Rock w opozycji

Rock w opozycji

Dobrze jest mieć muzyków po swojej stronie. Tak się składa, że najczęściej wybory przegrywają właśnie ci politycy, których rockmani nie lubią. Ich piosenki są dobrym barometrem społecznych nastrojów.

Kto w lodówce trzyma nową, bombę z klocków atomową? Kto doradców ma z przedszkola? Kogo prezes »Antoś« woła?” – śpiewa wokalista Big Cyca i nawet jeśli ktoś nie zna tytułu piosenki („Antoni wzywa do broni”), doskonale wie, że chodzi o Macierewicza i jego 20-letniego doradcę Edmunda Jannigera. „A kto oczy ma taliba? Kto na pomoc Marsjan wzywa? Kto obrabia biura NATO? Komu wszystko pachnie zdradą?” Krótko mówiąc, tekst przedstawia szefa MON jako szaleńca. Nie ma wątpliwości, po której stronie toczącej się w Polsce walki politycznej opowiadają się członkowie Big Cyca (zespół dał zresztą koncert na ostatnim marszu KOD). A można się o tym przekonać, również oglądając okładkę albumu zatytułowanego „Czarne słońce narodu”, gdzie widnieje karykaturalna sylwetka przypominająca Jarosława Kaczyńskiego. Polscy rockmani nie pierwszy raz wypowiadają się w piosenkach na temat polityki. Owszem, opinie muzyków bywają naiwne i trudno w nich o sensowną analizę. Mimo to PiS ma się czym martwić. Bo ważne jest to, że słowa są głośno wykrzyczane i wyrażają społeczne emocje. Lech Wałęsa, SLD czy ZChN przegrywały wybory po tym, jak napisano o nich piosenki. Przydarzyło się to też Prawu i Sprawiedliwości, które w swoich tekstach ten sam Big Cyc atakował już w czasie poprzednich rządów ugrupowania.


Chcemy bić ZOMO

Można powiedzieć, że rockmani byli w opozycji do rządzących już w czasach PRL. Wtedy jednak nie na wiele mogli sobie pozwolić. Legenda zespołu pomagającego w latach 80. wykrzyczeć młodym ludziom frustrację przylgnęła np. do Perfectu. Na koncertach grupy Zbigniewa Hołdysa publiczność krzyczała „Chcemy bić ZOMO” zamiast „Chcemy być sobą” albo podmieniała słowa utworu „Nie bój się tego wszystkiego” na „Nie bój się tego Jaruzelskiego”. Perfectowi zabroniono występów po tym, jak Hołdys zadedykował piosenkę górnikom zabitym na manifestacji w Lubinie. Podobnie było z Maanamem, który odmówił udziału w koncercie przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Wielu twórców w zawoalowany sposób opisywało duszną atmosferę PRL. Tak było z Republiką Grzegorza Ciechowskiego (w tekście „Białej flagi” ocenzurowano frazę o „panu w okularach”, dopatrując się aluzji do Jaruzelskiego) czy Lechem Janerką i jego

Klausem Mitffochem. Do dziś są to, w sensie artystycznym, najważniejsi wykonawcy w historii polskiego rocka. Socjologicznym fenomenem był punk, choć nawet radykalni młodzieńcy z irokezami musieli ukrywać rzeczywisty cel swoich ataków. Zespół Kryzys (i później Brygada Kryzys) korzystał na przykład z porównywania panującego ustroju do Babilonu (który oczywiście miał upaść). Nie wszyscy punkowcy wybierali jednak aluzje. Legendarny Dezerter stawiał na ironię. „Która droga słuszna według prawa i porządku? Kto prowadzi mnie do szczęścia i zaszczytnych obowiązków? Spytaj milicjanta! On ci prawdę powie! Spytaj milicjanta! On ci wskaże drogę!” – śpiewali w piosence „Spytaj milicjanta”. W „Plakacie” młodzi fani słyszeli: „Gdzieś daleko stąd ludzie boją się wychodzić na ulicę, by powiedzieć »nie«! Gdzie to jest?” Nikt nie miał wątpliwości, że chodzi o Polskę i tego okazało się dla cenzury za wiele. Trudno się dziwić, że debiutancki album zespołu, zawierający m.in. cytowane powyżej utwory, został wydany dopiero w 1987 r., i to w Stanach Zjednoczonych. Cóż, komunizm upadł, a piosenki pozostały.

Prosto z mostu

Po roku 1989 o polityce można było wreszcie pisać wprost i wielu rockmanów z tej możliwości korzystało. Charakterystyczne, że najważniejsi twórcy tego nurtu należą do pokolenia, które debiutowało jeszcze w latach 80., czyli w czasach kiedy obowiązywała cenzura i artyści musieli gryźć się w język. To przede wszystkim dzisiejsi 50-latkowie tacy jak Maciej Maleńczuk, Kazik Staszewski czy Paweł Kukiz. Nowy był też ton, który pojawił się w poświęconych politykom tekstach. Wcześniej było serio, a czasem nawet dramatycznie, po przełomie wielu artystów postawiło na śmiech. Cóż, kontekst się zmienił. W końcu w latach 90. nie strzelano do protestujących na ulicach. Zmiana podejścia do polityki dokonywała się jednak stopniowo. Zwłaszcza że sytuacja tuż po ustrojowej transformacji była trudna i napięta. Na pierwszy ogień rockowej krytyki poszedł Lech Wałęsa. Kiedy Kazik w 1992 r. wykonywał na festiwalu w Sopocie utwór „100 000 000”, akcje prezydenta na giełdzie społecznych sympatii zaczynały akurat spadać. Muzyk nawiązał w nim do obietnicy, którą prezydent złożył podczas kampanii w 1990 r. Tytułową sumę (w starych złotych) miał dostać każdy obywatel. Utwór wywołał medialną burzę. Staszewski trafił na pierwszą stronę „Gazety Wyborczej” i zmusił do komentarza samego prezydenta. A był to czas, że rozczarowanie wobec Wałęsy uwi-

kłanego w niejasne układy z ludźmi starego reżimu mocno narastało. Po latach utwór bezprawnie wykorzystał w swojej kampanii Andrzej Lepper. Kazikowi to się nie spodobało i zadedykował liderowi Samoobrony już jednoznacznie drapieżny utwór „Pierdolę Pera”. W tym samym 1992 r. na płycie zespołu Piersi znalazła się piosenka „ZChN zbliża się”. Utwór parodiował kościelną pieśń „Pan Jezus już się zbliża”, co spowodowało wytoczenie zespołowi kilku spraw sądowych. Słowa „O szczęście niepojęte! Ksiądz wypił flaszki dwie. Sprowadzę go po schodach, bo sam wywróci się” najwyraźniej obraziły wielu Polaków. Wbrew tytułowi piosenka traktowała o pijanym proboszczu, nie o Zjednoczeniu Chrześcijańsko-Narodowym, istotnym w latach 90. ugrupowaniu politycznym. Tytuł świadczył jednak wystarczająco o narastającym zmęczeniu polityką w wykonaniu ludzi dawnej Solidarności. Można powiedzieć, że był w muzyce tym, czym „Psy” Władysława Pasikowskiego w kinie. Wyrazem niechęci do nowych elit politycznych, wywodzących się z opozycji, dowodem na rozczarowanie wolną Polską, która miała być piękna, a okazała się nie dorastać do naszych marzeń.

Kpina i gniew

O tym samym okresie opowiada przebój zespołu Kult „Lewy czerwcowy”. Tyle że utwór nagrano w roku 1998, sześć lat po opisywanych w nim wydarzeniach. A zatem zupełnie inne były emocje i cel ataku. Tytuł piosenki znanej szerzej jako „Panie Waldku” nawiązuje do książki Piotra Semki i Jacka Kurskiego, która stanowi zapis wywiadów na temat odwołania rządu Jana Olszewskiego. Kazik odmalowuje w niej postać następcy Olszewskiego, Waldemara Pawlaka, jako człowieka niezbyt skomplikowanego i nieszczególnie bystrego. Moment powołania na premiera lider Kultu opisał w ten sposób: „Z kamienną twarzą siedzę przy stole/ Przy nim ludzie, których mniej trochę wolę/ To stało się tak nagle jakby dziełem przypadku/ Kto z nas? Może pan, panie Waldku?”.

Dlaczego Kazik napisał ten utwór właśnie wtedy? Ano dlatego, że było to po kilku latach rządów postkomunistycznej lewicy w koalicji SLD-PSL. A kogo jak kogo, ale spadkobierców dawnego ustroju rockmani nie znoszą w sposób wyjątkowy. Ten sam Kazik w reakcji na wizytę ówczesnego premiera Józefa Oleksego w Rosji w 50. rocznicę wybuchu II wojny światowej w roku 1995 nagrał utwór „Łysy jedzie do Moskwy”. Rapował w nim: „To jest normalne, że nie gadasz z bandytami, nie zapraszasz ich do domu, nie odwiedzasz ich sam”. Liderowi Kultu chodziło o trwającą wtedy pierwszą wojnę czeczeńską, gdzie sympatie Polaków były zdecydowanie po stronie kaukaskich górali. Z kolei Maciej Maleńczuk, który w czasach komunizmu siedział w więzieniu za odmowę służby wojskowej, w reakcji na wyborcze zwycięstwa SLD nagrał z Püdelsami piosenkę „Czerwone tango”. Śpiewał w niej m.in.: „Znów powróciłaś stara dziwko, nie było cię pięć lat, już raz mi odebrałaś wszystko, i znowu stoisz w moich drzwiach”. Rekordzistą jeśli chodzi zarówno o mocne słowa, jak i skalę niechęci do SLD jest jednak Paweł Kukiz. W nagranym z Piersiami utworze „Virus SLD” (którego nie puszczano w radiu) w sposób naprawdę niewybredny obrażał postkomunistów. W utworze dzisiejszego parlamentarzysty, znanego z zamiłowania do nieparlamentarnego języka, nie zabrakło bodaj żadnego znanego w polszczyźnie przekleństwa. „Virus SLD” ukazał się już po aferze Rywina, która wywołała w wyborcach wściekłość i zapoczątkowała staczanie się partii w kierunku politycznego marginesu. Czas po aferze Rywina, która zmiotła ze sceny dawną klasę polityczną i wyniosła do władzy nowe ugrupowania: PiS i Platformę Obywatelską, bodaj najlepiej opisuje pamiętna „Wolność słowa” Püdelsów. Utwór to właściwie wyliczanka Maleńczuka, w której obrywają dosłownie wszyscy.

W dodatku autor uderza w sposób brutalny, nie stroniąc od seksualnych aluzji, ułożonych na zasadzie dziecinnej rymowanki. Fragmenty takie jak „Poseł Kalinowski ogolił se włoski, gdyż powraca słodko Grzegorz Kołodko” albo „Spod prysznica słychać plusk – to Kaczora kąpie Tusk” dają chyba wystarczające pojęcie o całości. Politykom według społeczeństwa nie należało się nic poza kpiną. Podwójne wybory w roku 2005, które wyniosły do władzy Lecha Kaczyńskiego i PiS, dawały nadzieję na wielką koalicję dla Polski. To przecież właśnie wtedy senatorem został Krzysztof Cugowski z Budki Suflera. Kiedy jednak z PO-PiS-u nic nie wyszło, rockmani przyłączyli się do medialnych ataków na partię braci Kaczyńskich. Nie jest to trudno zrozumieć o tyle, że koalicja z Samoobroną i LPR budziła niechęć nawet u ludzi PiS przychylnych. Ten sam Big Cyc, który teraz atakuje Macierewicza, nagrał wtedy satyryczne utwory „Atak klonów” (chodzi oczywiście o braci Kaczyńskich) albo „Moherowe berety”.

W tym samym czasie na podobnych anty-PiS-owskich pozycjach ustawił się zespół Lady Pank z płytą „Strach się bać”. Do akcji włączył się też Maciej Maleńczuk, który razem z Wojciechem Waglewskim nagrał utwór „Kaczory”. W tym wypadku trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że utwory takie, jak wymienione powyżej, bardziej niż z realnej potrzeby powstały z powodów koniunkturalnych. W najbardziej wpływowych mediach wszyscy wtedy walili w PiS jak w bęben i można było na tym budować swoją legendę. Bez żadnych kosztów. Kaczyńskich atakował wtedy i kabaret (to czas największych sukcesów „Szkła kontaktowego” ), i teatr (głośny spektakl Jana Klaty „Szewcy u bram”), ba, nawet plastycy (słynna wtedy rzeźba „Kaczka dziwaczka” Waldemara Cichonia). Paweł Kukiz, jak to ma w zwyczaju, posunął się o krok dalej. Co prawda piosenek dla Platformy Obywatelskiej nie pisał, ale występował na partyjnych wiecach w 2007 r., zachęcając do głosowania na partię Tuska utworem „Bo tutaj jest jak jest”.

Po dwóch kadencjach PO zrobił kolejny krok i zaczął pisać piosenki, które można traktować jako program polityczny. Wystarczy wymienić pochodzące z ostatniej płyty solowej utwory „JOW!” (o jednomandatowych okręgach wyborczych) czy „Rozmowy u Sowy” (ą propos taśm opublikowanych przez „Wprost”). Kukizowi w błyskawicznej karierze politycznej pomógł niewątpliwie właśnie image rockmana – szczerego, bezkompromisowego i nieuwikłanego w polityczne interesy. To kolejny dowód na to, że rock ma wielką siłę. PiS powinien się dziś martwić nie tym, że jest atakowany przez Big Cyca, który nie nagrał przeboju od lat. Rzecz w tym, że jeśli rządzących atakują rockmani najczęściej jest to znak, że wahadło społecznych sympatii odchyla się w drugą stronę. A piosenki nie tylko są bardzo dobrym barometrem zbiorowych emocji, ale mają też siłę wzmacniania nastrojów. Widać to od początku wolnej Polski, a i w końcówce komuny było podobnie.

Okładka tygodnika WPROST: 20/2016
Więcej możesz przeczytać w 20/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Amerykanin IP
    no bo to sa szaleńcy w tym PiS swiat patrzy na to z dużym niesmakiem jak psychiczni rządzą tak duzym krajem jakim jest Polska po drugie nasuwa się pytanie aż ilu idiotow musi być w takim kraju ? przecież krasnoludki szalenców nie wybierały.

    Czytaj także