Piłkarskie pokolenie „Z”

Piłkarskie pokolenie „Z”

Dodano:   /  Zmieniono: 
Robert Lewandowski, Jakub Błaszczykowski, Łukasz Piszczek i Kamil Grosicki, choć przegrani w meczu z Portugalią, 30 czerwca 2016 r. opuszczali murawę marsylskiego Stade Vélodrome jako zwycięzcy. Bohaterowie całej Polski.

Dokładnie cztery lata temu ci sami piłkarze schodzili do szatni Stadionu Miejskiego we Wrocławiu ze spuszczonymi głowami, przy akompaniamencie gwizdów polskiej publiczności, która przekonała się, jak smakuje upokorzenie podczas turnieju organizowanego we własnym kraju. W zespole trenera Franciszka Smudy na Euro 2012 byli także inni aktualni kadrowicze: Wojciech Szczęsny i Jakub Wawrzyniak, a na ostatniej prostej przed mistrzostwami odpadli będący w szerokiej kadrze Kamil Glik, Tomasz Jodłowiec i kontuzjowany Łukasz Fabiański. Wszyscy oni tegoroczną francuską przygodę kończą w zgoła innych nastrojach. Wówczas nie dali rady Grecji, Rosji i Czechom. Teraz jak równi z równymi bili się z mistrzami świata Niemcami, pokonali teoretycznie silniejsze Ukrainę i Szwajcarię, a na koniec w heroicznym ćwierćfinałowym boju postawili się wartym miliony Portugalczykom z genialnym Cristiano Ronaldo na czele. – Chłopaki przeszli metamorfozę. Taki Lewandowski w 2012 r. dopiero się rozkręcał. Teraz Adam Nawałka spija śmietankę z rozwoju jego i innych – mówi „Wprost” Franciszek Smuda, selekcjoner reprezentacji Polski w latach 2009-2012. We Francji zostały zerwane psychologiczne kajdany, które przez lata pętały Polakom nogi. Za moment przekroczona zostanie także granica finansowa, bo nasi piłkarze staną się bohaterami rekordowych transferów. Za Kamila Glika AS Monaco płaci 12 mln euro, tyle samo za Kamila Grosickiego oferuje Everton, a za Grzegorza Krychowiaka mistrz Francji, Paris Saint-Germain, wykłada 40 mln euro. Jeszcze przed inauguracją tegorocznych mistrzostw Europy wielu właśnie w zespole Adama Nawałki upatrywało czarnego konia turnieju. Zdobywca Złotej Piłki, mistrz świata Fabio Cannavaro, czy były trener Realu Madryt, a także naszej kadry, Leo Beenhakker, przekonywali, że to właśnie Biało-Czerwoni będą pozytywnym zaskoczeniem czempionatu. Co to jednak za zaskoczenie, skoro wieszczyło je tak wielu? 44-krotny reprezentant Francji Georges Bereta z przekonaniem twierdził, że Polskę stać na półfinał. – Mówiłem tak od początku i dalej uważam, że zasłużyliście na awans. Pokazaliście we Francji ciekawy, ofensywny futbol, jakiego nie powstydziłaby się żadna drużyna – tłumaczy legendarny napastnik AS Saint-Étienne. Bo polscy futboliści w ciągu tych kilku lat zmienili się nie do poznania. To metamorfoza z indywidualistów, których przerażała wizja wzięcia na barki odpowiedzialności, w boiskowe lwy, głodne i przywództwa, i zwycięstwa.

Sukces zrodził sukces

– Siła reprezentacji rodzi się w klubach – mawiają francuscy trenerzy, i tak też było w przypadku polskiej drużyny, która przeszła do historii, awansując do ćwierćfinału mistrzostw Europy. Bo właśnie z rozgrywek klubowych wziął się u naszych piłkarzy głód sukcesu. Pierwszy raz od lat grali oni „o coś”, a przecież od dawna wiadomo, że nic nie buduje zawodnika tak skutecznie jak wygrana. I tak w 2013 r. Lewandowski, Błaszczykowski i Piszczek zagrali w finale Ligi Mistrzów. Szczęsny stał się gwiazdą Premier League i Serie A, a do jego gabloty trafił Puchar Anglii. Grzegorz Krychowiak dwukrotnie triumfował w Lidze Europy. Wymieniać można długo. Zwycięstwa nad silnymi rywalami wymywały z polskich piłkarzy kompleks niższości. – Dlaczego Lewandowski miałby się bać Pepe, skoro w Lidze Mistrzów potrafił strzelić Realowi Madryt cztery bramki? A tam na obronie grał właśnie ten Pepe. Dzięki takim meczom gwiazdy zdążyły im spowszednieć – ocenia uczestnik mistrzostw świata w Korei i Japonii Piotr Świerczewski. Obserwując w Marsylii Kamila Glika, który szachował samego Cristiano Ronaldo, można było odnieść wrażenie, że dla Polaka pojedynki z asem Realu to codzienność. Aby jednak to wrażenie powstało, klasa Glika musiała rosnąć z roku na rok – tak jak klasa jego klubu. W 2012 r. Torino grało w drugiej lidze włoskiej. Na przestrzeni czterech lat turyński klub zdążył zagrać w Lidze Europy, wychował kilku niezłych piłkarzy i na stałe zagościł wśród pierwszoligowców z Serie A. Glik w tym czasie nie tylko zanotował 131 występów ligowych, ale został także kapitanem i liderem „Byków”. Miejscowym bohaterem.

– Kamil jest jednym z symboli przemian naszej piłki. W 2012 r. Smuda zrezygnował z niego z sobie tylko znanych powodów. Glik do dziś ma o to wielki żal. A w tej chwili nikt nie wyobraża sobie bez tego odrzuconego kiedyś chłopaka defensywy reprezentacji – mówi Wojciech Kowalczyk, 39-krotny reprezentant.

Być jak Robert

O ile Glik może być symbolem przemian, o tyle ich katalizatorem jest z pewnością w dużej mierze Robert Lewandowski, dziś być może najbardziej wpływowa postać polskiego futbolu. Nie jest to przesada. Piłkarze z Ekstraklasy, ale także inni kadrowicze, chcą być dziś jak Lewandowski. Ćwiczą tak mocno jak on, starają się naśladować jego boiskowe zachowania, a nawet jedzą jak napastnik Bayernu Monachium. Z diety ułożonej przez Annę Lewandowską, małżonkę Roberta, korzystają dziś m.in. Karol Linetty, Bartosz Kapustka i Artur Sobiech. Chłopak z Leszna pokazał wszystkim, że można. Że Polak potrafi zarabiać olbrzymie pieniądze, że może grać w wielkim klubie, że może być obiektem westchnień szefów czołowych drużyn z najsilniejszych lig. Polscy piłkarze, patrząc na wyczyny Lewandowskiego, uwierzyli, że wcale nie muszą być tylko „polskimi kopaczami” – mogą stać się zawodnikami formatu europejskiego. Bo wszystko zależy nie od godła na paszporcie, ale od ciężkiej pracy. – Kiedy młodzi Kapustka czy Zieliński trenują z „Lewym”, myślą: – A czemu nie ja? Jest ich kolegą, kimś realnym, kimś w zasięgu. I robią wszystko, aby mu dorównać. To ich napędza – analizuje Marek Graczyk, psycholog sportu.

To dopiero początek

Swoje zrobił także czas. Polacy dojrzali mentalnie. Wojciech Szczęsny jeszcze niedawno był na czołówkach brytyjskich brukowców nie ze względu na cudowne interwencje, ale papierosy palone pod prysznicem po przegranym meczu z Southampton. Kamil Grosicki, zamiast skupiać się na treningach, interesował się tym, czy wypadnie czarne, czy czerwone. – Nasi piłkarze dbają dziś o najmniejsze detale – dodaje Świerczewski. Wzorem jest Grzegorz Krychowiak, który w Sevilli dorobił się przydomka „La Maquina” (maszyna). Na swoim zawodzie skupiony jest do tego stopnia, że nie ma czasu dla swojej dziewczyny. – Célia rozumie, że moje życie podporządkowałem piłce. Nie chcę niczego zostawić przypadkowi. Jem, ćwiczę i odpoczywam tak, aby cały czas dążyć do perfekcji – tłumaczy jeden z liderów reprezentacji. Podobnie postępuje kilku innych: Milik, Fabiański, Mączyński. Zdrowy tryb życia, dieta, inteligentne prowadzenie kariery czy umiejętna współpraca z mediami wśród polskich futbolistów stały się po prostu trendy. A każdy z tych atomów łączył się w całość zebraną pod afiszem kadry. – W końcu doczekaliśmy się drużyny, a nie grupy kilkunastu zawodników. Chcemy ze sobą grać, spotykać się, każdy z niecierpliwością czeka na zgrupowanie. Moglibyśmy skoczyć za sobą w ogień – zapewniał po meczu z Portugalią Artur Jędrzejczyk, który już niedługo może wylądować w lidze francuskiej. – To dopiero początek – te słowa Adama Nawałki, wypowiedziane przez niego w szatni po meczu z Irlandią, kiedy na warszawskim Stadionie Narodowym zapewniliśmy sobie awans na Euro 2016, padły w Marsylii jeszcze wielokrotnie. I to nie tylko z ust piłkarzy, ale i kibiców. Czy oto objawiło się nam pokolenie zwycięzców?

Okładka tygodnika WPROST: 27/2016
Więcej możesz przeczytać w 27/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0