Nie ma nic bardziej upokarzającego od widoku ofiary cieszącej się z sukcesów swojego kata, a taką w gruncie rzeczy sytuacją jest uznawanie przez osoby deklarujące się jako socjaldemokraci 22 lipca za własne święto. Ów dzień przed 55 laty nie przyniósł niczego dobrego polskiej lewicy. Owszem, był momentem triumfu jej skrajnego, komunistycznego odłamu. Przez poprzednie ćwierć wieku wegetował on bez liczącego się poparcia i najmniejszej szansy na objęcie władzy. Dla komunistów więc zajęcie Polski przez Armię Czerwoną było jedyną okazją przejęcia rządów i urzeczywistnienia własnej wizji programowej. Skwapliwie z tego skorzystali, nie oglądając się na koszty płacone przez cały naród. Ceną komunistycznego sukcesu było odebranie Polsce suwerenności i całkowite podporządkowanie jej imperialnym interesom komunistycznej Rosji. Tysiące Polaków okupiły to prześladowaniami, wyrokami śmierci i wieloletniego więzienia. Brutalne represje spadły też na niepodległościowy, demokratyczny odłam polskiej lewicy. Polska Partia Socjalistyczna odgrywała ważną rolę w Polsce Podziemnej, a w końcu 1944 r. wręcz stanęła na jej czele. Lider PPS Kazimierz Pużak kierował pracami konspiracyjnego parlamentu - Rady Jedności Narodowej, a Tomasz Arciszewski był premierem Rządu RP na obczyźnie. Właśnie socjalistów komuniści prześladowali z wyjątkową zajadłością, chcąc zająć ich miejsce w środowiskach robotniczych. Wielu z nich trafiło do więzień, gdzie katowano ich ze szczególną brutalnością. Długą listę ofiar otwiera zamęczony w Rawiczu Kazimierz Pużak. Kiedy więc dzisiaj, po bolesnych doświadczeniach komunizmu, polska lewica wraca na europejski szlak demokratycznego socjalizmu, 22 lipca nie powinien być pisany czerwoną barwą w kalendarzu. Może to być najwyżej czerwona kartka w rozumieniu piłkarskim, oznaczającym brutalny faul, który wyklucza dalsze pozostawanie na boisku. Taka ocena nie ma nic wspólnego z negowaniem autentycznego dorobku milionów Polaków, w tym wielu członków PZPR, aktywnych w Polsce Ludowej. Nie mogli się oni przecież oddzielić od losu ojczyzny, skazanej w Jałcie na funkcjonowanie w obozie komunistycznym. Ich wysiłek zasługuje na szacunek, zawsze należny ciężkiej pracy świadczonej na rzecz swojego kraju. Uznania dla tego trudu nie wolno jednak zamieniać w pochwałę tragicznej karty dziejowej, odwracającej się 22 lipca. Wzorem wieku XIX ceńmy pracę organiczną, ale nie świętujmy utraty wolności.
Czerwona kartka
Nie ma nic bardziej upokarzającego od widoku ofiary
cieszącej się z sukcesów swojego kata, a taką w gruncie rzeczy sytuacją
jest uznawanie przez osoby deklarujące się jako socjaldemokraci 22 lipca za
własne święto. Ów dzień przed 55 laty nie przyniósł niczego
dobrego polskiej lewicy. Owszem, był momentem triumfu jej skrajnego,
komunistycznego odłamu. Przez poprzednie ćwierć wieku wegetował on bez liczącego
się poparcia i najmniejszej szansy na objęcie władzy. Dla komunistów więc
zajęcie Polski przez Armię Czerwoną było jedyną okazją przejęcia rządów i
urzeczywistnienia własnej wizji programowej. Skwapliwie z tego skorzystali, nie
oglądając się na koszty płacone przez cały naród. Ceną komunistycznego
sukcesu było odebranie Polsce suwerenności i całkowite podporządkowanie jej
imperialnym interesom komunistycznej Rosji. Tysiące Polaków okupiły to
prześladowaniami, wyrokami śmierci i wieloletniego więzienia. Brutalne represje
spadły też na niepodległościowy, demokratyczny odłam polskiej lewicy. Polska
Partia Socjalistyczna odgrywała ważną rolę w Polsce Podziemnej, a w końcu 1944
r. wręcz stanęła na jej czele. Lider PPS Kazimierz Pużak kierował pracami
konspiracyjnego parlamentu - Rady Jedności Narodowej, a Tomasz Arciszewski był
premierem Rządu RP na obczyźnie. Właśnie socjalistów komuniści
prześladowali z wyjątkową zajadłością, chcąc zająć ich miejsce w środowiskach
robotniczych. Wielu z nich trafiło do więzień, gdzie katowano ich ze
szczególną brutalnością. Długą listę ofiar otwiera zamęczony w Rawiczu
Kazimierz Pużak. Kiedy więc dzisiaj, po bolesnych doświadczeniach komunizmu,
polska lewica wraca na europejski szlak demokratycznego socjalizmu, 22 lipca nie
powinien być pisany czerwoną barwą w kalendarzu. Może to być najwyżej czerwona
kartka w rozumieniu piłkarskim, oznaczającym brutalny faul, który
wyklucza dalsze pozostawanie na boisku. Taka ocena nie ma nic wspólnego z
negowaniem autentycznego dorobku milionów Polaków, w tym wielu
członków PZPR, aktywnych w Polsce Ludowej. Nie mogli się oni przecież
oddzielić od losu ojczyzny, skazanej w Jałcie na funkcjonowanie w obozie
komunistycznym. Ich wysiłek zasługuje na szacunek, zawsze należny ciężkiej pracy
świadczonej na rzecz swojego kraju. Uznania dla tego trudu nie wolno jednak
zamieniać w pochwałę tragicznej karty dziejowej, odwracającej się 22 lipca.
Wzorem wieku XIX ceńmy pracę organiczną, ale nie świętujmy utraty wolności.