Ile zarabia pielęgniarka

Ile zarabia pielęgniarka

Dodano:   /  Zmieniono: 93
Pielęgniarki z Centrum Zdrowia Dziecka
Pielęgniarki z Centrum Zdrowia Dziecka / Źródło: Newspix.pl / DAMIAN BURZYKOWSKI
Niebotyczne zarobki pielęgniarek, o których mówi minister zdrowia, nie są w Polsce możliwe, nawet w szpitalach prywatnych. Ale i tak pracodawców prywatnych i publicznych dzieli ogromna przepaść.

Jak ten książę to policzył? – Maria, 46-latka ze szpitala dziecięcego na Mazowszu, zastygła przed telewizorem w dyżurce, kiedy minister zdrowia Konstanty Radziwiłł mówił w telewizji, że pielęgniarki zarabiają po 5 tys. zł miesięcznie. – Jolka, chodź, zobacz! – krzyknęła do koleżanki, z którą miała 12-godzinną zmianę. Ale Jolka nie mogła podejść, bo podtrzymywała głowę ośmiolatkowi z niedowładem z izolatki w końcu korytarza. Wymiotował dziś już po raz piąty. Trzeba było uważać, żeby się nie zakrztusił, a nie można podać leków bez zgody lekarzy, którzy wciąż nie wracali z bloku operacyjnego. Maria też zaraz wybiegła z dyżurki, bo matka dziewczynkiz nowotworem wpadła z płaczem, że córka traci przytomność. Dopiero pod koniec zmiany Maria powiedziała Jolce o opowieściach Radziwiłła, pseudonim Książę – nadany arystokracie po skandalicznych wypowiedziach na temat pielęgniarek strajkujących od blisko dwóch tygodni w Centrum Zdrowia Dziecka. – To dlatego usłyszałam od ojca dziewczynki z piątki, że za takie pieniądze mogłabym się ruszać szybciej – westchnęła Jolka.

Siostry w niedoli

Radziwiłłowi chodziło prawdopodobnie o pielęgniarki pracujące na kontraktach, których, podobnie jak lekarzy, nie obowiązują godzinowe normy zatrudnienia. Podczas gdy na etacie w szpitalu Maria i Jolka – obie z ponad 25-letnim stażem pracy, z dyplomem licencjata pielęgniarstwa i licznymi kursami na obsługę np. EKG (każdy płatny z własnej kieszeni) – zarabiają 2450 zł na miesiąc, kontraktowe mogą podwoić tę sumę. – Ale kosztem totalnego wyczerpania i z narażeniem zdrowia pacjentów, bo etat to, w zależności od miesiąca i liczby dni świątecznych, od 150 do 170 godzin na zmianach dziennych i nocnych. Więc kontraktowa, która chciałaby zarobić 5 tys. zł, musiałaby wypracować tych godzin 300. A to 25 dyżurów – mówi Maria w rozmowie z „Wprost”. Ani ona, ani Jolanta nie chcą podawać nazwisk i zdradzać, w jakim szpitalu pracują. Wiedzą jedno: takiej kamikadze, która brałaby ponad 20 dyżurów, u nich na oddziale nie ma, bo żadna odpowiedzialna dziewczyna nie narażałaby życia dzieci.

– To oddział ciężki, zabiegowy. U nas się nie śpi. Zdarza się, że przez 12 godzin nawet na chwilę nie usiądę, bo kiedy podam leki i zmienię wszystkie opatrunki, lekarz woła do zabiegu, a potem przyjeżdża dziecko z ostrego dyżuru, które trzeba przygotować do operacji. A teraz, latem, kiedy uaktywniają się guzy, dzieci po operacji mamy po kilkoro. Jest co robić – opowiada Maria, która do pensji dorabia jako niania, bo po opłaceniu czynszu i rachunków na życie i utrzymanie siebie i dorastającej córki nie zostaje prawie nic.

Lepiej prywatnie

Chciała nawet, w ramach solidarności ze strajkującymi w Centrum Zdrowia Dziecka, opublikować w internecie swój pasek z wypłaty, ale kiedy na facebookowej grupie „Paski pielęgniarek” poczytała, że koleżanki po 27 latach mają po 1700 zł, uznała, że jest za bogata. I że nic nowego nie wniesie, bo pasków takich jak jej jest większość. 2200-2400 zł, również dla magistrów pielęgniarstwa z dwoma specjalizacjami i jeszcze większą liczbą kursów, np. POZ (czyli podstawowej opieki zdrowotnej). I co z tego, że swoje 2300 zł dostaje za 155,4 godziny przepracowanych w maju, co daje średnio 13 12-godzinnych dyżurów (w tym cztery nocne) i 14,8 zł za godzinę. To bogactwo, jeśli spojrzeć na pasek pielęgniarki z hospicjum, która za marzec 2014 r. dostała 1145 zł, i to już z dodatkiem stażowym i nocnym, albo wydruk z wypłaty pielęgniarki w znanym szpitalu kardiologicznym, wprawdzie z czteroletnim doświadczeniem, ale dzielącej opiekę nad 30-osobowym oddziałem z tylko jedną jeszcze pielęgniarką.

Przestała się dziwić, że coraz więcej koleżanek, szczególnie młodych, zamiast w szpitalu od razu szuka pracy w lecznicy prywatnej. – Jest czysto, uprzejmie, po amerykańsku i nawet pacjenci rzadziej się awanturują, jakby z szacunku do pieniędzy wydanych na drogie abonamenty – mówi Maria. W prywatnej przychodni dużej ogólnopolskiej sieci z kapitałem skandynawskim pracuje Joanna, 40-latka z 17-letnim stażem. Za dziesięć godzin pracy pięć dni w tygodniu (bez „nocek”) dostaje 2700 zł na rękę, do tego dochodzi opieka medyczna u pracodawcy i zniżkowa karta do klubów sportowych. Jej dzień jest też mniej nerwowy niż w szpitalu dla dzieci, w którym pracowała jeszcze dwa lata temu.

Zaczyna o godzinie 7 w punkcie pobrań, gdzie wkłuwa się w żyły, głównie dorosłych. Po dwóch godzinach przechodzi, w zależności od dnia, do gabinetu pediatrycznego (tam mierzy i waży maluchy, a czasami robi szczepienia) albo ortopedycznego – tu zdarza jej się zmieniać opatrunki i asystować przy drobnych zabiegach. Wychodzi o godzinie 17. Odpowiedzialność jest nieporównywalna, bo każdy choć odrobinę kontrowersyjny przypadek jest odsyłany do szpitala publicznego. No chyba że pacjenta stać na dopłacenie za pobyt w szpitalu prywatnym nawet 3500 zł, bo placówka rozlicza go jak Narodowy Fundusz Zdrowia według jednorodnych grup pacjentów (JGP). – Nie ma więc stresu, strachu, że w jakikolwiek sposób wpłynęło się na pogorszenie stanu dziecka, że ktoś będzie nas za to ścigał czy jakkolwiek z tego rozliczał – mówi Joanna. Po raz pierwszy w życiu nie musi dorabiać, choć zdarza jej się brać dodatkowe dyżury w szpitalu pracodawcy. Dostaje za nie nawet 200 zł. – Nie ma co ukrywać, wbrew temu, co mówi kierownictwo Ministerstwa Zdrowia, w prywatnej służbie zdrowia pracuje się o wiele bardziej komfortowo niż w państwowej. Lepsze, choć nie idealne, są też pieniądze. Dziś za nic w świecie nie wróciłabym do szpitala wojewódzkiego, choć pracę tam wspominam z sentymentem i trochę brakuje mi tamtej adrenaliny – przyznaje.

Wzór na zdrowie

Z poprzedniego miejsca pracy Joanna odeszła w 2014 r., po wejściu w życie rozporządzenia ówczesnego szefa resortu zdrowia Bartosza Arłukowicza, który określał minimalną liczbę pielęgniarek na danym oddziale na podstawie enigmatycznego wzoru: „Tśpb = (NI x Tśpb I) + (NII x Tśpb II) + (NIII x Tśpb III)”, gdzie Tśpb to średni dobowy czas świadczeń pielęgniarskich, a N – średnia pacjentów na rok kalendarzowy. Wydumany wzór dawał dyrektorom szpitali pewną dowolność w ustalaniu liczby pielęg­niarek na danym oddziale. Dawniej była ona narzucona z góry i określona normami bezpieczeństwa. Teraz dyrektor jako Tśpb mógł policzyć czas, jaki pielęgniarka rzeczywiście spędzała przy łóżku chorego, nie uwzględniając jednak rozdzielania leków, czekania na chorego odbywającego badania na innych oddziałach czy uzupełniania dokumentacji, zabierającego białemu personelowi coraz więcej czasu. Dzięki temu oddziały, które dotychczas według norm bezpieczeństwa musiały mieć na nocnej zmianie co najmniej trzy pielęgniarki, zostawały z jedną, która gorączkowo biegała od jednego chorego z zaburzeniami oddychania do drugiego, któremu trzeba było natychmiast podać leki. W podsumowaniu wychodziło, że na internie powinno być 4,25 pielęgniarki, a na okulistyce 0,85, ale największą wadą ministerialnego wzoru były nie wyniki w ułamkach, ale fakt, że dyrektorzy placówek mogli w praktyce podstawić do niego dowolne dane. Cierpieli na tym wszyscy – pielęgniarki, chorzy i system, ale dyrektorom placówek nareszcie zgadzały się pieniądze. – Nie mogłam na to patrzeć. Jedna-dwie pielęgniarki mogą dyżurować w nocy na na okulistyce, ale nie na chirurgii – tłumaczy Joanna. Dziś coraz mocniej upewnia się, że decyzja o odejściu była słuszna. – Szczególnie kiedy słucham o tym, jak psuje się atmosfera, kiedy na oddziale dziewczyny są tylko dwie na zmianie i nie wiedzą, w którą stronę biec – do płaczącego pacjenta, lekarza, który wścieka się, że nie ma ich, kiedy trzeba zmienić opatrunek, czy rodzica awanturującego się o to, że jego dziecku dawno temu skończyła się kroplówka i łaskawie mogłyby ją odłączyć. – Kiedyś był czas na rzetelne wykonanie badań. A jak tu, zgodnie z zaleceniem, trzykrotnie przed podaniem sprawdzić dawkę i nazwę leku, jeśli z jednej sali woła cię do pomocy koleżanka, a z drugiej lekarz? Już nie mówiąc o chwili, żeby podczas dyżuru napić się wody czy zjeść kanapkę? Przecież to prosta droga do udaru albo zawału – podkreśla.

Monolog czy dialog

To nie przesada, zważywszy, że średnia wieku pielęgniarek w Polsce to 48 lat. Młodsze, po studiach i odbyciu potrzebnych staży, wyjeżdżają za granicę, gdzie mogą liczyć na trzy razy wyższe zarobki, lepszy system pracy i godne życie. Niedawno brytyjska firma rekrutująca polskie pielęgniarki do pracy na Wyspach zachęcała dniówką w wysokości od 500 zł dziennie, a pośrednicy niemieccy kusili, że u nich na start dostaje się 2000 euro miesięcznie – zarobki w Polsce nie do pomyślenia, nawet przy założeniu, że będzie się pracować 300 godzin w miesiącu. 5 tys. zł dla starszych pielęgniarek i 3 tys. zł dla początkujących, o których mówił minister Konstanty Radziwiłł, jako uśrednione zarobki swoich pielęgniarek podała dyrekcja Centrum Zdrowia Dziecka. – Oczywiście wynagrodzenia w instytutach, jakim jest CZD, i szpitalach klinicznych, są wyższe niż poniżające stawki w szpitalach powiatowych i miejskich, ale na pewno nie aż tak wysokie. Zawsze ostrożnie podchodzę do danych ogłaszanych przez dyrektorów placówek, bo podają uśrednione zarobki, a te uśrednienia mogą różnie wyglądać – mówi Maria Ochman, przewodnicząca KrajowegoSekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność”. I dodaje, że sytuacja w warszawskim szpitalu może zwiastować falę podobnych strajków w przyszłości. – Mamy do czynienia z ogromnym rozwarstwieniem zarobków pracowników służby zdrowia. Mówi się, że godnie zarabiają lekarze, którzy są głową tego systemu, ale nawet wśród nich różnice w dochodach potrafią być kilkunastokrotne. Pielęgniarki, będące sercem systemu, zarabiają tragicznie mało, podobnie jak pozostali pracownicy medyczni, będący jego krwiobiegiem. Ostatnim ministrem, który był dla przedstawicieli zawodów medycznych partnerem do rozmowy,był prof. Zbigniew Religa. Jednak przez ostatnie osiem lat nie zrobiono dla nich nic – ani jeśli chodzi o poprawę warunków pracy, ani żeby zatrzymać falę emigracji. Jeśli rząd nie zdecyduje się na dialog, może nie mieć nas kto leczyć – tłumaczy Maria Ochman. Tymczasem, w ramach dialogu, wiceminister zdrowia Jarosław Pinkas twierdzi, że nie będzie rozmawiał „z pistoletem przystawionym do głowy”. Co prawda ci, którzy zostali przyjęci do CZD jeszcze przed strajkiem, opiekę pielęgniarską mają zapewnioną, i to – jak powiedzieli nam rodzice chorych dzieci – najwyższej próby. Jednak wstrzymane są przyjęcia i maluchy, dla których ratunkiem jest pobyt w najlepszym ośrodku w kraju, odsyła się do mniejszych szpitali. Pielęgniarki domagają się zatrudnienia większej liczby sióstr, bo dziś – uważają – przy tak małej liczbie personelu zagrożone jest życie dzieci. Rządzący zaś nie zgadzają się na ich warunki i sugerują, że na ich miejsce czeka cała kolejka emigrantek ze Wschodu. A Maria, Jolanta i Joanna nie zdziwią się, jeśli polskie pielęgniarki przy łóżkach chorych rzeczywiście zastąpią imigrantki, które rzekomo czekają w kolejce do ich etatów.

Okładka tygodnika WPROST: 23/2016
Więcej możesz przeczytać w 23/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 93
  • Krakow IP
    Głupoty, głupoty, głupoty. Pielęgniarki poniekąd "zmuszono do ciężkiej, niewolniczej pracy. Moje koleżanki pracują nie tylko na etacie, założyły działalność i łapią każdy dyżur jaki im tylko wpadnie w ręce. Mają trzy etaty, nie bywają w domu. Dzieci wychowują przez telefon.
    • enviro IP
      Trzecia rewolucja w medycynie [PL] [FULL]
      • Ryba1972 IP
        Ale mdly pseudo opera mydlana początek artykuluCo kogo obchodzą pacjeci !!Artykuł jest o placach pielęgniarek ,a nie o pacjetach, rzygac się chce. Po co te teksty o mamie dziecka chorego na raka ?
        • Jamde IP
          A ile z tych pielęgniarek MA POWOŁANIE i CHĘĆ DO PRACY? 1 na 10!!!!
          9 na 10 pielęgniarek to leniwe i niekompetentne osoby! Takie mam doświadczenia z tymi tzw. pielęgniarkami! Szczególnie na oddziałach dziecięcych - matki za nie wykonują 99% roboty śpiąc na podłogach lub krzesłach a wielmożnym paniom pielęgniarkom nawet termometr przynieść jest ciężko bo przecież w tym czasie muszą wypić 10 litrów kawy i zjeść kilogram ciasta!!!
          • lek24 IP
            Pani Eleno lekarze po zrobieniu obchodu na dyżurach śpią, budzi się ich w razie nagłej potrzeby. Pielęgniarki czuwają w dyżurce całą noc , telewizor pomaga nie zasnąć, gdy śpią pacjenci i lekarz dyżurny. W czasie 12 godzinnego dyżuru czasem można wypić herbatę, zjeść lub skorzystać z toalety i nikogo nie powinno to bulwersować.

            Czytaj także