Whitney

Whitney

Dodano:   /  Zmieniono: 
YaYa DaCosta jako Whitney Houston
YaYa DaCosta jako Whitney Houston / Źródło: Jack Zeman / Lifetime (2014)
Ponad dwieście milionów sprzedanych płyt, czternaście tygodni na liście Billboardu, album pokryty siedemnastokrotną platyną i jedna nieudana biografia. Oglądanie „Whitney” wzbudza smutek – nie z powodu losów piosenkarki, ale rozczarowującego przedstawienia historii.

Z ponad dwudziestopięcioletniej kariery pełnej nagród, skandali, bólu, międzynarodowego sukcesu i odwyków narkotykowych scenarzysta Shem Bitterman wybrał jedynie sześć lat – pierwszych sześć lat burzliwego związku z Bobbym Brownem. Opowieść o czarnoskórej kobiecie, która podbiła zdominowany przez białych artystów rynek muzyczny, która przetarła szlaki dla takich gwiazd jakBeyoncé, Janet Jackson czy Rihanna, została brutalnie spłycona do schematycznego romansidła. W konsekwencji wyszedł . Równie banalny, co poprzednie zdanie.

Mimo wszystko początek tego nie zapowiada. Pierwsze minuty filmu zmieniają pogląd na związek głównych bohaterów – w masowej świadomości istniejący jako ten, w którym księżniczka została wciągnięta w świat narkotyków przez drania z blokowiska. Obraz pokazuje zupełnie inną wersję wydarzeń, zgodnie z którą to Whitney nie potrafiła odstawić wszelkiego rodzaju używek, a grzeczny Bobby z czasem jej uległ.

Bitterman zapewnia, że pracował na bazie wspomnień matki Houston – przedstawione fakty, a co za tym idzie odbrązowienie legendy, wydają się prawdopodobne. Jednak ciężaru odpowiedzialności za poruszony temat nie udźwignęła debiutująca na polu reżyserskim aktorka Angela Bassett. Skandal miała wzbudzić historia, wyręczyła ją jednak realizacja.

Aktorzy grają popkulturowe wyobrażenie postaci. Zachowują manierę, teatralną mowę ciała i karykaturalną mimikę przez dziewięćdziesiąt minut czasu ekranowego. Bassett podobno osobiście znała Whitney i jej otoczenie – reżyserka widocznie znała ich tylko powierzchownie lub wyolbrzymiła ich charakterystyczne cechy. Podczas seansu widz czuje się, jakby oglądał występ b-klasowego kabaretu, którego członkowie nieudolnie próbują wcielić się w role znanych celebrytów i polityków.

Wcielająca się w główna rolę Yaya DaCosta może nie jest idealnym wyborem castingowym, jednak braki w grze aktorskiej nadrabia głosem. Niejedna osoba przez dłuższy czas zastanowi się, czy słucha jej śpiewu, czy puszczonego z playbacku głosu Whitney Houston. Jednak idealnie odtworzone występy, z jej charakterystycznymi gestami, uśmiechami i dłońmi skierowanymi ku Bogu, wyglądają sztucznie, gdy wszystko odbywa się w tanich dekoracjach. Gwiazda, która potrafiła zgromadzić całe stadiony fanów, koncertuje na marnych scenach, których wystrój mógłby konkurować ze scenografiami przygotowanymi na potrzeby szkolnych przedstawień.

„Whitney” miała szansę być hołdem dla jednej z największych gwiazd muzyki rozrywkowej. Jednak , które ocierają się o powierzchnię epizodów z jej życia i trafiają do grona nieudanych biografii razem z „Dianą” i „Grace, księżną Monako”.

Ocena: 4/10

Czytaj także

 0

Czytaj także