Arystokraci III RP

Arystokraci III RP

Dodano:   /  Zmieniono: 
Potomkowie polskich książąt i hrabiów trzymają się razem

Czym różnią się arystokraci starszego pokolenia, skazani na PRL, od młodych? W czym są do siebie podobni? Jak się rozpoznają? Żyją w całkowicie odmiennych światach, ale jednym i drugim wpajano te same wartości.
- W tamtych czasach wychowywaliśmy nasze dzieci według zasad, które sami wynieśliśmy z domu: poszanowania dla tradycji, rodziny, innych ludzi. Nie przywiązywaliśmy zbytniej wagi do rzeczy. W PRL była to dla nas cnota konieczna - opowiada Natalia Sobańska, dziś na emeryturze. - Rodzice byli pracownikami naukowymi PAN, mieszkaliśmy w bloku na 60 metrach - mówi 29-letnia Anna Donimirska. - Pokazali mi, że najważniejsze w życiu są Bóg, honor i ojczyzna. To właśnie dzięki ich lekcjom od razu wiedziałam, według jakiej hierarchii uporządkować swoje życie. Te same wartości staram się przekazać moim trzem synom.
Gdy młodzi arystokraci porównują się do pokolenia swoich rodziców czy dziadków, najczęściej wypada ono na ich niekorzyść. 25-letnią Weronikę Łubieńską drażnią młodzi ludzie z jej środowiska: - Mam wrażenie, że starsze pokolenie lepiej zdało egzamin. Paradoksalnie dlatego, że mieli cięższe życie, że ich w PRL gnębiono. Być arystokratą znaczyło w pewnym sensie być wytrwałym. Dziś arystokraci zrozumieli, że dzięki swojemu pochodzeniu mogą się dowartościować, i korzystają z tego bez umiaru. - Nasi dziadkowie mieszkali i wychowywali się w swoich dobrach. Młode pokolenie zna te sprawy już tylko z opowiadań, to są dla nich rzeczy abstrakcyjne. Dlatego są arystokratami głównie z nazwy - przekonuje Marta Deskur.
Młodzi zachowali kody kulturowe właściwe swojej klasie. Poznają się po drobnych rzeczach (choć tak naprawdę nie muszą się poznawać, bo i tak niemal wszyscy się znają): obrączce noszonej zawsze na lewej ręce, mówieniu "moja żona przyszła", podczas gdy w języku polskim wystarczyłoby "moja żona" (wpływ francuszczyzny przeważył). Wracają do łask także martwe do niedawna tradycje. Weronika Łubieńska opowiada, że kiedy kupowała kamienie do zaręczynowego pierścionka w firmie jubilerskiej, dowiedziała się, że ogromnym wzięciem cieszą się dziś sygnety z herbem.
Nobilituje przynależność do Związku Kawalerów Maltańskich. Przyjęto do niego ok. 150 Polaków. Kandydat musi mieć czterech wprowadzających, być wyznania rzymskokatolickiego, odznaczać się nienaganną opinią - osoby żyjące w konkubinacie i rozwodnicy nie są przyjmowani. - Maltańczycy demokratyzują się. W zakonie nadal istnieją kategorie szlacheckie, ale są też nieszlacheckie - co nie oznacza gorsze. Na przykład wielkim szpitalnikiem jest pan doktor Moczurat, a już samo ucho pokazuje, że nie spełnia on obowiązujących niegdyś reguł - uśmiecha się Marian Wolski, ekspert genealogiczno-heraldyczny zakonu. Zakon zajmuje się przede wszystkim działalnością charytatywną. - Niemieccy maltańczycy bardzo pomogli nam w czasie powodzi - mówi Jan Lubomirski.
Czy arystokraci nadal używają swych tytułów? - Prawie zawsze tytuły pomijamy. Wyjątkiem jest korespondencja z dworami panującymi oraz wizytówki Zakonu Kawalerów Maltańskich - wyjaśnia Jan Lubomirski. Znajomi ze studiów młodych arystokratów często nawet nie zdają sobie sprawy, że mają do czynienia z księciem czy hrabią. Tomasza Ostrowskiego "przyłapano" dopiero wtedy, gdy w szkole pojawił się dziadek: - Chodziłem wtedy do liceum. Na tablicy wywieszono ogłoszenie, że jedną ze szkolnych nagród przyznano... i tu nazwisko mojego dziadka wraz z tytułem. Przyszedł potem do mojej klasy i wszyscy się zachwycali, że taki wspaniały, dystyngowany starszy pan. Nie można wrzucać do jednego worka dzieci "znanych ludzi" i dzieci z rodzin arystokratycznych. W pierwszym wypadku wszyscy porównują cię z twoim ojcem, w drugim najczęściej nie wiedzą, kim on jest.
W Krakowie działają instytucje, do których zwykło się posyłać dzieci z rodzin arystokratycznych: przedszkole sióstr urszulanek czy liceum ojców pijarów. Nie są one jednak ani zastrzeżone wyłącznie dla ludzi z "wyższych sfer", ani dla nich przymusowe. - Najstarszego z moich synów, Stefana, posłałam do "zerówki" na wsi, w Korzkwi. Byłam wcześniej na spotkaniu z panią prowadzącą zajęcia i spodobało mi się - opowiada Anna Donimirska.
Potomkowie arystokracji trzymają się razem. - Dzieci od trzydziestu lat wyjeżdżają na zimowiska w okolice Bukowiny Tatrzańskiej. Główną atrakcję stanowią tam popołudniowe lekcje walca prowadzone przez dziadków - tłumaczy Antoni Potocki. Środowisko słynie też z uczestnictwa w "imprezach obowiązkowych", takich jak choćby arystokratyczno-ziemiański bal sylwestrowy w pałacu Pod Baranami czy przyjęcia organizowane przez Zakon Kawalerów Maltańskich, na przykład bal charytatywny na rzecz budowanego na krakowskiej Woli Justowskiej przedszkola i ośrodka dla dzieci niepełnosprawnych. Swą pomoc i udział zapowiedzieli m.in. Anuncjata de Boubron i książę belgijski Filip. - Chodzimy z mężem na bale charytatywne. Nauczono mnie, że należy wspierać finansowo innych - mówi Anna Donimirska. - Dziś większą pomocą jest jednak tworzenie miejsc pracy w naszych firmach, co daje możliwość utrzymania całych rodzin.
Ze słownika współczesnej polskiej arystokracji zniknęło pojęcie mezaliansu. - Nie ma już obowiązku ożenku w obrębie własnej sfery czy co najmniej sfery ziemiańskiej, czego jestem doskonałym przykładem - mówi Antoni Potocki. - Ale takie małżeństwa są bardzo częste. Nieustannie się spotykamy, a ponieważ każdy z nas zna po kilkaset osób ze "środowiska", ma w czym wybierać.
- Nie jestem fanką "środowiskowych" imprez, choć czasem w nich uczestniczę w Krakowie czy Warszawie - przyznaje Maria Deskur. - Z naszą sferą jest ten kłopot, że już nie bardzo wiadomo, kto do niej należy, a kto nie. Próbuje się ją odtworzyć w sposób sztuczny.
Arystokraci średniego i młodszego pokolenia najczęściej należą do polskiej middle class. Henryk Sobański prowadzi firmę handlującą sprzętem medycznym. Antoni Potocki ma firmę konsultingową, obsługującą przede wszystkim Francuzów: Carrefour, EDF, Canal Plus. Dominik Rostworowski we własnej kamienicy otworzył galerię malarstwa. Wybierają zawody, w których można spożytkować to, co potrafią najlepiej: obracać się wśród ludzi, nawiązywać kontakty, wykorzystywać znajomości, dane im przecież od urodzenia. Zdarzają się wszakże i zajęcia mniej typowe. Dorota Lepkowska, wywodząca się z rodu Czartoryskich, na początku stanu wojennego przeniosła się na wieś - do Gotek w pobliżu Olsztyna. Zaczynała dosłownie od zera: doiła krowy, w jej domu nie było okien, a dzieci dostawały na obiad gotowaną pszenicę. Dziś ma dobrze prosperujące gospodarstwo ekologiczne - wynajmuje szkołom "pokoje z obiadem". We wsi traktują ją z szacunkiem przemieszanym z lękiem: nikt nie chce mówić na temat "księżnej Czartoryskiej".
Ci, którzy odzyskali kamienice - a właściwie odzyskali prawo do rozporządzania nimi, bo formalnego tytułu własności w PRL pozbawiano dość rzadko - czerpią zyski z lokali użytkowych. Jerzy Donimirski wszedł do kompletnie zrujnowanego pałacu Pugetów na przełomie lat 80. i 90. Dosłownie w ostatniej chwili - właśnie miała się tam wprowadzić szkoła muzyczna. - Postanowiłem, że nie oddam własności mojej rodziny - wspomina Donimirski. Na początku pracował sam wraz z dwoma robotnikami, bo na więcej nie było pieniędzy. Dziś pałac Pugetów to jedna z najbardziej ekskluzywnych przestrzeni biurowych w mieście. - Pracujemy bardzo dużo - dodaje Anna Donimirska - Staramy się odkrywać nowe dla nas obszary: remonty zabytkowych obiektów, kreowanie nowych powierzchni biurowych, niedługo otwieramy hotel.
Ostatni projekt ustawy reprywatyzacyjnej mówi o zwrocie 50 proc. wartości znacjonalizowanych dóbr w bonach, jednak potomkowie arystokracji wątpią, czy ustawa reprywatyzacyjna, nawet w okrojonym kształcie, wejdzie w życie. - Jestem od lat aktywnym działaczem Unii Wolności - mówi Antoni Potocki. - Lobbuję na rzecz reprywatyzacji, ostatnio spotkałem się w tej sprawie z przedstawicielami rządu. Zostałem bardzo ciepło przyjęty. Ale nie łudzę się. Mimo wcześniejszych obietnic, rząd AWS-UW nic w tej sprawie nie zrobił.
Wybór Anny Donimirskiej był inny: - Jestem z Gdańska. Już jako dziecko uczestniczyłam w patriotycznych manifestacjach i mszach u św. Brygidy. Ideały "Solidarności" i AWS są bliskie memu sercu. Tak właśnie wyglądają sympatie polityczne środowiska - jedni głosują na UW, drudzy wspierają AWS. Gdy wspomnieć o SLD, od razu wybucha gromki śmiech - oznaka niechęci z wyczuwalną szczyptą autoironii. Jeszcze większą niechęć wzbudza PSL - ze względu na najtwardsze stanowisko w sprawach reprywatyzacyjnych.
Najważniejszą tendencją w kręgu polskiej arystokracji są powroty młodych ludzi do kraju z przymusowej emigracji. - Nie mam dzieci. Największą satysfakcję odczuwam wówczas, gdy uda mi się skłonić kogoś z moich urodzonych już na obczyźnie krewniaków do przyjazdu do Polski na stałe - mówi Aniela Duninowa. - Tu jest ich miejsce. I kraj ich potrzebuje. Najczęściej są to ludzie przedsiębiorczy, świetnie wyszkoleni.
Stefan Potocki ma 34 lata. Polskie obywatelstwo uzyskał kilka miesięcy temu. Jego rodzice poznali się w Brazylii podczas wojny. Potem wyjechali do Montrealu - ojciec pracował w agencji turystycznej, sprzedawał package tours. Postanowił wrócić do Polski zaraz po upadku komunizmu. Na początku nie wiedział, czy na stałe. - Dorastałem w Ameryce. Co prawda w domu mówiłem po polsku, ale tak naprawdę Europa była dla mnie nieco obca, zwłaszcza Europa Środkowa. Dlatego postanowiłem rozpocząć od etapu pośredniego: od pobytu i pracy w Paryżu. Wychowałem się przecież w Quebecu - opowiada Stefan Potocki. Zaczął pracować w centrali L'Oreal. Po pewnym czasie uzyskał przeniesienie do biura w Polsce. - Pracowałem jako dyrektor produkcji w fabryce w Pruszkowie, a kiedy moja polska misja dobiegła końca i L'Oreal wysłał mnie z powrotem do Francji, powiedziałem "nie" - wspomina Potocki. Założył własną firmę specjalizującą się w imporcie kwiatów z Maroka, Wenezueli, Ekwadoru. Pytany, dlaczego postanowił zostać w Polsce na stałe, odpowiada: - Nie tylko dlatego, że Polska jest dziś krajem ogromnych możliwości. Najważniejsze jest coś innego - wpojono mi poszanowanie dla rodziny: nieważne, jak dużo bym pracował, zawsze staram się przynajmniej jeden dzień w tygodniu spędzić z krewnymi. W Ameryce takie podejście do sprawy jest dziś niesłychanie rzadkie. W Polsce rodzinę nadal bardzo się szanuje. I to mnie właśnie urzekło.


Zdjęcia: Artur Pawłowski

Więcej możesz przeczytać w 11/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.