Minister skarbu Mikołaj Budzanowski lubi dopilnować
wszystkiego
osobiście. Wiadomo, pańskie oko konia tuczy. Od czasu gdy zaczął
nadzorować państwowe spółki – najpierw od 2009 r. jako wiceminister, a w
nowym rządzie jako szef resortu – regularnie odwiedza miejsca, w których
powstają strategiczne dla Polski inwestycje.
Ostatnio oczkiem w
głowie
są projekty związane z gazem.– Na budowie Gazoportu w Świnoujściu staram
się bywać przynajmniej raz na półtora miesiąca – zwierza się i zapewnia,
że te gospodarskie wizyty przynoszą skutek. W końcu lepiej trzymać rekę
na pulsie – menedżerowie podobnie jak urzędnicy mają skłonność do
konfabulacji i nadmiernie optymistycznej oceny rzeczywistości. Zwłaszcza
kiedy przedstawiają ją swoim przełożonym.
– Czasami zapewniano mnie, że na budowie jest 400 robotników i wszystko
idzie zgodnie z planem, a kiedy się pojawiałem, okazywało się, że
pracuje ich nie więcej niż 150 – wspomina minister. I zapowiada tonem
przestrogi: – Podobnie zamierzam przyglądać się pracom przy odwiertach
gazu łupkowego, które już od marca ruszą w Lubocinie pod Wejherowem.
Odwiert nadziei
Lubocin to pierwsza z tzw. koncesji (wyznaczonych obszarów
poszukiwania), na której Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo parę
miesięcy temu dowierciło się do gazu łupkowego. Wykonano nawet wstępne
szczelinowania, czyli operacje kruszenia podziemnej skały za pomocą
wtłaczanego pod ciśnieniem specjalnego roztworu, by uwolnić uwięziony w
niej gaz. Okoliczni mieszkańcy opowiadają, jak wyglądały przygotowania
do wiercenia. Najpierw – głównie w nocy – przywieziono tony rur i
tajemnicze kontenery. Wzniesiono niewielką wieżę wiertniczą, przy której
za dnia uwijali się robotnicy. Potem pojawiły się zbiorniki –
prawdopodobnie z wodą i chemikaliami potrzebnymi do szczelinowania.
Po
paru miesiącach większość sprzętu wyjechała na inne miejsce wiercenia.
Resztę pokrył śnieg, który – wraz z samotnym ochroniarzem –
strzeże
tajemnic odwiertu przed wzrokiem ciekawskich. Wraz z wiosną na plac ma
jednak wrócić życie. PGNiG uważa, że Lubocin to dziś jeden z najbardziej
obiecujących odwiertów. Tyle że wciąż nie wiadomo, ile gazu znajduje się
pod ziemią i czy jego koncentracja w skałach jest tak wysoka, aby
przedsięwzięcie było ekonomicznie opłacalne. Aby to sprawdzić, trzeba
wywiercić jeszcze co najmniej 12 otworów.
Dopiero kiedy zacznie z nich
płynąć gaz pod odpowiednim ciśnieniem, będzie można przystąpić do jego
przemysłowego wydobycia. Może się okazać, że gazu będzie za mało, by
dało się go sensownie zagospodarować. Tymczasem tydzień temu państwowe
spółki z sektora elektroenergetycznego – Polska Grupa Energetyczna i
Tauron Polska Energia, wraz z miedziowym potentatem KGHM podpisały list
intencyjny z Polskim Górnictwem Naftowym i Gazownictwem, w którym
deklarują gotowość zaangażowania się w poszukiwanie gazu.
Przedstawiciele wszystkich spółek zgodnie twierdzą, że mają to zapisane
w swoich strategiach rozwoju, przyznają jednak, że dla każdej z nich to
dziedzina zupełnie nowa. – W strategii można zapisać wszystko, zwłaszcza
zaś w strategii państwowych spółek, odpowiedzialnych głównie przed
politykami – komentuje prof. WładysławMielczarski z Politechniki
Łódzkiej, jeden z naszych największych ekspertów w dziedzinie
energetyki. – Ale jeśli mają nadmiar gotówki, to lepiej, że się angażują
w poszukiwania gazu, niż gdyby miały ją przejadać lub wypłacać w postaci
dywidendy do budżetu państwa. Tyle że polska energetyka na nadmiar
gotówki nie może narzekać. Czekają ją inwestycje, które dla kraju mają
znaczenie wręcz cywilizacyjne.
Hazardziści
Tydzień
temu, podczas największych mrozów, padł kolejny rekord poboru
mocy. Gwałtowny wzrost zużycia prądu na dogrzewanie pomieszczeń
spowodował, że zapotrzebowanie sięgnęło 25 570 MW – najwięcej w historii
Polski. Pobiliśmy rekord ze stycznia 2010 r., kiedy potrzeba było ok.
100 MW mniej.
Rezerwa mocy w kraju spadła poniżej 10 proc. Zdaniem
energetyków to poziom ciągle jeszcze bezpieczny, ale gdyby w tym samym
czasie awarii uległ któryś z dużych bloków energetycznych, musielibyśmy
się liczyć z przerwami w dostawie prądu. Taka awaria wcześniej czy
później musi nastąpić. Większość elektrowni pamięta bowiem czasy Gierka
i jest u kresu swojego technologicznego życia. W nie lepszym stanie są
także sieci przesyłowe. Mieszkańcy wielu regionów kraju przekonali się o
tym zeszłej zimy, kiedy opady śniegu i gwałtowne zmiany temperatur
doprowadziły do wielu uciążliwych awarii.
Równie groźne są letnie
upały,
kiedy również rośnie zużycie energii, a sprawność sieci przesyłowych
spada. Prof. Mielczarski ocenia, że prądu zabraknie nam już za 3-4 lata.
Inwestycje ciągle są w powijakach, tymczasem nowy blok węglowy buduje
się nawet siedem lat, a gazowy przynajmniej trzy. – Wszystko zależy od
tego, w jakim tempie rozwijać się będzie gospodarka. W kryzysie
zapotrzebowanie na prąd nie będzie rosło. Jeśli jednak gospodarka będzie
się rozwijała w normalnym tempie, to prądu zabraknie – mówi Mielczarski.
Z pewnością nie zabraknie nam natomiast gazu. Według
odpowiedzialnej za
przesył tego paliwa spółki Gaz-System, z 70 mln m3, jakie w zimowym
szczycie dziennie zużywają Polacy, ok. 43 mln pochodzi z bieżącego
importu, 7,2 mln z wydobycia krajowego, a reszta to zapasy z magazynów,
w których sam tylko PGNiG zgromadził ponad 1,1 mld m3. Budowany jest
także świnoujski Gazoport, z jego ogromnymi mocami przeładunkowymi. W
tej sytuacji namawianie spółek energetycznych, by zamiast w swoją
podstawową działalność inwestowały w poszukiwania gazu, który nie
wiadomo, czy istnieje i czy jego wydobycie będzie się opłacać, zakrawa
na hazard. Minister skarbu Mikołaj Budzanowski zapewnia, że nie ma mowy
o ryzykanctwie. – Państwowe spółki mają się złożyć na ok. 500 mln zł,
które są potrzebne, by wykonać 12 próbnych odwiertów. Jeśli gazu nie
będzie, nikt nie będzie brnął w koszty – zapewnia minister.
Jednak
jednocześnie tłumaczy, że PGNiG nie może przeznaczyć wszystkich swoich
środków na poszukiwania gazu łupkowego, bo to źródło wciąż niepewne, a
przedsiębiorstwo musi kontynuować badanie i ekspolatację źródeł
konwencjonalnych błękitnego surowca, które są równie istotne dla
polskiej gospodarki. Chodzi więc – wyjaśnia – o takie rozłożenie
ryzyka,
by nie skupiać go w jednej spółce. Ale dlaczego właściwie kwoty 0,5 mld
zł koniecznej do wykonania 12 odwiertów nie może udźwignąć samo PGNiG,
którego zysk za 2010 r. przekroczył 2,4 mld zł, a wypłacona dywidenda
przekroczyła 700 mln zł? – Połączenie sił kilku firm pozwoli nam na
przyspieszenie poszukiwania gazu łupkowego – dodaje Budzanowski. –
Zależy nam na tym przede wszystkim dlatego, by w przyszłości uniknąć
dyktatu cenowego ze strony największych dostawców. Jestem przekonany, że
Polska nie musi kupować gazu po 500 dolarów za 1000 m3, podczas
gdy reszta Europy kupuje go taniej.
O co chodzi z tymi 500
dolarami?
Tyle – według analityków – płacimy za gaz rosyjskiemu Gazpromowi
(szczegóły kontraktu są objęte tajemnicą handlową). Posiadanie dużych
zasobów własnego gazu zdecydowanie poprawiłoby pozycję negocjacyjną
Polski w relacjach z rosyjskim gigantem.
Atom jak szybka kolej
Wraz z nową kadencją wiele dotychczasowych sztandarowych projektów rządu
odsunięto w bliżej nieokreśloną przyszłość. Najbardziej spektakularne
było wycofanie się z budowy kolei dużych prędkości. Z innych inwestycji
rezygnuje się po cichu. Wygląda na to, że dotyczy to także budowy
elektrowni jądrowej.
Radujące ekologów wieści o tym, że
mieszkańcy gminy
Mielno odrzucili w referendum jej lokalizację w Gąskach, nie mają
praktycznie żadnego znaczenia. Podobnie jak powołanie pełnomocnika rządu
ds. energetyki jądrowej czy trwające przetargi na inżyniera kontraktu i
doradcę prawnego przy budowie elektrowni. Dziesięć dni temu Polska Grupa
Energetyczna przedstawiła nową strategię, z której jasno wynika, że
pierwsza polska elektrownia jądrowa ruszy nie wcześniej niż w 2025 r.
(pierwotnie miała zacząć produkować prąd pięć lat wcześniej).
Jaki jest
powód odłożenia budowy? Oficjalny – urealnienie planów (cokolwiek to
znaczy). Nieoficjalny – pieniądze. Budowa elektrowni jądrowej to koszt
kilkudziesięciu miliardów złotych i już wcześniej nie było jasne, skąd
PGE ma je wziąć. Spółka rocznie osiąga ok. 5 mld zł zysku liczonego
łącznie z amortyzacją i przed opodatkowaniem. Zagraniczni inwestorzy nie
pchają się drzwiami i oknami, a z ewentualnego bankowego konsorcjum
można liczyć na góra 15 mld zł pożyczki. Pieniądze musiałby więc
ostatecznie wyłożyć budżet. A u ministra Rostowskiego w kasie raczej
pustki.
Na dodatek ekonomiczny sens budowy elektrowni jądrowej jest niepewny.
PGE szacuje koszt energii elektrycznej z elektrowni jądrowej na „65-68
euro za MWh, co uzasadnia budowę elektrowni w większości scenariuszy".
Ale nie brak takich „scenariuszy”, w których do prądu z atomu
trzeba by
dopłacać, zwłaszcza biorąc pod uwagę tysiąclecia, przez które trzeba by
składować setki ton zużytego paliwa. Tymczasem nawet bez budowania
własnej elektrowni jądrowej już niedługo możemy mieć nadmiar energii
elektrycznej pochodzącej z atomu.
Rosyjski konglomerat Rosatom,
który
przejął w królestwie Putina całość spraw związanych z
wykorzystaniem atomu dla celów cywilnych, buduje elektrownię jądrową w
obwodzie kaliningradzkim – tuż przy granicy z Litwą i kilkadziesiąt
kilometrów od Polski. Ma ruszyć w 2016 r. i mieć moc 2300 MW, a więc
znacznie więcej niż w przewidywalnej przyszłości może potrzebować
rosyjska enklawa. Produkowany tam prąd będzie trzeba eksportować. Dokąd?
Rosatom mówi o Skandynawii i Niemczech, ale tam na razie brak
zainteresowania. Zresztą najpierw trzeba by ogromnym kosztem położyć
odpowiednie podmorskie kable. Tak więc realni klienci to Polska i kraje
bałtyckie. Jednak Litwa wciąż przymierza się do budowy własnej
elektrowni jądrowej (po wycofaniu się z tej inwestycji PGE budowa ma
zostać zrealizowana przez trzy kraje bałtyckie). Energii może być więc
wkrótce nadmiar i kto będzie chciał, kupi ją sobie na rynku. Ten zaś
przynajmniej do 2019 r. będzie uzależniony od decyzji Unii
Europejskiej.
Co zrobi Unia?
Na razie w Polsce najtańszy wciąż jest prąd z elektrowni węglowych.
Kosztuje ok. 200 zł za MWh, pod warunkiem że nie liczy się opłat za
zanieczyszczanie środowiska. Z początkiem 2013 r. miał się skończyć
okres darmowych uprawnień unijnych do emisji zanieczyszczeń (głównie
dwutlenku węgla) – W Unii podniosły się jednak głosy, że to zagrozi
gospodarkom. W Polsce ponad 90 proc. energii jest wciąż wytwarzane z
węgla, a jedynie 6 proc. to tzw. energia zielona. Z powodu konieczności
kupowania uprawnień ceny energii wzrosłyby o jedną trzecią.
Przy
wsparciu nowych krajów członkowskich UE (i Francji, która liczyła na
zyski z planowanych u nas siłowni jądrowych) udało się nam wytargować,
że część uprawnień dla producentów energii będzie nadal rozdawana – z
roku na rok coraz mniej aż do zera w 2020 r. Szczegółów jednak wciąż
nikt nie zna. Na dodatek wciąż nie wiadomo, kiedy i na jakich zasadach
nastąpi pełne uwolnienie rynku energii w Polsce, a od tego zależy
rentowność inwestycji energetycznych
. Dlatego tak naprawdę pewne jest
jedno – że nic nie jest pewne. Rząd zamienił jeden hazard – czyli
budowę
elektrowni jądrowej przy braku pewności, czy to opłacalna inwestycja, na
drugi – poszukiwanie gazu, przy braku pewności, że ten gaz istnieje.
Możemy tylko trzymać kciuki za to, żeby okazało się, że decyzja była
właściwa.
Współpraca Ryszard Holzer