W środę od rana w Sosnowcu mocno padało. I nagle,
gdzieś koło 13.00,
godzinę przed pogrzebem, śnieg ustał. Przez gęste, ciemne chmury
przebiło się słońce. Na moment. Dla Stanisławy z Będzina, emerytki, był
to znak, że Madzia jeszcze raz chce spojrzeć na świat. – Mam tylko
nadzieję – mówi Stanisława – że słońce i wzrok Madzi nie sięgają
tam,
gdzie przed światem ukryli tę kreaturę.
Dlaczego kreaturę?
Stanisława,
babcia trzech słodkich wnuków i jeszcze słodszej wnuczki, przeczytała w
jednym z tabloidów, że Katarzyna W. już w ciąży robiła wszystko, by
zabić Madzię. Wtedy jej się nie udało, dziecinka tak bardzo chciała żyć.
Z Będzina Stanisława ma dobre połączenie z Sosnowcem, za grosze. Więc
przyjechała na pogrzeb, by pożegnać tę dziecinkę. Nawet zdążyła tuż
przed ceremonią zjawić się w parku. Tak, przy tych ruinach, gdzie matka
zakopała swoje dziecko.
– Jaka tam z niej matka –
denerwuje się
Stanisława. Więc tam, przy ruinach, emerytka sięga do torebki i wyciąga
z niej kopertę. Wiesza kartkę z napisem „Mamusia cię już nie
skrzywdzi".
Kartka nie różni się wiele od pozostałych, zawieszonych między
przysypanymi już śniegiem portretami Madzi. Takich jak ta: „Jesteś
potworem”. A na kartce Stanisławy nie ma, że matka Madzi to potwór. Albo
że powinna zgnić. Bo zdaniem Stanisławy „zgnić” to za delikatne
słowo.
Powinna sczeznąć, natychmiast, tu i teraz.
Jeszcze w parku
(trzeba się
spieszyć, za chwilę pogrzeb) Stanisława zaśpiewa Madzi kawałek ulubionej
pieśni pogrzebowej: „W krainie życia będę widział Boga Pan jest łaskawy
i sprawiedliwy....". W tym samym parku, też jeszcze przed pogrzebem,
Krzysztof Markus Markiewicz, artysta iluzjonista, jak też – tak się
przynajmniej przedstawia – dziennikarz śledczy oraz podstawiony świadek
Krzysztofa Rutkowskiego (kłamał w słusznej sprawie, by wydobyć zeznania
od Katarzyny W.), ustawi się do zdjęcia fotografowi prasowemu. W ręce
weźmie złotą tabliczkę.
Na tabliczce napis kończący się słowami:
„Madziu, nie kochała Cię własna matka, pokochała Cię cała Polska".
–
Całą Polskę oszukała – irytuje się Edyta z Mysłowic. Mówi głośno, tupiąc
z zimna nogami. Tupie tak pod kościołem, obok męża (z papierosem w
ustach) i trzyletniej córeczki Nikoli (z kolejnym chipsem w ustach).
Przy cmentarzu, przy ulicy Smutnej w Sosnowcu. Msza pożegnalna już się
zaczęła. Z kościoła ledwo dochodzą słowa pierwszej pieśni: „Nie płaczże,
dziecino, nie płaczże już, nie. Nie, nie, nie, nie...”.
Dzidzia kaput
Nikola, trzy lata (z płaczem):
– Nie, nie, nie. Nikola do domu, do domu,
do domu... Ojciec Nikoli: – Czy ona zawsze musi marudzić? Nie chcesz
pożegnać dziewczynki, którą zabiła mamusia? Dzieci jest sporo. Okutanych
w czapki, szaliki, w wózkach, na rękach, na barana. Jednym jest zimno,
innym wesoło. Innym to i owo trzeba jeszcze wytłumaczyć. – Dzidzia
kaput, u Bozi – wyjaśnia babcia czerwonemu od mrozu wnuczkowi.
Emerytów
nie brakuje. Oprócz sprawy Madzi przeważają tematy medyczne i
polityczne. Paru wagarowiczów opowiada sobie kawał. O tym, jak dwóch
wariatów wyłowiło z rzeki trupa. – I odpuść nam nasze winy, jako i my
odpuszczamy... – to grupa modlitewna, aż z Wrocławia.
Wśród
niej
Barbara, matka dorosłych już bliźniaków, położna, która dziennie odbiera
nawet kilka porodów, więc doskonale wie, jaki to cud, kiedy na świecie
pojawia się nowe życie. – Nieraz miałam na rękach nieżywą istotkę, wiem,
jaka to tragedia dla matek – położna ma łzy w oczach. – A ona tak
sama,
własną ręką, własnemu dziecku odebrała tchnienie. Dla takich według
Barbary nie powinno być litości. Zasadniczo Barbara jest jednak
litościwa. Od 15 lat udziela się charytatywnie, zbiera datki na małych
Murzynków w Afryce. Sama doznała kiedyś wielkiego nieszczęścia – kiedy
miała osiem lat, zmarła jej matka. Ale to była prawdziwa mama, nie taka
jak Katarzyna W.
Są też studenci z Gdańska, Gdyni i Sopotu,
którzy
poznali się przez internet po tym, jak dwoje z nich ogłosiło w sieci, że
organizuje transport na pogrzeb Madzi. I szuka tych, którzy się dołożą
do benzyny. Jest coraz zimniej. Trochę więc z zimna, a trochę z nudów
student Tomek z Trójmiasta fotografuje się pod samochodem z napisem
„Rutkowski Patrol". Tomek jest fanem detektywa Krzysztofa
Rutkowskiego.
– Dobrze, że, k…, tak szybko rozpracował. A w kościele już po
Ofiarowaniu.
Wierni intonują kolejną pieśń: „Rzekłeś: Nie
może ze mną
być w niebie Kto nie chce dziecku podobnym być". Emeryci najchętniej
kręcą się pod kościołem. Z wyjątkiem pań z koła gospodyń wiejskich spod
Żywca, które wybrały pozycję przy bramie cmentarza, bo tam można
rozmawiać swobodnie. Pani w czapce z lisa: – Słów nie mam. Obdarłabym ją
ze skóry.
Pani w chuście: – Zobaczysz, Krysiu, jeszcze się będzie z nas śmiać, na
Hawajach. Pani w czapce: – To takie maleństwo było, a ona nim tak z
całej siły o próg. Boże, Ty widzisz i nie grzmisz.
Są jeszcze
spacerowicze. Potykając się o kolejne grobowce i kolejne ekipy
telewizyjne, zmierzają powoli (bo ślisko) w stronę grobowca, w którym
spocznie Magda. Zaglądają do dziury w ziemi. Wśród nich Edward z
Rybnika, emerytowany górnik. Wdowiec, bezdzietny. Przyjechał do
Sosnowca, bo w głowie mu się nie mieści, że jak już Bóg komuś dziecko
da, to ten nie doceni szczęścia. Toż to zbrodnia niebywała. Edward, przy
samej dziurze: – Pani widzi, ile tam śniegu? To się potem zamieni w
wodę! W wodzie będzie leżeć! Ewa, studentka marketingu z Katowic: –
Wcześniej leżała w śmieciach, to i tak lepiej... Mogę prosić, żeby mi
pan przy grobie zrobił zdjęcie? Tak, wiem, że rodzina prosiła, by
podczas nabożeństwa fotografii nie robić. Ale o cmentarzu przecież nie
było słowa. Aparaty fotograficzne, komórki cykają zdjęcie za zdjęciem. A
na mszy ludzie śpiewają: „Nadzieję naszą omdlałą wzbudź, Daj przetrwać
mężnie prób ciężki czas. O Jezu, pociesz nas".
Nie ręczę za siebie
Pod kościołem tłum zaczyna gęstnieć. Ktoś potem policzy, że przyszło
nawet półtora tysiąca osób. Śnieg wpada żałobnikom do oczu. Emeryt 1.: –
Jakbym ją zobaczył, jakbym ją dorwał...
Emerytka: – Ja bym
tu nie
przyszła, bo ja taka ciekawska jak inni nie jestem, tylko że znam
rodzinę ojca Madzi. Porządni ludzie. Tylko jak oni mogli pozwolić, by
syn ożenił się z taką szmatą? Sebastian przyjechał z Rudy Śląskiej, jest
elektrykiem i ojcem niespełna rocznej Wiktorii. Wiktoria to jego oczko w
głowie. Jak sobie czasem wieczorem pomyśli, że jego żona tak by mogła
najpierw rzucić dzieckiem, a potem je pod tymi kamieniami zakopać, to
nie może w nocy spać.
Ojciec Madzi też mu się nie podoba: –
Normalnie
nie wiem, czy jak wyjdą z tą trumną, to nie wyciągnę noża. Bo co, oni
uważają nas za idiotów? Że uwierzymy, że matka sama zabiła i zakopała
sama? Żona Sebastiana, Agata, na wychowawczym, na cały głos: – Dzwoniła
do mnie sąsiadka. Morderczynię zwolnili z więzienia! Sąd pozwolił jej
wyjść! Jak się tu zjawi, nie ręczę za siebie. Rzeczywiście, ok. godz.
13.00 pojawia się wiadomość, że Katarzynie W. uchylono areszt. Wychodzi
jednak na wolność dopiero kilka godzin później.
W każdym razie Sebastian i Agata zamówili za Madzię, w jednym z
kościołów w Sosnowcu, mszę. Za jej słodką duszyczkę, za to, by ta
duszyczka nie pamiętała ziemskiego cierpienia.
Na mszy
pogrzebowej
tymczasem, przy Smutnej, pieśń ostatnia, pożegnalna: „Chóry anielskie
niechaj cię podejmą...". Żałobnicy przed kościołem ustawiają się na
wcześniej wypatrzonych pozycjach. Jedni w szpalerze na chodniku, inni co
sił w nogach lecą na cmentarz, byle bliżej grobu. Kondukt z księdzem i
rodziną powoli schodzi po schodach. W tłumie robi się gorąco. Pojawiają
się oskarżenia, że biała trumna zbyt maleńka, że przypomina skrzynkę. –
Jak dla psa – komentuje ze złością w głosie pan w kowbojskim kapeluszu,
polonus, który właśnie przyleciał z Chicago, by odwiedzić rodzinę na
Śląsku.
Zanim orszak dotrze do grobu, prowadzący kondukt ksiądz
Andrzej
Domagała, proboszcz miejscowej parafii św. Tomasza Apostoła, rozpocznie
koronkę do Miłosierdzia Bożego. W końcu jest już 15.00, a to godzina
miłosierdzia. – Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie dla nas i
całego świata – zawtórują mu emeryci, Tomek z
Trójmiasta, koło gospodyń wiejskich i ojciec Nikoli, już bez papierosa.
Po drodze potrącą trębacza, który w jednej z alejek gra „Ave
Maria".
Małą Magdę włożą do grobu szybko, rodzina jakby rozpłynie się w
powietrzu. Jeszcze tylko ksiądz powie do żałobników: „Nie sądźcie,
abyście nie byli sądzeni". Nam już po pogrzebie doda, że nie było zbyt
wielu kapłanów chętnych, by pogrzeb Madzi poprowadzić.– Skorzystałem z
tego, chciałem ludziom coś powiedzieć, żeby do nich dotarło – mówi
proboszcz Domagała. I jeszcze pieśń ostatnia, nad grobem: „Do Ciebie
wołamy, wygnańcy, synowie Ewy. Do Ciebie wzdychamy, jęcząc i płacząc na
tym łez padole. Przeto, Orędowniczko nasza, one miłosierne oczy Twoje na
nas zwróć”. Potem już kwiaty, maskotki, zdjęcia, dużo zdjęć. I
przepychanie się w tłumie, złorzeczenia: gdzie się pan tak pcha?
Ludzie, czy wy to widzicie?
I nagle ktoś rzuca, że ona tu jest. Ukrywa się gdzieś za drzewami, komuś
jej postać przemknęła obok bramy. Już nie ma księdza ani rodziny. Jest
ruchomy cel. No nie do końca ruchomy, bo przecież może też siedzieć, np.
w samochodzie Rutkowskiego. A ten, choć już przecież po pogrzebie, nie
wiedzieć czemu, stoi jeszcze pod cmentarzem. No właśnie, po co? Więc
tłum osacza samochód, coraz gęściej, jak powietrze osacza śnieg. Coraz
mniej widać, coraz więcej słychać. – Wysiadaj, suko – krzyczy
Edyta,
kosmetyczka z Mysłowic, ta od męża, który dużo pali, ta od trzyletniej
Nikoli, która chce do domu. – Zabójczynię ukrywa, ludzie, czy wy to
widzicie?! – drze się wniebogłosy jej mąż. Jedni widzą, inni nie.
–
Wyciągnąć sukę! – wtóruje Edward, były górnik z Rybnika.
Studentka
marketingu z Katowic, Ewa, nie mówi nic. Robi zdjęcia. Rutkowski
odjeżdża. – To była chyba jakaś inna kobieta, na pewno – uspokaja
rozsierdzoną Edytę Eugenia, emerytka z Katowic. Emerytka dziwna jakaś.
Bo weszła do kościoła, modliła się w nim za Madzię, gdy było już w nim
prawie pusto. Bo nie używa słów: potwór, kreatura i morderczyni.
Eugenia opowiada za to ludziom historię. Oczywiście tylko tym, którzy
chcą jej wysłuchać. Ta historia zaczęła się dawno, bo grubo ponad pół
wieku temu, pod Babią Górą. Stamtąd właśnie Eugenia pochodzi. A było
tak, że w studni, w bardzo biednym domostwie, odnaleziono dziecko. To
był chłopczyk, nie tak mały jak Madzia, miał pięć lat. – Jego matkę
wsadzono za kratki, dla otoczenia jej wina nie budziła niczyich
wątpliwości. No bo dlaczego nie szukała pomocy, dlaczego nie zawiadomiła
nikogo, że zniknął jej synek? – wspomina emerytka z Panewnik.
– Kobietę
wsadzono do aresztu. Choć czasy były stalinowskie, nieludzkie, obywatele
byli tak wściekli, że podpalili areszt z matką. Zginęła w płomieniach.
Potem okazało się, że dziecko wpadło do studni samo. Widział to jeden z
sąsiadów, ale złożył zeznania za późno. – Jeszcze wiele lat po linczu
ludzie zadawali sobie pytania, dlaczego ta kobieta milczała, choć
zniknęło jej dziecko? Nigdy się tego nie dowiedzieliśmy, nie mogła już
tego wyjaśnić – mówi Eugenia. To może nawet nie jest jakaś bardzo
podobna historia do tej, o której mówi dziś cała Polska, ale przez to,
że od lat leży jej na sercu, starsza pani z Panewnik wybrała się na
pogrzeb do Sosnowca. Także dlatego, że czuje się chrześcijanką. – O ile
pamiętam, uczyli mnie, że należy miłować bliźniego – wyjaśnia. –
No i
kto pierwszy rzuci kamieniem...
Tyle że w Sosnowcu to w Eugenię rzucili
kamieniem. Kilka dni przed pogrzebem, pod murem, pod którym matka
zakopała ciało dziecka. Zaraz po tym jak po raz pierwszy w
rozgorączkowanym tłumie opowiedziała historię matki spod Babiej Góry.
Po ciebie wyjdzie litościwa Matka
A pod murem już pusto. Stoją przed nim tylko Damian i Marcin, dwóch
chłopców, którzy na pobliskiej górce zjeżdżali sobie po śniegu. – Ale
heca – śmieje się Damian. – Nigdy wcześniej nie widziałem tylu
maskotek
w śniegu. I tylu zniczy i kartek. Powoli, dukając, Damian odczytuje na
głos kolejne napisy.
Niektóre są trudne. Choćby ten, całkiem
nowy, ze
strofą pogrzebowej kościelnej pieśni: „Niech na spotkanie w progach Ojca
domu Po ciebie wyjdzie litościwa Matka...". Potem Damian przeczyta o
tym, że: matka nie kochała, zakopała i porzuciła. I że, tak przynajmniej
wyczyta z kartek, jest potworem. – Wszyscy jesteśmy potworami –
mówi
szeptem Eugenia. Cicho, żeby chłopcy nie słyszeli.
Współpraca: Daniel Markiewicz