Raporty Wprost
Raport Wprost - Rząd na trójkę
Raport Wprost - Mur berliński
Raport Wprost - Afera z hazardem w tle
Raport Wprost - Mit bezpłatnej edukacji
Raport Wprost - Nowa grypa atakuje
Index Wartość Zmiana
WIG 28848.8 +2.03%wzrost
WIG20 1805.5 +3.19%wzrost
TECH 797.7 +0.29%wzrost
MWIG40 1677.3 +2.09%wzrost
SWIG80 8586.5 +1.83%wzrost
Kulturalne faux pas
Czwartek, 19 listopada 2009

Film „2012”. Niech żyje patos!

Jeśli we współczesnym kinie bez przeszkód funkcjonuje europejski kicz, dlaczego nie miałoby być miejsca na amerykański patos?

Poszedłem z dziećmi do kina. Po naradzie wybraliśmy film Rolanda Emmericha „2012”. Całkiem udany obraz katastroficzny z zapierającymi dech w piersiach efektami specjalnymi. Oczywiście, bez głębszego przesłania, ale tego akurat nie oczekiwałem. Naturalnym kontekstem dla opowieści o dniach ostatecznych musiałaby być Apokalipsa św. Jana, względnie chrześcijańska eschatologia, czyli coś, co nie ma prawa bytu w filmowych superprodukcjach. Zwłaszcza, jeśli reżyser jest zdeklarowanym gejem.

Emmerichowi należą się brawa za rozmach, z jakim przedstawił walące się miasta, i zbudowanie odpowiedniej atmosfery. Odpowiedniej, czyli podniosłej, budzącej grozę, miejscami patetycznej. Trudno sobie wyobrazić, żeby koniec świata dokonywał się w poetyce Monty Pythona. A jednak to właśnie ten patos spowodował, że film „2012” zebrał w polskiej prasie miażdżące recenzje. Zarzucano mu epatowanie patetyczną muzyką, typowo amerykańskie efekciarstwo i przewidywalność.

Najwyraźniej recenzenci woleliby, żeby podobny film nie powstał w Hollywood, tylko na przykład we Francji. Wtedy otrzymaliby swoją wymarzoną głębię, opartą na egzaltowanej „poetyckości”, tanim psychologizmie, antyklerykalizmie i pretensjonalnej erotyce. Powstałby obraz równie przewidywalny, ale za to szalenie „ambitny”. Założę się, że podobny do filmu „Joanna d’Arc”, w którym Luc Besson zamiast przedstawić heroizm świętej, poddał ją psychoanalizie.

„2012” z pewnością nie jest szczytowym osiągnięciem Emmericha. Znacznie lepiej udawało mu się sterować emocjami widza w „Patriocie” z Melem Gibsonem w roli głównej. Ale też film o końcu świata miał być przede wszystkim pokazem efektów specjalnych. A jako taki sprawdza się znakomicie.

Jeśli we współczesnym kinie bez przeszkód funkcjonuje europejski kicz w wydaniu Jeuneta czy Almodóvara, dlaczego nie miałoby być miejsca na amerykański patos? Czy podniosły styl sam w sobie nie mieści się w granicach sztuki? Tak uważa pewnie większość krytyków. W naszym zinfantylizowanym świecie wciąż są jednak wydarzenia, wobec których człowiek nie może przejść z głupawym śmiechem na ustach. A jeśli patos bywa częścią życia, ma prawo być również elementem sztuki. Szkoda, że niektórzy muszą stanąć w obliczu prawdziwego, osobistego kataklizmu, żeby to zrozumieć.


Skomentuj >>

[ 4 komentarze ]




POLECAMY

 
Kampania Wprost - Pokonać Ból
Easygo