieżąco.
Pół biedy, jeśli służą do
podsuwania internautom reklam i ofert handlowych. To może się skończyć
co najwyżej nietrafną decyzją podczas zakupów. Gorzej, kiedy dostają się
w ręce cyberprzestępców. Wówczas nierozważny internauta może stracić
ważne dane, pieniądze, a nawet dobre imię.
Oczywiście firmy i instytucje
zapewniają, że do czegoś takiego dojść nie może, ale w dobie WikiLeaks
wiemy, ile warte są zapewnienia o najpilniej strzeżonych tajemnicach.
Zapomnijcie o prywatności! Internet to nie tylko żyzne pole, na którym
oprócz cybermafii plony zbierają najrozmaitsi marketingowcy, lecz także
cenne źródło wiedzy o obywatelach dla państwa. W Polsce dostawcy usług
sieciowych i firmy telekomunikacyjne są np. zobowiązani do udostępniania
gromadzonych danych policji, prokuraturze, aparatowi skarbowemu i innym
służbom. Operatorzy telefoniczni muszą przechowywać przez co najmniej
dwa lata billingi, treść SMS- -ów, e-maili, a także tzw. dane
geolokalizacyjne klientów, które pozwalają ustalić, gdzie w danej chwili
się znajdowali. Mogą ich zażądać przedstawiciele kilkunastu służb:
policji, prokuratury, sądów, CBA, ABW, inspekcji skarbowej.
– Unijną
dyrektywę o obowiązkowej retencji wdrożyliśmy w najbardziej rozbudowanej
wersji – mówi Wojciech Rafał Wiewiórowski, generalny inspektor ochrony
danych osobowych. – Dane są u nas przechowywane najdłużej, w najszerszym
zakresie i najłatwiejszy jest do nich dostęp. Ciągle spieramy się z
rządem, czy w ogóle takie przepisy są w Polsce potrzebne.
W
Rumunii,
Czechach, Niemczech dyrektywa została uznana za niezgodną z konstytucją.
– Zbyt łatwo dzięki niej wykorzystywać dane do szukania haków i
politycznej inwigilacji – tłumaczy Katarzyna Szumielewicz z Fundacji
Panoptykon, pilnującej wolności w internecie.
A u nas... Kilka dni temu
użytkowniczka portalu Forum-Prawne.pl poskarżyła się, że była
przesłuchiwana przez policję, ponieważ nieświadomie kupiła za
pośrednictwem internetu konsolę do gry, pozbawioną przez poprzedniego
właściciela zabezpieczeń przed używaniem pirackich kopii. Posiadanie
takiego przerobionego urządzenia jest w Polsce przestępstwem zagrożonym
karą do roku pozbawienia wolności. Podłączone do sieci urządzenie samo
zameldowało u producenta, że dokonano w nim nielegalnych modyfikacji,
a ten z kolei złożył doniesienie na policji. Za pomocą internetu z
producentami łączy się większość oprogramowania zainstalowanego w
komputerach. Teoretycznie – by pobierać najnowsze aktualizacje (w tym
zabezpieczenia przed atakami z zewnątrz). W praktyce także po to, by
łatwiej było sprawdzać, czy użytkownik przestrzega zapisów umowy
licencyjnej.
Podobnie dzieje się podczas korzystania z innych
usług. –
Coraz więcej serwisów pozwala na darmowy dostęp do swoich stron dopiero
po założeniu konta i zalogowaniu się. Dzięki temu zbierają dane osobowe
użytkowników i uzyskują ich zgodę na posługiwanie się nimi – mówi
Jarosław Bartniczuk z firmy Niemczyk i Wspólnicy Interguard, zajmującej
się zabezpieczaniem informacji w sieci i poza nią.
Ten mechanizm
wykorzystują biura turystyczne, linie lotnicze, sklepy z odzieżą, a
nawet markety z żywnością.
Przemysł
inwigilacji
Według szacunków „The Wall Street
Journal" światowy przemysł inwigilacji
zarabia co roku ok. 5 mld dolarów. Na tę kwotę składają się przychody
firm produkujących urządzenia do podsłuchiwania i podglądania, ale także
– w coraz większym stopniu – producentów oprogramowania
ułatwiającego
śledzenie użytkowników globalnej sieci i firm oferujących tego rodzaju
usługi.
– Jest cała rzesza firm, które zajmują się
wyciąganiem z naszych
komputerów przeróżnych informacji za pomocą plików cookie, tzw.
ciasteczek. Dzięki nim mogą bardzo dokładnie poznać preferencje
poszczególnych użytkowników internetu i dopasować swoje reklamy do ich
profilu – mówi Katarzyna Szumielewicz z Fundacji Panoptykon. –
Jeśli
ujawniliśmy się z tym, że lubimy fantę i dajemy ogłoszenia na portalu z
branży cukierniczej, to na naszą pocztę zaczną przychodzić reklamy
napojów gazowanych albo producenta słodyczy.
Z jednej strony nikt
specjalnie nie ukrywa, że chodzi o skuteczność i obniżenie kosztów
dotarcia do klienta, z drugiej – o szczegółach nie chcą rozmawiać ani
wielkie korporacje, ani mniejsze firmy. – Internet jest jak dziki, gęsty
las. Poruszanie się po nim po omacku jest coraz trudniejsze. Dlatego
firmy chcą wskazać do siebie drogę potencjalnym klientom, ale najpierw
muszą ich zidentyfikować – mówi Marcin Pękałowski, doradzający firmom,
jak najlepiej zaprezentować się w sieci.
Jarosław Bartniczuk z
firmy
Niemczyk i Wspólnicy Interguard uważa, że nie ma co liczyć na to, iż uda
nam się normalnie funkcjonować – zarówno w internecie, jak
i w realnym życiu – bez pozostawiania elektronicznego śladu.
Musielibyśmy zrezygnować z wszelkich cywilizacyjnych udogodnień. Śledzą
nas bowiem bezustannie przeróżne urządzenia elektroniczne. Telefon
komórkowy pozwala nas zlokalizować w każdej chwili, a nawet sprawdzić,
gdzie byliśmy w dowolnym momencie w ciągu ostatnich dwóch lat. W
miastach nasze kroki śledzą wszechobecne kamery monitoringu. Dane o tym,
gdzie kupujemy i z jakich usług korzystamy, trafiają za pośrednictwem
terminali kart płatniczych do systemów bankowych. W internecie śledzony
jest nasz każdy ruch. – Kłopot polega nie na tym, że te dane są
gromadzone, lecz na tym, że nie są dostatecznie chronione i mogą dostać
się w niepowołane ręce – mówi Bartniczuk.
Wiosną zeszłego
roku w ręce
cyberprzestępców trafiło blisko 100 mln nazwisk, e-maili, adresów
zamieszkania, numerów telefonów i numerów kart kredytowych użytkowników
serwisów Sony PlayStation Network oraz Sony Online Entertainment. W 2008
r. wykradziono dane blisko połowy (17 mln) abonentów Deutsche Telekom. W
lipcu 2010 r. nastąpił wyciek danych z Facebooka. Wpadkę zaliczyła także
amerykańska firma Epsilon obsługująca bazy e-mailowe dziesiątek innych
instytucji i firm, w tym sieci hoteli Marriott, CitiBanku, Best Buy czy
US Bank. Podobne problemy miały w Polsce m.in. Allegro, Nasza Klasa,
Wykop.pl czy Filmweb. Z kradzieżą danych z kart kredytowych nagminnie
borykają się banki.
Zarówno Wiewiórowski, jak i Bartniczuk mówią,
że
informacje, które docierają do publicznej wiadomości, to jedynie
wierzchołek góry lodowej. Kradzieże tożsamości, podszywanie się,
skanowanie kart płatniczych czy włamania na konta bankowe to
codzienność. – Większość instytucji finansowych stara się usunąć szkodę,
zanim klient się zorientuje, że miało miejsce włamanie. Nawet ich o tym
nie informują. W tym świecie liczy się reputacja – mówi Bartniczuk.
O
własną reputację w sieci każdy z nas, zwykłych użytkowników internetu,
musi zadbać sam. Najprostsza porada brzmi: należy dokładnie czytać
regulaminy serwisów, do których się zapisujemy, i rozsądnie korzystać z
ich funkcjonalności. Jednak gorzka prawda jest taka, że z tego czytania
wiele nie wynika – internet nie zapomina nigdy.