Kosmici i patriotyczne wzloty, czyli niezły interes

Kosmici i patriotyczne wzloty, czyli niezły interes

Amerykanie to mistrzowie filmowej miłości do ojczyzny. Może najwyższy czas czegoś się od nich nauczyć?

Amerykanie to mistrzowie filmowej miłości do ojczyzny. Może najwyższy czas czegoś się od nich nauczyć?

Równo 20 lat temu kosmici spróbowali popsuć Amerykanom obchody ich najważniejszego święta. Ale w filmie „Dzień Niepodległości” odparto ich atak i dalej spokojnie świętowano. Czas na powtórkę. Kino patriotyczne zawsze jest na czasie. Odporne na wszelkiego rodzaju zawirowania historyczne i polityczne, potrafi doskonale przystosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Na pozór wyświechtany wzorzec filmowej miłości do amerykańskiej ojczyzny cieszy się niesłabnącą popularnością. Flaga dumnie powiewa, podniosłe muzyczne tony budują napięcie, a ten czy inny John Rambo po raz kolejny ratuje świat, zazwyczaj dzierżąc w dłoni potężny karabin. W obliczu zbliżającej się premiery „Dnia Niepodległości: Odrodzenia” musimy sobie raz jeszcze uświadomić, że ów schemat nie chce nawet kamuflować swojego przeznaczenia: powtarzane jak mantry patriotyczne frazesy przekraczają już nie tylko granicę Stanów Zjednoczonych, ale zaczynają przemierzać kosmiczną pustkę, odgrywając rolę osobliwego straszaka na potencjalnych najeźdźców z odległych zakątków Wszechświata. Od dawien dawna to właśnie Amerykanie przodują w kinowych wariacjach na temat miłości do ojczyzny.

Kto trzyma sztandar?

Nie ma żadnej mistycznej formuły czy magicznej receptury kina patriotycznego. Z biegiem lat filmowa miłość do ojczyzny stała się czymś na kształt ideologii, która dzięki odpowiednim mechanizmom oddziaływania powtarza się i wybrzmiewa w umysłach widzów. Dla pełnego zrozumienia stanu rzeczy najważniejsze może być więc to, czego na ekranie nie widać: ukryte przekazy, skrzętnie zakamuflowane alegorie, pozostawiane publice niedopowiedzenia. Możemy jednak wyróżnić dwa główne modele kinowego patriotyzmu: ogólny, odwołujący się do przeżyć całego narodu, który zazwyczaj w obliczu nadchodzącego zagrożenia zostawia na boku wszelkie waśnie i spory, by nagle odkrywać te same wartości i idee, oraz model szczegółowy, w którym jednostka uosabia na ekranie wiele cech, standardowo przypisywanych konkretnym obywatelom. Prym w obu wariantach wiedzie kino amerykańskie, nie bez powodu słynące na świecie ze swojej unikalności. Jeśli więc „amerykański”, to na pewno pompatyczny, egocentryczny, niekiedy arogancki i przerysowany. Jednak to właśnie twórcy filmowi z USA potrafią kreować produkcje patriotyczne, które nie dość, że odbijają się na świecie szerokim echem, powodując nieustanne ochy i achy, to jeszcze doskonale na siebie zarabiają. Zasada, którą kierują się amerykańscy filmowcy biorący na warsztat patriotyzm, wydaje się dziecinnie prosta: to osobliwe połączenie mobilizującego zawołania „wszystkie ręce na pokład!” z rozchwianym, weselnym „idziemy szeroką ławą”. Widać to nie tylko w czasie potyczek śmiałków zza Wielkiej Wody z jakimkolwiek kosmicznym zagrożeniem w „Dniu Niepodległości”, „Armageddonie” czy nawet w „Apollo 13”, ale również w czasie starć historycznych, czego najlepszym dowodem może być „Szeregowiec Ryan”, „Patriota” lub „Patton”. W chwili trwogi cały naród zaczyna odkrywać, że patriotyzm staje się siłą ożywczą, jednoczącą, likwidującą rozmaitego typu bariery i podziały. Zwróćmy uwagę, że skala oddziaływania kinowej miłości do ojczyzny jest tym większa, im bardziej zasadne jest dostrzeganie w głównych bohaterach reprezentantów ludu, stających się w finale ekranowej rozgrywki jego bohaterami. Tak więc na spotkanie z meteorytem wysyłamy grupę wiertniczych, naprzeciw potędze Imperium Brytyjskiego wychodzi rozkochany w życiu rodzinnym farmer, a losy zagubionej w okolicach Księżyca załogi statku Apollo 13 muszą zostać opowiedziane również z punktu widzenia pozostałych na Ziemi żon, typowych przedstawicielek gospodyń domowych lat 70., do których na herbatkę zawita Neil Armstrong. Jeśli więc kino sięga po patriotyzm, to od razu z potężnym zamachem, a widzowi wmawia się, że dostrzega więcej, bo stoi akurat na ramionach gigantów – i to wywodzących się jeszcze z pozornie niewyróżniających się niczym członków społeczeństwa.

Eastwood mistrz

Kinowa miłość do ojczyzny przybiera wiele rozmaitych form, by nie powiedzieć po prostu: wiele twarzy. Skoro Hollywood kocha everymanów, to nie ma tutaj specjalnego znaczenia, czy jest to budzące empatię oblicze Forresta Gumpa, pokiereszowana facjata Rocky’ego Balboa czy bezwzględne spojrzenie Chrisa Kyle’a w filmie „Snajper” Clinta Eastwooda. Ta ostatnia produkcja to zresztą idealny przykład dla dzisiejszej kondycji wielkoekranowego patriotyzmu. Za kamerą stanął w końcu reżyser będący uosobieniem rozkochania w ojczyźnie na amerykańską modłę: samotny mściciel z „Bez przebaczenia” i emerytowany weteran z „Gran Torino”, w obu przypadkach dokonujący rozliczenia z zagrożeniem w starym, dobrym stylu. Hollywood nieustannie tęskni za czasami, gdy Gary Cooper w beznadziejnym położeniu i tak pojedynkował się w samo południe. Eastwood wie o tym doskonale i wciąż stara się wybudzać patriotyczne uniesienie wśród przedstawicieli młodych pokoleń. Pisał przecież „Listy z Iwo Jimy”, wbijał flagę w „Sztandarze chwały”, a w „Snajperze” zmierzył się z historią weterana wojny w Iraku, który w czasie służby miał odebrać 255 istnień. Jak w innych produkcjach ukazujących patriotyzm w wydaniu jednostkowym, siła ostatniego przywołanego filmu Eastwooda polega na jego wyrazistości, narracyjnej bezkompromisowości, twardym bohaterze i braku nachalności w opowiadaniu historii. Ta formuła się sprawdza, ale mikstura wymaga kolejnych składników. Amerykańskie kino patriotyczne – przynajmniej na poziomie przekazu – wydaje się bowiem nadzwyczaj błahe, merytorycznie toporne, by nie rzec: łopatologiczne. Miłość do swojej ojczyzny jest jednak dla mieszkańców USA wartością nadrzędną, powodem do dumy z krótkiej, aczkolwiek burzliwej historii kraju. Dlatego też twórcy filmowi raczą tamtejszą publikę patriotyzmem wyłożonym na tacy: powiewającą gdzie się da flagą, wbijaną na plaży Omaha, ziemiach Iwo Jimy, wzgórzach Guadalcanal, na Księżycu, odległych planetach, a nade wszystko wciągniętą na maszty domów, która wdzięcznie łopocząc na wietrze, przypomina o tym, co w życiu ważne dla każdego Amerykanina. Patriotyczna konwencja najlepiej rezonuje w szeroko zakrojonym narracyjnie i przede wszystkim wizualnie widowisku. Publika zza Wielkiej Wody musi czuć, że ziemia trzęsie się w posadach, niebo wali się na głowy, ale w pobliżu sztandaru można znaleźć ukojenie. Ważne też, by w zasadniczą oś fabularną wpleciony został wątek melodramatyczny, jak choćby w filmie „Pearl Harbour”. Ta produkcja najlepiej pokazuje, że Amerykanie nawet tworząc dzieła ku pokrzepieniu serc, robią to w osobliwy sposób. W ukazywaniu na ekranie bolesnych wspomnień historycznych najważniejsze jest niewypowiedziane wprost odwołanie do realnych zdarzeń, które dopiero nadejdą. Gdzieś w tle widzimy więc ogólnonarodową mobilizację, rozbudzanie amerykańskiego kolosa: zapłacz nad losem swoich krajanów, a potem i tak znajdziesz okazję do zemsty. Przy czym kinowy patriotyzm w USA nie zawsze odwołuje się do opisanych wyżej prawidłowości konstrukcyjnych.

Rosyjskie superprodukcje

Jeśli Hollywood odchodzi od tej ojczyźniano-historycznej wizji patriotyzmu, to zazwyczaj podąża w dwóch kierunkach: albo powierzchownego i przerysowanego wypełniania życiowych powinności ą la Forrest Gump, które stanowi interesującą wariację na temat american dream, albo opisów rejonów, w których reżyser staje się po prostu kronikarzem, neutralnie pytającym zza ekranu o kształt miłości do ojczyzny, jak w filmach „Lot 93” czy „Kapitan Phillips” Paula Greengrassa (ale pamiętajmy, że ten filmowiec ma nieco inną, brytyjską perspektywę spojrzenia na problem). Zupełnie inaczej jest w Europie; mieszkańcy naszego kontynentu do historii swoich krajów podchodzą z dużą dozą dystansu, przeplatanego jeszcze osobliwą autoironią.

Styl takiemu podejściu nadają przede wszystkim Francuzi i Brytyjczycy. Ci ostatni nie boją się odważnie rozliczać z własną historią, pokazując jeszcze przy tym drugie oblicze swoich świętości i poruszając nietykalne do tej pory kwestie, jak w filmach „Królowa” czy „Krwawa niedziela”. Jeśli w innych rejonach świata powstają z kolei wariacje na temat amerykańskiego wzorca, to przede wszystkim w krajach mających mniejsze lub większe problemy z demokracją – Rosji i Chinach. W obu państwach filmowcy i władza wchodzą ze sobą w karkołomny sojusz, którego efektem staje się zaprzęganie patriotyzmu do pracy propagandowej. I tak Rosjanie tworzą swoje własne, utrzymane w podniosłej konwencji superprodukcje, mające cementować targany wichrami losu naród. Już Stalin dostrzegał w filmach Eisensteina dobrą okazję do przemycania propagandy (choć sam uwielbiał amerykańskie westerny), jednak w ostatnich latach ta zależność powróciła jak bumerang w takich filmach, jak „Stalingrad” czy „9 Kompania”. Nieco inaczej do sprawy podchodzą Chińczycy, którzy do patriotycznych widowisk zapraszają amerykańskich aktorów: Christiana Bale’a w „Kwiatach wojny”, Johna Cusacka w „Wojnie imperiów” czy nawet boksera Mike’a Tysona, który zagrał w „Yip Man 3”. W podobny sposób eksperymentowali już Gruzini, a coraz wyraźniej słychać głosy, że warto by spróbować także w naszym kraju.

Rodzima martyrologia

Jeśli uznamy Hollywood za centrum kinowego romansu z patriotyzmem, to peryferii musimy szukać gdzie indziej – w Polsce. Nie jest bowiem tajemnicą, że rodzimi twórcy filmowi w przeważającej większości przypadków mają olbrzymi problem z ukazywaniem na ekranie miłości do ojczyzny. To uczucie powraca w kinach niczym upiór, a wyniesiona jeszcze ze szkolnej ławki definicja słowa „patriota” mniej lub bardziej subtelnie wybrzmiewa w polskim kinie historycznym, które jest przecież punktem zapalnym, jeśli chodzi o ekranowe uwielbienie swojego kraju. Nasi filmowcy nie do końca zrozumieli sens płynący z amerykańskiego modelu, więc tradycyjne wartości stają się w rodzimych produkcjach kolejną przetrąconą lekcją z przeszłości i martyrologii. Bohaterowie polskich filmów patriotycznych przeważnie cierpią w oparach patosu pojawiającej się w nie zawsze zrozumiałych momentach konwencji, przyprawionej jeszcze garścią absurdalnych rozwiązań fabularnych. Jeszcze gorzej jest w przejawach indywidualnego patriotyzmu na ekranie. Poza filmami w stylu „Jacka Stronga”, pytającymi o większy sens życiowych wyborów wybitnych jednostek, zazwyczaj nasi reżyserzy wystawiają pomniki i laurki, a potencjalne wątpliwości biograficzne stają się wyjątkiem potwierdzającym regułę heroizmu działania, jak w przypadku „Wałęsy. Człowieka z nadziei” czy dzieł poświęconych Janowi Pawłowi II. Patriotyzm w polskim kinie chce być prawdziwszy od jego realnego odpowiednika. Ale w tym całym miszmaszu kinowego uwielbienia ojczyzny w polskim kinie z pewnością jest miejsce na kolejne produkcje tego typu. Ich sukces zależy jednak od pracy rodzimych reżyserów, scenarzystów i producentów nad własną mentalnością. Ze Stanów Zjednoczonych płynie do nas całkiem dobry wzorzec, po który możemy sięgnąć, choć – nie wiedzieć czemu – nadal tego nie robimy. Nawet jeśli to będzie tylko i aż biało-czerwona pnąca się w górę.

Okładka tygodnika WPROST: 24/2016
Więcej możesz przeczytać w 24/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

Czytaj także