MICHAŁ MAJEWSKI I
PAWEŁ RESZKA: „Będziemy pod Pałacem Prezydenckim osobno, obok
inaugurującego kampanię prezydencką politycznego wiecu, do którego Prezes PiS
Jarosław Kaczyński sprowadza obchody rocznicy tragedii smoleńskiej". Tak
pan napisał na blogu. LUDWIK
DORN: Fakt.
Pod wpisem pojawiło
się wiele, oględnie mówiąc, nieprzychylnych komentarzy.
Prawda, ale
chyba nie warto się tym przejmować.
Po
tym wpisie nie bardzo mógł pan się pojawić 10 kwietnia wieczorem pod Pałacem
Prezydenckim. Nie miał pan z tym problemu?
Nie miałem. Rano byłem
na Krakowskim Przedmieściu, potem na Powązkach, potem w Białymstoku na grobie
Krzysztofa Putry.
Tyle że nie był pan ze wszystkimi.
Chodzi o to, że doszło do
utożsamienia walki o prawdę i pamięć o Smoleńsku z politycznym poparciem dla
zdobycia władzy przez Jarosława Kaczyńskiego. I to w ramach partyjnego monolitu.
W takim wypadku ja jestem poza tym monolitem. Solidarnej Polsce Jarosław
Kaczyński powiedział jasno: „Nie będziecie tam razem z nami, bo służycie
drugiej stronie". Ale nie mam z tym ani ludzkiego, ani politycznego
problemu. Problem jest gdzie indziej. Jarosław Kaczyński jest krytykowany za to,
że wykorzystuje rocznicę katastrofy, że gra trumnami. Taka krytyka wynika ze
słabości albo złej woli.
A co innego
zrobił prezes PiS?
W ciągu ostatnich dni wyłożył spójną, elegancką
intelektualnie koncepcję polityczną.
Na
czym ona polega?
Według Kaczyńskiego Polską rządzi konfederacja
zdrady narodowej, która ma ogromny wpływ na opinię polityczną. Wspierają ją
wiedzeni niskimi pobudkami sojusznicy Donalda Tuska i Adama Michnika, a także
pożyteczni idioci, w tym Solidarna Polska, ze szczególnym uwzględnieniem mnie.
Dopóki konfederacja zdrady narodowej rządzi, nic nie da się zrobić. Dlatego
najpierw należy ją rozbić. Wtedy będzie możliwe najważniejsze: dojście do prawdy
o katastrofie. A więc jedyną drogą do prawdy o Smoleńsku, do przywrócenia
elementarnego ładu moralnego jest zdobycie władzy przez PiS z Jarosławem
Kaczyńskim na czele. To nie jest koncepcja wariata, cynika. To jest spójna i
poważna koncepcja polityczna. Ma tylko tę wadę, że jest niesłuszna, i dlatego
jej nie popieram.
Dlaczego niesłuszna?
Nie sądzę, byśmy mieli do czynienia z konfederacją zdrady
narodowej. Raczej widzę głupotę, niekompetencję, tchórzostwo, oportunizm. Nie
podzielam oceny, że ośrodek decyzyjny ekipy rządzącej jest w Moskwie.
A Kaczyński w to wierzy?
Nie
chcę się wypowiadać o psychologii. To nie jest dobra metoda dla polityka.
Opisujmy sens słów i czynów politycznych.
Zna go pan od lat. Robiliście razem politykę. Słuchał pan jego wystąpień
10 kwietnia. On mówi bardziej jako polityk czy bardziej jako brat?
Nie sądzę, żeby można było to rozdzielić. To nie są cząstki, to jest
całość. I brat, i polityk.
Wróćmy do
koncepcji politycznej, którą pan odrzuca.
To jest koncepcja: kto
nie z nami, ten przeciw nam. Albo jesteś na wiecu i wznosisz okrzyk
„Jarosław! Jarosław!", albo – świadomie czy nie – służysz
drugiej stronie. W warunkach walki demokratycznej to metoda nieskuteczna. Zawęża
pole działania, możliwość pozyskiwania sojuszników.
Kaczyński tego nie rozumie?
W trakcie
wiecu 10 kwietnia mówił o zwycięstwie typu orbanowskiego. Odwołanie do przykładu
premiera Węgier i jego partii Fidesz nie było przypadkiem. To był wyłożony
wprost plan polityczny.
Viktor Orbán
wygrał wybory samodzielnie i w przytłaczający sposób. Ma większość
konstytucyjną. Jarosław Kaczyński też chce zgarnąć całą pulę?
Właśnie tak. Smoleńsk ma się w tej koncepcji stać tym, czym na Węgrzech
stały się słowa poprzednika Orbána, socjalistycznego premiera Ferenca
Gyurcsánya: „Spieprzyliśmy sprawę. Kłamaliśmy w dzień i w nocy".
Nagranie przeciekło do prasy. Był to szok dla całych Węgier, który doprowadził
do upadku rządu socjalistów. Kaczyński zakłada, że będzie podobnie. W polskim
przypadku to Smoleńsk ma być decydującym czynnikiem, który zdelegitymizuje
konfederację zdrady narodowej.
Tak się
stanie?
To jest jeden z istotnych błędów koncepcji Kaczyńskiego.
Nie sądzę, by możliwe było takie skupienie sił, by PiS rządziło samodzielnie.
Kwestia smoleńska nie stanie się tak masowo działającym czynnikiem jak słowa
Gyurcsánya na Węgrzech.
Dlaczego nie?
Smoleńsk ma w sobie potężny ładunek emocjonalny.
Tyle że reakcje
Polaków na katastrofę i na to, co było po niej, są bardzo zróżnicowane. Autorzy
koncepcji PiS nie wzięli tego pod uwagę. W tej koncepcji Smoleńsk jest
najważniejszą figurą symbolizującą niesprawność państwa. W ramach walki z
konfederacją zdrady narodowej prezes formułuje postulat polityki rewolucyjnej.
Zmieniamy wszystko, czyli wracamy do koncepcji IV RP? Dokładnie. IV RP właśnie
wróciła z niebytu. Prezes mówił o niej na ostatnim wiecu. Tyle że –
powtarzam – jego koncepcja nie jest dobrze zakorzeniona w rzeczywistości.
Czyli jednak emocje wzięły górę? Może raczej doświadczenie. Jeżeli ostatni grosz
postawiłem na jeden numer w ruletce w 2005 r. i wygrałem, to dlaczego ma to się
nie powtórzyć?
Kaczyński jest coraz
bardziej samotny. To już nie jest PiS na przykład z 2005 r. Wiele osób odeszło,
wiele zginęło w katastrofie. Z kim ma robić rewolucję, gruntowną przebudowę
państwa?
Powiem tak: w 2005 r. Polska solidarna walczyła przeciw Polsce
liberalnej. Wygrała solidarna i co z tego wyszło? Zyta Gilowska, jeden
najbardziej liberalnych ministrów finansów. A niby dlaczego teraz po tej
rewolucji – zaznaczmy, że demokratycznej, przeprowadzonej w ramach prawa
– miałoby być inaczej?
Tak
naprawdę mówi nam pan, że ten cały spójny, ładnie opowiedziany projekt
polityczny Kaczyńskiego, jeżeli go oskubać z ozdobników, sprowadza się do hasła:
„Chcę rządzić".
„Chcę rządzić, bo mamy do
czynienia ze skandalem moralnym. I tylko ja ten skandal moralny mogę
zlikwidować".
Czy jest grunt pod
rewolucję?
Według badań socjologicznych w drugiej połowie 2011 r.
Polacy byli jednym z najbardziej zadowolonych z życia społeczeństw w Europie. A
społeczeństwa zadowolone z życia nie robią rewolucji. Tylko że ten dobry czas
się kończy. Paskudny będzie rok 2013. Wejdą w życie niedobre dla gospodarki i
kieszeni Polaków skutki wprowadzania pakietu klimatycznego. Nie będzie wyborów,
czyli wentyla politycznego. Kontekst polityczno-społeczny wyborów w 2014 i 2015
r. może być zupełnie inny niż w latach 2010-2011. Czas zadowolonej z życia
większości Polaków mija.
Radykalizacja będzie narastać z powodu trudności gospodarczych.
Radykalizacja już postępuje. Byliśmy 10 kwietnia wieczorem przed Pałacem. Nie
widzieliśmy agresji, grozy, ale czuć było niesamowite napięcie w powietrzu.
Kilkadziesiąt metrów dalej była zupełnie inna Polska. Obie Polski obrzucają się
obelgami. Jedni krzyczą „oszołomy", „wariaci”, drudzy
wołają „zdrajcy”, „pachołki Moskwy”. Pytanie, czy to
jest niebezpieczne.
W jakim sensie?
Czy to się da posklejać, czy też coraz bardziej
będziemy dla siebie nieprzyjemni?
Pęknięcie jest i będzie trwałe.
We mnie jako polityku i człowieku tkwi wydarzenie, którego waga
społeczno-polityczna nie została doceniona.
Zabójstwo Marka Rosiaka?
I to, co się stało później. Okazało
się, że w ramach dominującego w Polsce nastroju istnieje licencja na zabijanie.
Nie mówię, że ktoś to pochwalał. Ale ton ocen był w stylu: stało się
nieszczęście, idziemy dalej. Wokół trumny Marka Rosiaka zapanowała cmentarna
cisza.
Czy ludzie mogą zacząć się
bić na ulicach albo wybijać kamieniami szyby w siedzibach partyjnych?
Nie chcę krakać. Wykluczyć tego nie można. Moim zdaniem nie ma tutaj
równoprawności stron. Nie twierdzę, że to Platforma zabiła Marka Rosiaka. Ale
pan C. zabił w imię politycznej nienawiści i nie był wariatem. Nie mogę
wykluczyć, że tego rodzaju incydenty mogą się pojawić. Ważne, by narastającą
wrogość przekształcić w nacechowany bardzo silną niechęcią dystans.
Niechętny dystans mieści się w normalnych
politycznych namiętnościach?
Tak. Nie plujemy sobie w twarz, ale
przechodzimy na swój widok drugą stronę ulicy.
To i tak dość straszne.
Apele o pojednanie, koniec wojny
polsko-polskiej są puste. Odwołują się do sentymentalizmu: taniego i
nieskutecznego. Długo nie dojdzie do tego, żebyśmy mijali się z uprzejmym
skinieniem głowy. Jednak sytuacja, gdy będziemy tylko odwracali głowę na swój
widok, jest możliwa. Przy spełnieniu pewnych warunków, co i tak będzie trudne,
bo nie ma do tego dobrego klimatu politycznego.
Fakt. Jarosław Kaczyński mówi o stronnictwie narodowej zdrady, mówi, że
był zamach i że ktoś z naszych władz mógł w tym maczać palce. Nic dziwnego, że
ludzie na widok przeciwnika politycznego będą mieli ochotę zamalować go w pysk.
Słowa o zdradzie i zamachu nie powinny paść. Z tym że drzwi do
ujawniania politycznych namiętności w sposób morderczy zostały uchylone
wcześniej i przez kogo innego. Trzymam się faktów. Byłem na pogrzebie Marka
Rosiaka. Obserwowałem ludzi, którzy przyglądali się konduktowi żałobnemu. Nie
było wrogości, ale był dystans, obcość i obojętność. Coś w rodzaju: „Nie
nasz pogrzeb".
Mówi pan, że trzeba
spełnić warunki żeby zahamować wrogość. Jakie?
Prawda i pamięć
– i te dwie sprawy nie leżą akurat w gestii Kaczyńskiego, tylko drugiej
strony. Jeśli chodzi o pamięć, sprawa jest prosta. Powinno się postawić pomnik
wszystkim ofiarom katastrofy w centralnym punkcie Warszawy. To złagodzi
konflikt.
Drugi warunek to prawda. Jaka
jest prawda o Smoleńsku?
Z prawdą jest gorzej. Obóz władzy,
premier, prezydent tyle w tej sprawie narozrabiali, że mają kłopot. Niezbyt mogą
i chcą przyznać się do błędów. Bez odebrania im władzy nie bardzo da się to
rozwikłać.
Właśnie tak mówi Kaczyński.
Ale używa języka, który nie pozwala do sprawy pozyskiwać
sojuszników. Zresztą błędem jest odwoływanie się do wiary czy poczucia w tej
sprawie. Jarosław Kaczyński mówi: „Mam poczucie, że zamordowano mi
brata". Tu raczej należy mówić o przesłankach, stopniu prawdopodobieństwa
czy pewności – a nie odczuciach.
Jaki
język pan proponuje?
Język „zdań obserwacyjnych".
Zamiast mówić o uczuciach („Mam poczucie, że zamordowano mi brata”)
albo wrażeniach („Wierzę, że to był zamach”), postawmy proste
pytanie, czy samolot uderzył w brzozę, czy nie.
A nie uderzył?
Pytam, czy pobrano próbki tego drzewa,
zbadano ślady, czy nie. Czy też eksperci w Polsce obejrzeli sobie zdjęcie brzozy
i na tej podstawie wyciągnęli wnioski? Byłem bardzo krytyczny wobec prac zespołu
Antoniego Macierewicza. Teraz mój krytycyzm uległ złagodzeniu, a pojawiło się
dużo uznania.
Co wzbudza w panu uznanie?
Przy wszystkich niezręcznościach, błędach, chwiejności,
produkowaniu serii niepowiązanych ze sobą hipotez to zespół i sam Macierewicz
mają niewątpliwą zasługę. Podtrzymywali przekonanie, że z badaniem katastrofy
przez Komisję Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego jest coś głęboko
nie w porządku.
Nie podobał się panu
raport komisji Millera?
Krytykowałem go, ale selektywnie, m.in.
sprawę zdjęcia winy z BOR czy zbyt mały nacisk na błędy popełnione po stronie
rosyjskiej. Jednak musiałem zmienić zdanie, kiedy okazało się, że Miller
stwierdził obecność gen. Andrzeja Błasika w kokpicie, choć nie było na to
dowodów. Komisja miała trzy ekspertyzy fonoskopijne i w żadnej z nich nie
rozpoznano głosu gen. Błasika. Tymczasem komisja stwierdza, że generał tam był,
i odczytuje jego wypowiedzi.
Stracił pan
zaufanie do ustaleń Millera?
Pytanie nasuwa się samo. Skoro komisja
stwierdziła, że nie było wybuchu, to chciałbym wiedzieć na jakiej podstawie. Są
ekspertyzy? Jakie ekspertyzy? Bo znam wypowiedź wiceprzewodniczącego Państwowej
Komisji Badania Wypadków Lotniczych Macieja Laska, że żadnych ekspertyz nie ma.
Żeby było jasne. Nie twierdzę, że był wybuch. Pytam, na jakiej podstawie
stwierdzono, że go nie było. Nie twierdzę, że nie było uderzenia w brzozę.
Pytam, jak ta hipoteza została zweryfikowana. Jest jeszcze jedna ciekawa rzecz,
o której się nie mówi. To, co się działo po Smoleńsku, skłania do wielkiego
namysłu nad aktywami rosyjskimi w Polsce. Skąd brały się np. wrzutki typu
„pokażemy, jak lądują debeściaki"? Albo to, że zaraz po śmierci
prezydenta na ziemi rosyjskiej padł na godzinę serwer MSZ. Przypadek?
Komisja Millera powinna wyłożyć wszystkie
ekspertyzy na stół? Zacząć pracę od nowa?
Jestem inicjatorem
projektu uchwały Sejmu o powołaniu komisji obywatelskiej o statusie komisji
śledczej. Bez udziału parlamentarzystów, ale z udziałem naukowców, fachowców z
NIK, z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. Nie stoi to w sprzeczności z
konstytucją, można taką komisję powołać specjalną ustawą. System polityczny w
tej sprawie się zatarł. Dlatego trzeba oddać głos naukowcom i ekspertom.
Koncepcja donkiszotowska. To się nie opłaca
ani PO, ani PiS.
Za takim pomysłem stoi rozeznanie
socjologiczno-polityczne. 12-20 proc. głęboko wierzy, że tragedia smoleńska to
wynik zamachu. Ludzi, którzy są głęboko przekonani, że sprawa nie została dobrze
wyjaśniona, jest o wiele więcej. Do nich można trafić.
Czy pan dziś mógłby sformułować pogląd, że gdyby
sytuacja w 36. pułku była inna, gdyby jednostka działała normalnie, to do
katastrofy by nie doszło?
Do niedawna tak sądziłem. Obecnie, po
zdezawuowaniu komisji Millera i gdy wiem, jak
wielkie są obszary niewiedzy,
uważam, że jest to hipoteza. Bardzo poważna, o dużym stopniu
prawdopodobieństwa, ale hipoteza. A to, co się działo w 36. pułku, było
skandalem. Poza dyskusją.