Newsletter | Prenumerata | E-wydania | Mobile | RSS
Dołącz do nas:
Zobacz także:
Blogbox Infotuba.pl Gover.pl Pitbul
Tutaj jesteś: Strona główna | Tygodnik  Archiwum  Panienka, czyli ktoś, kto nie istnieje

Panienka, czyli ktoś, kto nie istnieje

Organizacje broniące praw kobiet chcą dekryminalizacji prostytucji. Politycy z Ruchu Palikota jej legalizacji i opodatkowania. A Inka, Weronika, Liza i Kaja? Uprawiają najstarszy zawód świata.
Inkę do „pracy" wozi jej chłopak. Weronika z apartamentu, w którym przyjmuje klientów, wraca do domu do męża i ośmioletniego syna. Liza ma 36 lat, dwie nieruchomości pod Warszawą i mieszkanie w centrum miasta. Kaja jeździ drogim bmw. Wszystkie są luksusowymi prostytutkami, choć wolą mówić o sobie dziewczyny do towarzystwa.

Na oficjalnej liście zawodów Ministerstwa Pracy ich profesji nie ma, chociaż liczbę kobiet żyjących z niej w Polsce policyjne statystyki szacują na 160 tys., a działających agencji towarzyskich – na mniej więcej 15 tys. Twarde dane na temat polskiego seksbiznesu nie istnieją. Ocenia się, że całość przychodów z tego rodzaju działalności to u nas około 10 mld zł rocznie, czyli opodatkowanie tych usług dałoby wpływy do budżetu na poziomie 2 mld zł. I ta kwota pobudza wyobraźnię polityków, którzy chcieliby ją wyjąć z szarej strefy.

Skocz do tekstu
REKLAMA

Prostytucja i miłość do syna

Zdaniem Ireny Dawid-Olczyk z La Strady to wstyd, że politycy koncentrują się głównie na aspekcie ekonomicznym procederu. Bo prostytucja to problem przede wszystkim społeczny. – Powinniśmy przestać udawać, że nie ma jej jako kwestii społecznej, badać ten problem, wspierać organizacje pomagające kobietom zmuszanym do pracy w tym biznesie, przeznaczać pieniądze na projekty, które dekryminalizują prostytucję, a później dopiero się zastanawiać, co z nią zrobić – mówi. Podkreśla, że kolejni politycy mówiący o prawnym uregulowaniu problemu prostytucji, tak naprawdę nie mają na to żadnego pomysłu. – Zalegalizujemy i opodatkujemy. W porządku. Ale co dalej? Sprawdzanie dowodów klientów i liczniki? Dziewczyny miałyby je mieć między nogami? – pyta Dawid-Olczyk.

Weroniki to nie interesuje. To, że jest nielegalna i że wykonuje moralnie jednoznaczny zawód, w niczym jej nie przeszkadza. Zarabia i nikt nie pyta jak. Nie umiera też ze strachu, że policja czy fiskus ją zatrzymają, prześwietlą, ukarzą. Znalazłam ją przez serwis internetowy. Ona i kilka innych ogłaszających się tam dziewczyn zaliczają się do tzw. górnej półki. To dziewczyny do towarzystwa. Godzina z Weroniką kosztuje 500 zł. Gdy oglądam zdjęcia, nie mam wątpliwości, na czym to „towarzystwo" polega.

Spotykamy się w jednej z warszawskich restauracji. W rzeczywistości wygląda bardziej jak pilna studentka niż trzydziestoletnia już luksusowa prostytutka. Dżinsy, sportowa kurtka, okulary, warkoczyk. – Ojciec informatyk, matka lekarz. Religijna, wręcz fanatycznie religijna rodzina. Do tego ja. Skończona kosmetologia, więc dla nich chyba za mało – opowiada. – Może dlatego, gdy cztery lata temu mąż stracił pracę i zostaliśmy bez pieniędzy, wypięli się na nas. Jak długi urosły, ustaliliśmy, że to najlepszy sposób na odkucie się. Najpierw trafiłam do agencji. Gdy szefowa zapytała, jak długo chcę u niej pracować, odpowiedziałam, że góra trzy miesiące. Powiedziała: „Poczujesz pieniążki i zobaczysz, wszystkie opory ci miną". I miała rację – mówi Weronika. Nigdy dotąd nie musiała się tłumaczyć z zarobków. – W sklepach nie trzeba się spowiadać z pieniędzy. W bankach też nie. Regularnie wpłacam pieniądze i nikogo nie obchodzi, jak je zdobyłam – mówi Weronika.

Podziel się

















Polecamy

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Dodatek
Wszystko o Finansach
Polecamy
Czytaj Wprost na Facebooku. Sprawdź aplikację już teraz !
Polecamy

Dodatkowe opcje wyszukiwania:
Serwis używa plików cookies, aby mógł lepiej spełniać Państwa oczekiwania. Podczas korzystania z serwisu pliki te są zapisywane w pamięci urządzenia. Zapisywanie plików cookies można zablokować, zmieniając ustawienia przeglądarki. zamknij
Więcej informacji w naszej Polityce prywatności