Inkę do „pracy" wozi jej chłopak. Weronika z
apartamentu, w którym
przyjmuje klientów, wraca do domu do męża i ośmioletniego syna. Liza ma
36 lat, dwie nieruchomości pod Warszawą i mieszkanie w centrum miasta.
Kaja jeździ drogim bmw. Wszystkie są luksusowymi prostytutkami, choć
wolą mówić o sobie dziewczyny do towarzystwa.
Na oficjalnej liście
zawodów Ministerstwa Pracy ich profesji nie ma, chociaż liczbę kobiet
żyjących z niej w Polsce policyjne statystyki szacują na 160 tys., a
działających agencji towarzyskich – na mniej więcej 15 tys. Twarde dane
na temat polskiego seksbiznesu nie istnieją. Ocenia się, że całość
przychodów z tego rodzaju działalności to u nas około 10 mld zł rocznie,
czyli opodatkowanie tych usług dałoby wpływy do budżetu na poziomie 2
mld zł. I ta kwota pobudza wyobraźnię polityków, którzy chcieliby ją
wyjąć z szarej strefy.
Prostytucja i miłość do syna Zdaniem Ireny
Dawid-Olczyk z La Strady to wstyd, że politycy koncentrują
się głównie na aspekcie ekonomicznym procederu. Bo prostytucja to
problem przede wszystkim społeczny. – Powinniśmy przestać udawać, że nie
ma jej jako kwestii społecznej, badać ten problem, wspierać organizacje
pomagające kobietom zmuszanym do pracy w tym biznesie, przeznaczać
pieniądze na projekty, które dekryminalizują prostytucję, a później
dopiero się zastanawiać, co z nią zrobić – mówi. Podkreśla, że kolejni
politycy mówiący o prawnym uregulowaniu problemu prostytucji, tak
naprawdę nie mają na to żadnego pomysłu. – Zalegalizujemy i
opodatkujemy. W porządku. Ale co dalej? Sprawdzanie dowodów klientów i
liczniki? Dziewczyny miałyby je mieć między nogami? – pyta Dawid-Olczyk.
Weroniki to nie interesuje. To, że jest nielegalna i że wykonuje
moralnie jednoznaczny zawód, w niczym jej nie przeszkadza. Zarabia i
nikt nie pyta jak. Nie umiera też ze strachu, że policja czy fiskus ją
zatrzymają, prześwietlą, ukarzą. Znalazłam ją przez serwis internetowy.
Ona i kilka innych ogłaszających się tam dziewczyn zaliczają się do tzw.
górnej półki. To dziewczyny do towarzystwa. Godzina z Weroniką kosztuje
500 zł. Gdy oglądam zdjęcia, nie mam wątpliwości, na czym to
„towarzystwo" polega.
Spotykamy się w jednej z
warszawskich restauracji. W rzeczywistości
wygląda bardziej jak pilna studentka niż trzydziestoletnia już luksusowa
prostytutka. Dżinsy, sportowa kurtka, okulary, warkoczyk. – Ojciec
informatyk, matka lekarz. Religijna, wręcz fanatycznie religijna
rodzina. Do tego ja. Skończona kosmetologia, więc dla nich chyba za mało
– opowiada. – Może dlatego, gdy cztery lata temu mąż stracił pracę
i
zostaliśmy bez pieniędzy, wypięli się na nas. Jak długi urosły,
ustaliliśmy, że to najlepszy sposób na odkucie się. Najpierw trafiłam do
agencji. Gdy szefowa zapytała, jak długo chcę u niej pracować,
odpowiedziałam, że góra trzy miesiące. Powiedziała: „Poczujesz pieniążki
i zobaczysz, wszystkie opory ci miną". I miała rację – mówi
Weronika.
Nigdy dotąd nie musiała się tłumaczyć z zarobków. – W sklepach nie
trzeba się spowiadać z pieniędzy. W bankach też nie. Regularnie wpłacam
pieniądze i nikogo nie obchodzi, jak je zdobyłam – mówi Weronika.
Prostytucja i politycy
Posłowie z Ruchu Palikota pracują nad ustawą legalizującą, a więc i
opodatkowującą prostytucję w Polsce. Wicemarszałek Sejmu Wanda Nowicka
zwraca uwagę także na inne korzyści. – Chodzi o to, by uznać, że praca w
seksbiznesie jest pracą jak każda inna. Żeby osoby trudniące się tym
mogły pobierać w legalny sposób dochody, mieć ubezpieczenie zdrowotne i
społeczne – wylicza.
Jak w każdej branży, także i w tej
widać wyraźną
stratyfikację. Od stojących przy ruchliwych szosach tzw. tirówek po
pracujące we własnych lub w wynajętych apartamentach eleganckie call
girl. Na pierwszy rzut oka różni je wszystko. Te pierwsze to zazwyczaj
ofiary przestępstw: uprowadzone, gwałcone, zmuszane do zarabiania na
mafijnych opiekunów. Te ostatnie robią to, bo to ich zdaniem łatwa kasa,
a wzrost społecznej akceptacji dla zjawiska eliminuje poczucie wstydu.
Pytam więc Inkę, kolejną „dziewczynę do towarzystwa", o koszty
własne? –
Ogromne. Wydaję mnóstwo pieniędzy, by dobrze wyglądać – mówi. Nie o
takich kosztach myślałam, ale Inka nie bardzo rozumie, o co mi chodzi.
Może woli nie rozumieć.
Prostytucja i zielone światło
Podkreślam: nie piszę o
kobietach zmuszanych do pracy własnym ciałem. To
ofiary przestępstw, więc sprawa dla policji i prokuratorów. Mówię o
dziewczynach, które robią to z własnej woli i często przy akceptacji
najbliższych. Dlaczego nie mają poczucia, że zarobkują w sposób
niewłaściwy, niemoralny? – Obecnie ta profesja jest traktowana z dużo
większą tolerancją aniżeli kilka lat temu. Nie jest to już coś tak
sensacyjnego i wstydliwego jak kiedyś. Nie tyle jest na to przyzwolenie
społeczne, ile większy luz, wręcz zielone światło na tego typu aktywność
– mówi prof. Zbigniew Lew-Starowicz.
Wielu Polaków,
zwłaszcza młodych,
uważa „to" za normalną usługę, a taki sposób zarobkowania za
zwyczajne
czerpanie korzyści z własnej pracy. Potwierdziło to badanie zrealizowane
przez prof. Jacka Kurzępę, dr Alicję Lisowską i dr Agnieszkę
Pierzchalską. Niemal co trzeci ankietowany przyznał, że zna takie osoby
i nie odczuwa z tego powodu zgorszenia, stawiał wręcz znak równości
między prostytucją a zwyczajną transakcją. Biznes to biznes.
Prostytucja i rodzina
Od Weroniki
wyszłam kompletnie oszołomiona. Dom, mąż, dziecko? Wkrótce
jednak przekonuję się, że to nic nadzwyczajnego. – Gros z nich ma
rodziny. To nie jest dla nich problem. Potrafią sobie emocjonalnie z tym
poradzić. Wiedzą, co zrobić, by ochronić dotychczas zdobyty status,
posiadanie męża i dziecka, a niekiedy nawet stałą, oficjalną pracę –
wyjaśnia seksuolog Stanisław Dulko.
Świetnie, jak twierdzi, radzi
sobie
z emocjami Inka, drobna, 24-letnia blondynka. W kwestii nowej pracy
dogadała się ze swoim chłopakiem. Po roku znajomości, gdy jemu nieźle
się powodziło, wzięli razem kredyty na mieszkanie, samochód. Nagle
jednak wszystko się zmieniło. Zostały tylko raty. Zdecydowali, że tak
najszybciej zarobią kasę, a w zasadzie ona zarobi. Bo jego udział
ogranicza się do wożenia Inki z pracy i do pracy. – Zdecydowałam się na
prywatkę [wynajmowane przez dziewczyny mieszkanie – red.], bo
wiedziałam, że tak można nieźle zarobić. I tak jest. Pieniądze
przyzwoite, a ani ja, ani Tomek nie mamy z tym problemu. Kochamy się i
planujemy wspólną przyszłość. Może kiedyś, gdy pojawi się dziecko,
zrezygnuję, ale to dopiero za kilka lat. A do tego czasu na pewno zdołam
sporo odłożyć – mówi.
A jest z czego. Godzina z nią kosztuje
800 zł, noc
4 tys.
Prostytucja i cień
Majka w ostatniej chwili zrezygnowała ze spotkania.
Twierdziła, że ma
wystarczająco dużo rzeczy na głowie i nie potrzeba jej kolejnych
kłopotów. – Jakich? – pytam. – Przecież wszystkie
twierdzicie, że nie
macie z tym problemów. Ani emocjonalnych, ani z akceptacją społeczną.
Nikt się was nie czepia. Majka chwilę milczy: – Wiesz, w tym zawodzie
może znaleźć się ktoś, kto zechce, żebym podzieliła się z nim zarobkami.
Takie rzeczy zdarzają się nie tylko tirówkom. A wtedy na pewno
przyjemnie nie będzie. Widziałam, jak wyglądały dziewczyny po
spotkaniach z takimi panami – mówi.
Czasami Kaja czuje się
jak towar,
jak kawał mięsa, ale nie chce o tym myśleć ani mówić. – Za to właśnie mi
płacą, żebym się nie zastanawiała za dużo i robiła swoje – rzuca szybko.
Jakoś też nie czuje się wielką damą przy swoich klientach. Bywa, że się
ich boi. – Zdarzają się gwałty, dziewczyny mówią o takich rzeczach, ale
co zrobić – ucina.
– Nie zawsze jest różowo. W
agencjach trzeba płacić
kolesiom z miasta. Zdarzają się też niemili klienci. Mnie raz jeden
wziął bez mojej woli, i to bez gumki. Trzy miesiące się po nim leczyłam.
No i pracować wtedy nie mogłam – opowiada Weronika. Ani ona, ani Inka
nie wiedzą też, kto odwiedzi ich na „prywatce". Są tam przecież
same.
Gdy coś się stanie, mogą liczyć tylko na to, że sprawcę zarejestruje
kamera ochrony. Ale wtedy będzie już po fakcie.
Prostytucja i ekonomia
Rynek
usług seksualnych jest nie tylko potencjalnie kryminogenny. W
przytłaczającej większości przypadków wpływy z tego procederu zasilają
mafijną kasę. Nie we wszystkich jednak przypadkach. W Polsce najstarszy
zawód świata wykon
ują również kobiety takie jak Weronika, Inka, Liza,
Majka czy Kaja, których nikt do tego nie zmusza.
Zarabiają dużo. Nawet 30 tys. zł miesięcznie, czyli znacznie więcej niż
poseł na Sejm. I nie widzą powodu, by swą działalność legalizować. Bo
jakie korzyści mogłyby z tego mieć? Emeryturę z ZUS? Ubezpieczenie
zdrowotne? Stać je na prywatne leczenie, a na starość mają z czego
odłożyć.
Prof. Zbigniew Izdebski w swojej pracy „Zachowania
seksualne
kobiet świadczących usługi seksualne" bierze pod lupę aspekt finansowy.
Z jego badań wynika, że w Polsce niezwykle łatwo jest prowadzić agencję
towarzyską. Bez problemu można ją zarejestrować, niekoniecznie podając
prawdziwą
jej funkcję. – Agencję zakłada się w ciągu kilkunastu minut. Wystarczy
wypełnić odręcznie odpowiedni wniosek i złożyć go w Wydziale
Działalności Gospodarczej Urzędu Miasta – pisze Izdebski. Właścicielem
może być każdy. Wymagany kapitał własny to opłaty skarbowe. Do tego
pełna dowolność w oficjalnym opisie agencji. Działalność
kulturalno-rozrywkowa czy świadczenie usług towarzyskich to najczęściej
podawane określenia rodzaju działalności, ale zdarzają się też takie
jak: taksówka osobowa, handel okrężny, hurtowy, mała gastronomia, a
nawet usługi stolarskie.
Prostytucja i ubogi student
Kaję dzięki pracy w
agencji stać na znacznie więcej niż jej
rówieśniczki. Na oko ma jakieś 20 lat. W rzeczywistości skończyła 27.
Ale nawet w tym wieku drogie bmw nie jest standardem, zwłaszcza dla
kogoś, kto właśnie robi doktorat z socjologii na UW. Choć niedawno
złapała niezłą pracę, w której ma zarabiać ok. 4 tys., to może jej być
trudno rozstać się z zawodem. Bo niełatwo zrezygnować z wielokrotności
tej kwoty, wyjazdów zagranicznych z bogatymi biznesmenami i bywania w
drogich lokalach i na ekskluzywnych przyjęciach.
– Byłam
kiedyś na
trzytygodniowym wyjeździe z kilkunastoma dziewczynami. Seks zdarzył się
tam tylko trzy razy, a i tak zarobiłyśmy po 16 tys. euro. Jeden dzień z
dziewczyną taką jak ja to nawet tysiąc euro. Rodzice mają gospodarstwo i
w życiu nie byłoby mnie stać na takie auto ani na wakacje na Bali. Ta
praca opłaciła też moje studia – mówi.
Jej klientami są
zarówno Polacy,
jak i obcokrajowcy. Biznesmeni, adwokaci, aktorzy, reżyserzy, sportowcy.
I znów niby wszystko świetnie, ale z jakiegoś powodu Kaja nabrała
wstrętu do bogatych mężczyzn. Zakochała się w zwykłym studencie UW,
który za jej towarzystwo płacić nie musi i którego na nią nigdy nie
byłoby stać. On oczywiście nie wie, skąd Kaja bierze pieniądze.
Polskie
prostytutki oficjalnie nie istnieją. I prawdopodobnie długo jeszcze
istnieć nie będą, bo politycy, poza chwytliwymi hasłami o legalizacji i
opodatkowaniu, wiele więcej na ten temat powiedzieć nie mogą. – Jeżeli
chce się przeprowadzić jakąkolwiek zmianę prawa, to się robi coś takiego
jak studium wykonalności, przeprowadza jakąś rozsądną analizę. Analizę
pokazującą, jak wpłynęłaby ona na rzeczywistość. Ruch Palikota nie jest
pierwszym mówiącym o legalizacji prostytucji. Wcześniej pytał nas o to
jeden z rzeczników praw obywatelskich. Jak się dowiedział, jak to
wygląda w innych krajach, pomysł zarzucił – mówi Irena Dawid-Olczak z La
Strady. Czy tak będzie i tym razem?
Weronice, Ince, Kai i Lizie
pomysły
legalizacyjne nie spędzają snu z powiek. Zanim cokolwiek w tej sprawie
się wydarzy, pewnie i tak zmarszczki w naturalny sposób usuną je z
rynku. W życiu ich koleżanek z „niższych półek" też przez najbliższe
lata nic się nie zmieni. Niestety, bo one pilnie potrzebują pomocy.
Tylko czy na pewno nie można się zająć ich losem bez odpowiedniej
ustawy? Może nad tym politycy i stróże porządku powinni się głębiej
zastanowić, niż tylko wywoływać wzbudzające rechot debaty, gdzie miano
by zainstalować kasy fiskalne prostytutkom.