Różne wcielenia Toma Hardy’ego

Różne wcielenia Toma Hardy’ego

Dodano:   /  Zmieniono: 
Tom Hardy jako Ronald Kray oraz Reggie Kray w filmie Legend (2015)
Tom Hardy jako Ronald Kray oraz Reggie Kray w filmie Legend (2015) / Źródło: Monolith Films
Charyzmatyczny, tajemniczy, aktorski kameleon – Tom Hardy jest obecnie jedną z najbardziej rozchwytywanych osób w branży. Coraz głośniejsze są spekulacje, że gdy przygodę z Jamesem Bondem zakończy Daniel Craig (już w listopadzie po filmie „Spectre”), to właśnie on wcieli się w najsłynniejszego agenta świata. Na razie polscy widzowie mogą podziwiać jego podwójną kreację w filmie „Legend” Briana Helgelanda.

Jest to historia gangsterskich bliźniaków – Reginalda i Ronalda Krayów – którzy w latach 50. i 60. XX wieku rządzili Londynem i na zawsze zmienili tamtejszą scenę kryminalną. Ich organizacja była pierwszą próbą stworzenia przestępczości zorganizowanej w Wielkiej Brytanii, która zakończyła się sukcesem. Obu braci zagrał oczywiście Hardy, lecz mało brakowało, a by do tego nie doszło. Jak sam mówi – Wydaje mi się, że Brian Helgeland nie planował, bym wystąpił w obu rolach, chciał zatrudnić dwóch różnych aktorów. On chciał, bym wcielił się w Reginalda, ja chciałem wejść w skórę Ronalda. Usiedliśmy więc do kolacji, której kulminacją była kwestia: Jeśli dasz mi Reggie’ego, ja ci dam Ronnie’ego. Potem musieliśmy tylko wymyślić, jak to zrobić. By móc nakręcić sceny, w których obaj bracia są razem na ekranie, użyto tej samej metody, jak w przypadku braci Winklevoss z „The Social Network” Davida Finchera – na twarz aktora, który użyczał ciało jednej z postaci, komputerowo nakładano twarz Hardy’ego.

Nie znaczy to, że bliźniacy wyglądają tak samo – sam Ronnie mówi w filmie: „Dobrze wiem, co myślisz. Mój brat to ten przystojny, a ja wyglądam jakbym miał tyłek goryla zamiast ust”. Na tym różnice się nie kończą: Reggie, faktyczny mózg przestępczej organizacji, to człowiek racjonalny, skoncentrowany, rozumiejący rzeczywistość i zachodzące w niej zmiany. Nieustannie musi ograniczać zapędy swojego niezrównoważonego psychicznie (Ronnie sporą część życia spędził w szpitalu psychiatrycznym), podejrzliwego i impulsywnego brata. Wykreowanie jednocześnie tak podobnych i różnych postaci, które dodatkowo łączy szczególne, nierozerwalne uczucie było prawdziwym wyzwaniem. Hardy wykonał swoje zadanie brawurowo: zagarnia dla siebie cały film, niemal nie znika z ekranu.

Być może ta rola ograniczy prześmiewcze komentarze, dotyczące tego, że w niedawnym „Mad Maxie: Na drodze gniewu” George’a Millera Hardy wystąpił w zasadzie gościnnie, bo więcej razy chrząkał niż się odzywał (komediowa seria w serwisie Youtube, Honest Trailers, skwitowała to zdaniem „Tom Hardly in the movie” - „Tom ledwo obecny w filmie”). To zresztą nie do końca prawda: Hardy to aktor, który bardzo dużą wagę przywiązuje do grania ciałem: Jakąkolwiek postać się gra, należy pamiętać, że zawsze coś ona robi. Nie tylko mówi, ale też doświadcza. Słowa klucze to żywotność i doświadczenie. Hardy posiadł niezwykłą umiejętność: chociaż w „Mad Maxie” rzeczywiście odzywał się bardzo rzadko, nawet gdy nic nie mówił, widz czuł jego obecność na ekranie, samą swoją fizycznością potrafił zaznaczyć obecność Maxa. To bardzo rzadka zdolność, która spowodowała, że chociaż pierwsze skrzypce w filmie grała Charlize Theron, o Hardym nie dało się zapomnieć. Widać ją także w jednym z najlepszych filmów Hardy’ego, „Bronsonie” Nicolasa Windinga Refna, gdzie zagrał przestępcę z rozdwojeniem jaźni, który większość życia spędził w różnorakich więzieniach oraz w szpitalu psychiatrycznym. Fizyczność bohatera Hardy wykorzystał nie tylko w scenach bójek ze strażnikami, ale też we fragmentach, w których pokazywał się na ekranie kompletnie nago. Nie przeszkadza mu nawet, gdy nie widać jego twarzy – jak w produkcji „Mroczny Rycerz powstaje” Christophera Nolana, w której wcielił się w demonicznego Bane’a, postać zmuszoną do noszenia specjalnej maski.

Nie znaczy to oczywiście, że Hardy potrafi grać tylko postaci groźne, bądź niezrównoważone. W „Locke” Stevena Knighta udowodnił, że także całkiem przeciętni śmiertelnicy nie są mu obcy. Główny bohater, Ivan Locke, jedzie nocą do kobiety, z którą będzie mieć dziecko, jednocześnie próbując przez telefon rozwiązać wszystkie swoje problemy. Produkcja ta była kolejnym wyzwaniem aktorskim, gdyż Hardy był jedynym aktorem, który pojawił się na ekranie, w związku z czym kamera pokazywała jego twarz przez niemal półtorej godziny bez przerwy. Ze swojego zadania wywiązał się na tyle dobrze, że otrzymał nagrodę od Stowarzyszenia Krytyków Filmowych z Los Angeles (jego największym osiągnięciem pozostaje jednak BAFTA dla największej aktorskiej nadziei z 2011 roku).

Zanim do tego wszystkiego doszło, Hardy uczył się w Richmond Drama School oraz Drama Centre London, gdzie poznał między innymi Michaela Fassbendera (obaj są uważni za jednych z najlepszych aktorów swojego pokolenia). Przez niecałe dwa lata praktykował pod okiem byłego mentora Anthony’ego Hopkinsa, by szybko opuścić mury uniwersytetu. Dostał bowiem angaż do jednej z ról w wybitnym serialu stacji HBO – „Kompania Braci”, gdzie spotkał zresztą Fassbendera. Krótko potem pojawił się na ekranach kin w „Helikopterze w ogniu” Ridleya Scotta. Mało kto może pochwalić się takimi debiutami. Później zagrał jeszcze w dziesiątej części serii „Star Trek” – „Nemesis”, a następnie jego kariera wyhamowała - Hardy coraz częściej grywał w produkcjach telewizyjnych. W końcu, w 2008 roku, został zauważony przez Refna („Bronson”) i Guya Ritchiego („Rock’N’Rolla”). Prawdziwy przełom nastąpił jednak dwa lata później, gdy Christopher Nolan zatrudnił Hardy’ego do jednej z ról w „Incepcji”, a następnie aktor wystąpił w równie dobrze przyjętym „Szpiegu” Tomasa Alfredsona. Na planie tego filmu spotkał swojego idola, Gary’ego Oldmana, którego uważa za najwybitniejszego aktora w historii. Od tego czasu jego kariera nabrała tempa – na początku przyszłego roku zobaczymy go w towarzystwie Leonardo DiCaprio w filmie „Zjawa” Alejandro Gonzaleza Inarritu, tegorocznego zdobywcy Oscara za najlepszą reżyserię („Birdman”).

Chociaż wygląda na to, że Tom Hardy był skazany na sukces, jego historia wcale nie musiała się tak potoczyć. Aktor przez wiele lat był bowiem uzależniony od cracku, co udało mu się zwalczyć w wieku dwudziestu kilku lat. O ciemnej stronie przeszłości opowiada rzadko, chociaż w wywiadzie udzielonym pismu „Essentials” szczerze przyznał: Jestem cholernym szczęściarzem, że żyję. Byłem tak uzależniony, że kiedyś sprzedałbym matkę za crack. Hardy znany jest również z tego, że strzeże swojej prywatności i nie opowiada o niej w w mediach. Wiadomo w zasadzie tyle, że obecnie jest po raz drugi żonaty i po raz drugi zostanie ojcem, zaś jego pasją są psy, które uważa za najwspanialsze zwierzęta świata. Kiedyś nawet przyznał, że przygotowując się do roli ćwiczy przed swoimi psami, jako widownią: Psy są bardzo ostrymi krytykami. I bardzo rzadko są naprawdę pod wrażeniem.

Hardy nie ma jednak złudzeń, że będąc w show biznesie da się zachować całkowitą prywatność: Kiedy idziesz do szkoły aktorskiej, nikt nie daje ci lekcji ze sławy. Po prostu traktuj ludzi tak, jak sam byś chciał być traktowany. Czy jestem żonaty, czy nie, ludzie i tak się dowiedzą. Ale nie jest to coś, co im zaoferuję. Aktor zdaje się też nie przepadać za dziennikarzami, przynajmniej za tymi, którzy zadają głupie pytania. Gdy w Cannes pytano go, czy nie przeszkadza mu przewaga postaci kobiecych w „Mad Maxie”, wyraźnie poirytowany odpowiedział jednym słowem: nie. Niedawno, podczas prezentacji „Legend” na festiwalu filmowym w Toronto przedstawiciel portalu o tematyce LGBT nawiązał do jego wypowiedzi z 2008 roku, w której sugerował, że miał kiedyś kontakty seksualne z mężczyznami. Nie mogąc zrozumieć, dlaczego rozmowa idzie w tym kierunku, aktor po prostu przerwał wywiad. Hardy, co wielokrotnie udowodnił, rzadko powściąga język i lubi przeklinać w trakcie rozmów z mediami. Jego popularność przez to nie słabnie, kto wie, czy nie wręcz przeciwnie.

Wszystko wskazuje, że kolejne lata w kinie będą należeć między innymi właśnie do Toma Hardy’ego. Już dziś uważany jest za supergwiazdę, co zdaje się mu doskwierać: Nie jestem wojownikiem. Jestem małym chłopcem z londyńskiej burżuazji. Ludzie nie zwracali na mnie uwagi do czasu, aż przybrałem na wadze, zacząłem się bić i zrobiłem się agresywny. Nawet jeśli te ostatnie cechy nie sprawią, że zostanie zaangażowany do roli Jamesa Bonda i tak warto pamiętać jego nazwisko: Hardy. Tom Hardy.

Jędrzej Dudkiewicz


 0

Czytaj także