W zaświatach wesoło – recenzja „Pogromców duchów” (1984)

W zaświatach wesoło – recenzja „Pogromców duchów” (1984)

Dodano:   /  Zmieniono: 
Pogromcy duchów / Ghost Busters (1984)
Pogromcy duchów / Ghost Busters (1984) / Źródło: Columbia Pictures
Po 27 latach przerwy do kin wchodzi kolejna, trzecia część „Ghost Busters”. Z tej okazji przypominamy recenzję filmu z 1984 roku, która ukazała się w „Filmie” nr 46/1990. Tekst wyszedł spod pióra Aleksandra Ledóchowskiego.

Było mi smutno, wiec poszedłem do kina, żeby się rozweselić. Na „Pogromców duchów”. To jeden z tych filmów, na które się chodzi.

Sztuka komediowa upada, przynajmniej w kinie. W dawnych czasach każdy poważny dwór miał swego wesołka, który układał krotochwile; jak nie ułożył, dostawał baty albo wtrącano go do lochu. Dziś czasy są inne: ludzie chcą oglądać komedie, za realizację płaci się potężne pieniądze, a w salach kinowych cisza. Jeśli ktoś się zaśmieje, to tylko do własnych myśli.

I nie wiem, dlaczego tak jest. Wzrasta zapotrzebowanie na śmiech, a maleje zdolność pobudzania do śmiechu. Gdyby tak było tylko w Polsce, zwaliłbym winę na któregoś z kandydatów na prezydenta, ale podobnie w kinie światowym. Może to sprawa ekologii, dziur ozonowych, zaburzeń hormonalnych. Ale mniejsza z tym.

„Pogromcy duchów” to niezła komedia, choć czegoś jej brakuje. Można się pośmiać, ale nie tyle, ile chciałoby się; można przez śmiech trochę pomedytować, ale abstrakcyjnie; można rozszyfrować gagi, ale komu by się chciało?

Bo słabością filmu jest to, że prawie wszystko zostało wzięte z kręgu kina; przedmiotem śmiechu nie jest rzeczywistość, lecz kinowa i komiksowa fikcja, przez to następuje wyabstrahowanie i odrealnienie. Właściwie tylko jedna postać i kilka epizodów mają naturalną siłę komiczną; chodzi o dalszoplanową postać buchaltera i to wszystko, co mu się przygodziło.

Reszta też jest komedią, lecz z innego rodzaju. W murach nowojorskiej uczelni siedzi trzech, jakbyśmy powiedzieli w Polsce, docentów i bezskutecznie para się parapsychologią, kiedyś modną dziedziną nauki. Nie odnoszą sukcesów i zostają wylani. Potrzeba rodzi inicjatywę, więc zakładają przedsiębiorstwo do likwidowania duchów, bo te rozpanoszyły się i straszą, nawet dręczą mieszkańców metropolii. Dotąd wszystko jak w Polsce z gazet.

Trójka uczonych pogromców duchów, a są nimi Bill Murray, Dan Aykroyd i Harold Ramis, to jakby nowe wydanie braci Marx, nawet nie tyle wydanie, co świadome nawiązanie. Bracia Marx mieli siłę komiczną i renomę; ci nowi jeszcze nie. To, co oferują, jest propozycją przyszłościową – komik lub grupa komiczna musi się zainstalować wśród widzów.

Te walki z duchami są najbliższe klasycznej burlesce, nawet wiadomo, że są wzięte od Bustera Keatona. A nowoczesna technika kinowa sprawia, iż duchy mieszkaniowe i hotelowe mają coś z oszalałego królika Rogera. Rozgardiasz, jaki przy tym powstaje, jest i bardzo śmieszny i bardzo kinowy.

Potem film się zmienia. Z nowoczesnej burleski przekształca się w rodzaj komediowej fantasy. I czegóż w niej nie ma! Są sceny rodzajowe z burmistrzem i biskupem, uliczne sceny zbiorowe, efektowne epizody w i na Empire State Building – trzęsie się cały Nowy Jork, gdy „docenci” ruszyli do ostatecznej rozprawy z duchami. Nawet jest pewien suspense. A wszystko przy muzyce Bernsteina, w znakomitych zdjęciach László Kovácsa.

„Pogromcy duchów” to na pewno dobra komedia, rzecz prawie niespotykana na naszych ekranach. Tyle tylko, że to komedia parodystyczna – do przodu i do tyłu; do tyłu, bo odwołuje się do Bustera Keatona i braci Marx; do przodu, bo parodiuje i parafrazuje filmy fantasy, grozy, akcji itp.

W sumie choć można filmowi to i owo zarzucić – rzecz jest zabawna, warta obejrzenia; dwie godziny rozrywki.

Aleksander Ledóchowski

Czytaj także

 0

Czytaj także