Pogromcy duchów (1984)

Pogromcy duchów (1984)

Dodano:   /  Zmieniono: 
Pogromcy duchów / Ghost Busters (1984)
Pogromcy duchów / Ghost Busters (1984) / Źródło: Columbia Pictures Corporation
15 lipca kinami zawładnie nowa, damska ekipa Ghostbusters. To dobry moment, by wrócić myślami do oryginału z roku 1984 w reżyserii Ivana Reitmana. Przypominamy recenzję Jana Olszewskiego, która ukazała się niegdyś na łamach „Filmu” (nr 46/1985).

Najważniejsze zjawisko we współczesnym filmie: nobilitacja kina rozrywkowego. Gatunki, które przez dziesięciolecia uważane byty za drugorzędne, dziś odkrywają pełnię swych możliwości. Kino science-fiction zawsze próbowało olśnić nas wizjami nieziemskich światów, dziś – dzięki rozwojowi techniki filmowej – czyni to lepiej niż kiedykolwiek; próbuje też ujawniać prawdy o ludzkiej naturze i ludzkim losie. Chce być jednocześnie widowiskiem i moralitetem. Ciekawe, że te ambicje sprzyjają popularności; na czele listy rekordzistów kasowych są filmy Spielberga i Lucasa – „E.T.” i „Trylogia gwiezdna”.

A inne gatunki? Oto horror-film „Pogromcy duchów”, kolejny przykład zawrotnego sukcesu kasowego: miał swą premierę w ubiegłym roku, w ciągu sześciu miesięcy zarobił 127 milionów dolarów, na wspomnianej liście rekordzistów znajduje się tuż za filmami Spielberga i Lucasa. Czy i tutaj mamy do czynienia z nobilitacją? Czy „Pogromcy duchów” są dowodem awansu artystycznego kina grozy? Trudno na te pytania odpowiedzieć jednoznacznie. Po części dlatego, że chodzi o film nie w pełni jednolity, zrodzony z różnych inspiracji.

Powstał według scenariusza Dana Aykroyda i Harolda Ramisa; obydwaj autorzy wystąpili także w rolach głównych. Dan Aykroyd miał już za sobą podobne doświadczenie: kilka lat temu napisał scenariusz zwariowanej komedii muzycznej „Blues Brothers”, po czym sam w niej zagrał. Zdaje się, że „Pogromcy duchów” mieli być w jakimś sensie powtórzeniem tamtej formuły. Z kolei reżyser Ivan Reitman stwierdził w jednym z wywiadów, że – zgodnie z pierwszym wariantem scenariusza – film miał być wielkim widowiskiem, rozgrywającym się w nieokreślonej, baśniowej przyszłości; dopiero dzięki jego decyzji akcja została przeniesiona w czasy współczesne. Dodajmy, że Reitman urodził się w Czechosłowacji: w kilka lat po wojnie – jako dziecko – opuścił swój kraj, mieszkał we Francji, potem w Kanadzie. Na początku kariery artystycznej wystawiał na Broadwayu widowiska magiczno-iluzjonistyczne, które odnosiły sukcesy.

Więc magia i komizm: te dwa składniki określają pierwsze partie filmu. Początek: w nowojorskiej bibliotece publicznej straszy, książki same się przesuwają, z otwieranych szufladek katalogowych wylatują – niby motylki – fiszki bibliograficzne. Personel wzywa na pomoc parapsychologów z miejscowego uniwersytetu. Ci spędzają czas w sposób niezbyt chwalebny: gdy alarm dociera do instytutu, dr Venkman (Bill Murray) próbuje właśnie uwieść swą studentkę. Ostatecznie trzej parapsychologowie spieszą do biblioteki – ale szybko się wycofują, gdy duch mający postać dystyngowanej damy zamienia się w krwiożerczą bestię. Później czeka ich dalsze przykre doświadczenie: tracą posady, bo instytut parapsychologii zostaje zlikwidowany. Cała trójka postanawia więc zająć się działalnością usługową. Wynajmują lokal, sprowadzają swój sprzęt – i dają ogłoszenia do prasy i telewizji.

Ten szczególny styl – z pogranicza śmieszności i grozy – kontynuowany jest w dalszych scenach. Na przykład w sekwencji, ukazującej pierwszą akcję usługową doktorów-parapsychologów. Tym razem straszy w wielkim luksusowym hotelu, doktorzy zjawiają się ze swym sprzętem: w ubiorach ochronnych, z plecakowymi akceleratorami nuklearnymi (wysyłają paraliżujące promienie), z licznikami, transformatorami, kondensatorami... I ostatecznie udaje im się uwięzić ducha w kondensatorze. Ten uwięziony duch – to niewielki stwór zielonej barwy, pożerający wszystko, co znajduje w hotelowych spiżarniach. Jest obleśny, łakomy, mlaskający – i śmieszny. A jednak: szybkość, z jaką porusza się po pustych korytarzach hotelu, łatwość, z jaką przenika przez ściany i stropy – wszystko to robi trochę niesamowite wrażenie. Oczywiście chodzi tu o zdjęcia trickowe, o efekty specjalne, nad którymi zresztą pracowali najwybitniejsi specjaliści (m.in. słynny Richard Edlund). Ale te efekty przynoszą zamierzone rezultaty: stopniowo i niepostrzeżenie groza zaczyna górować nad śmiesznością.

Zwłaszcza wtedy, gdy inwazja duchów się nasila, gdy interwencje firmy Ghostbusters inc. stają się coraz częstsze. A już zwłaszcza wtedy, gdy historia trzech parapsychologów zostaje spleciona z historią Dany Barrett (Sigourney Weaver). Panna Barrett mieszka w domu czynszowym niedaleko Central Parku. Dom jest wielki, ponury, stary – i trochę dziwny: w mieszkaniach odbywają się przyjęcia przypominające orgie, jeden z sąsiadów jest natrętnym erotomanem. W sumie jednak trudno budynkowi zarzucić coś konkretnego. Ale oto któregoś dnia Dana widzi w swej lodówce potwora. Później zostaje przez tegoż potwora porwana. Jej sąsiad-erotoman zresztą także.

Sytuacja dodatkowo się komplikuje, gdy do akcji wkracza przedstawiciel urzędu do spraw ochrony środowiska: każe wyłączyć wszystkie urządzenia w biurze-laboratorium parapsychologów. Powoduje to katastrofę: duchy zostają uwolnione, nad Nowym Jorkiem zapada mrok, po niebie szaleją błyskawice. Wszystkie te groźne procesy koncentrują się nad domem panny Barrett. Badania w archiwach miejskich ujawniają prawdę: budynek został wzniesiony przez sektę czcicieli sumeryjskiego boga imieniem Gozer, który – jak się zdaje – stanowi kolejne wcielenie szatana. Szczególne rozwiązania konstrukcyjne sprawiają, że budynek działa niby antena, ściągająca ku sobie wszelkie zjawy paranormalne. Co więcej – okazuje się, że wszystkie dotychczasowe harce duchów były jedynie przygrywką do tego, co nastąpi: Gozer ma przybyć na Ziemię.

W tym miejscu może nasunąć się ironiczna refleksja, że cała diaboliczna katastrofa została spowodowana przez procesy technologiczne: ktoś zbudował dom-antenę, ktoś inny wyłączył prąd... Ale to tylko część prawdy. Bo od samego początku pojawiają się w filmie pewne znaczące epizody. Młody wykładowca wykorzystuje swą funkcję, by uwieść studentkę; w domu czynszowym trwają orgie; zwariowany erotoman napastuje sąsiadkę; wszystko to sugeruje, że Nowy Jork jest siedliskiem erotyzmu wyzwolonego, siedliskiem grzechu. Później parapsychologowie sięgają do Biblii, cytują Apokalipsę św. Jana – i wtedy wszystko staje się czytelne: Nowy Jork jawi się jako biblijne miasto nieprawości, które zasłużyło na karę. Ta symbolika będzie zresztą kontynuowana. Zstąpienie Gozera następuje w momencie, gdy dwie opętane przez niego osoby (panna Barrett i jej sąsiad) połączą się w erotycznym stosunku. Zaś sam Gozer objawia się pod postacią kobiety o dziwnej, niepokojącej urodzie; przypomina hermafrodytę.

Finałowe zstąpienie Gozera stanowi kulminację opowieści: powracają wszystkie motywy filmu, tyle że przetworzone. Więc – na przykład – motywy komiczne są jakby mniej śmieszne. Gozer zmienia się w sprzedawcę lodów – jednakże o rozmiarach kilkunastopiętrowej kamienicy. I ten gigantyczny grubas z dobrodusznym uśmiechem na twarzy zaczyna tratować miasto. Parapsychologowie postanawiają posłużyć się specjalną techniką: krzyżują promienie swych akceleratorów. Gozer eksploduje, miasto jest uratowane.

Można więc zaryzykować twierdzenie, że „Pogromcy duchów” są istotnie przykładem nobilitacji gatunku. Jego formuła polegała zawsze na tym samym: pokazywano pewien mikroświat, pewien wycinek rzeczywistości (dom, zamek, okolicę), w którym zjawiały się istoty z zaświatów, mniej lub bardziej groźne. Widzowie chętnie oglądają takie historie, boją się – lecz nie traktują ich poważnie. I nic dziwnego: pojawianie się duchów jest raczej sprzeczne z naszym codziennym doświadczeniem życiowym. Potrzebna jest więc jakaś dodatkowa motywacja, by sprzeczność między codziennością życia a niecodziennością zjawisk paranormalnych nie budziła oporów. Albo inaczej: by strach horror-filmu stał się strachem serio. Film „Pogromcy duchów” znajduje tę motywację: mieszkańcy Nowego Jorku żyją w grzechu – i w ten sposób wyzwalają siły zła. Jest to jakby nowa formuła gatunku: nobilitacja następuje, gdy horror-film zbliża się do moralitetu. Opowieść o upiorach staje się opowieścią o walce między siłami Dobra i Zła.

„Pogromcy duchów” pokazują zalety takiej nobilitacji: groza wywodzi się z pewnej tradycji kulturowej, filozoficznej, nawet teologicznej. Zarazem jednak pokazują, że zbliżenie między horror-fil- mem a moralitetem ma swoją cenę. Skoro bowiem walka ze złymi duchami otrzymuje rangę konfliktu między Dobrem a Złem, to i rozwiązanie tego konfliktu powinno nastąpić w sposób godny moralitetu. Jest to postulat trudny do spełnienia, bo wymagałby rezygnacji z widowiskowości, z pewnych chwytów kina przygodowego. Ivan Reitman i jego współautorzy odwołują się do Biblii, jednakże właśnie konfrontacja z Pismem Świętym ujawnia słabość filmu.

W Starym Testamencie (Księga Jonasza) czytamy o mieście Niniwie, które stało się ośrodkiem nieprawości – i o proroku, który przybywa do miasta i zapowiada jego upadek. Mieszkańcy bronią się przed Złem, czyniąc pokutę. Sam król wydaje stosowną odezwę: „Niech obloką się w wory, niech żarliwie wołają do Boga! Niech każdy odwróci się od swojego złego postępowania i od nieprawości, którą popełnia swoimi rękami”. Oto walka ze Złem – taka, jak ją pojmuje moralitet.

W filmie Reitmana jest oczywiście inaczej. Miasto wzywa parapsychologów, zło wyzwolone przez grzechy zostanie pokonane dzięki miotaczom promieni. Komedia o duchach, która stała się filmem serio, w finale znów śmieszy. W sposób chyba niezamierzony.

Jan Olszewski

/ Źródło: Film 46/1985, s. 21
 0

Czytaj także