Matka Theresa

Matka Theresa

Dodano:   /  Zmieniono: 
Nowa premier Wielkiej Brytanii ma wyprowadzić kraj z UE. Już pierwsze nominacje w rządzie Theresy May wskazują, że Unię czekają ciężkie rozmowy z Brytyjczykami, a Brytyjczyków lżejsza transformacja, niż ich straszono.

To cholernie trudna kobieta, wiem, co mówię, pracowałem przecież kiedyś u Margaret Thatcher – oświadczył weteran torysów Ken Clarke po tym, jak ogłoszono, że nowym premierem Wielkiej Brytanii będzie dotychczasowa szefowa Home Office, Theresa May. Sama May nie straciła rezonu po takim wystąpieniu, mówiąc partyjnym kolegom, że następnym politykiem po Clarke’u, który pozna jej trudny charakter, będzie szef Komisji Europejskiej, Jean-Claude Juncker. Pani premier rozwiała w ten sposób obawy tych, którzy sądzili, że postawienie na czele rządzącej Partii Konserwatywnej zdeklarowanej zwolenniczki pozostania Wielkiej Brytanii w UE skończy się próbą zamiecenia pod dywan wyników referendum. Żeby nie było wątpliwości, Theresa May zadeklarowała jasno: – Brexit oznacza Brexit, nie będzie prób utrzymania nas na siłę w Unii. Sądząc po zaproponowanym przez nią składzie rządu, nowa premier energicznie zabrała się do tego zadania. Jej rząd może napsuć sporo krwi urzędnikom w Brukseli i tym przywódcom krajów unijnych, którzy liczą, że Wielką Brytanię szybko i bez przeszkód uda się odciąć od Europy.

KIJE I MARCHEWKI

Kluczowe dla negocjacji z Unią Europejską będą dwa rządowe stanowiska: szef dyplomacji i nowo powołany minister do spraw Brexitu. Oboma resortami kierować będą zdeklarowani brexitowcy, cieszący się przy tym autentycznym poparciem zarówno w szeregach partii, jak i wśród brytyjskich obywateli. Szefem Foreign Office został Boris Johnson, charyzmatyczny były burmistrz Londynu, którego płomienne antyeuropejskie filipiki uczyniły jednym z liderów brexitowców. Wieść o jego awansie wywołała zdumienie, a nawet zgrzytanie zębami w wielu stolicach świata, gdzie pamiętane są dobrze jego złośliwości pod adresem urzędujących premierów i prezydentów. Znany z niewyparzonego języka Johnson może być utrapieniem dla unijnych negocjatorów, jednak dla Theresy May jest to bardzo ważna postać. Pani premier może nie tylko używać go jako buldoga straszącego Europę, ale też mieć go na oku jako rywala, gotowego w każdej chwili przejąć od niej przewodnictwo w partii. O tym, że tak może być definiowana jego rola, świadczy choćby to, że w nowym rządzie szefowi dyplomacji odebrano wiele ważnych kompetencji, tworząc osobne ministerstwo handlu zagranicznego i resort do spraw Brexitu. Na czele tego ostatniego stanął inny eurosceptyczny harcownik, David Davis. Ten były komandos SAS, wywodzący się z biednej rodziny mieszkającej w komunalnym mieszkaniu w południowym Londynie, jest bardzo popularny wśród szeregowych członków partii. Ma też jasno sprecyzowany plan negocjacji z UE. Zakłada on utrzymanie bezcłowego dostępu do europejskiego rynku i zachowanie prawa do negocjowania osobnych umów handlowych z krajami spoza UE. Wiadomo jednak, że Davis nie zawaha się zaryzykować opuszczenia wspólnego europejskiego rynku, jeśli miałoby to zagrozić odzyskaniu przez Wielką Brytanię kontroli nad stanowieniem prawa, podatkami czy polityką imigracyjną. Obstawiając się antyunijnymi buldogami, Theresa May nie zapomina jednak, że poza kijem w negocjacjach przydaje się także marchewka. W tej roli obsadzeni zostali proeuropejscy torysi, obejmujący kluczowe resorty. Wyrzuconego bezceremonialnie ministra skarbu George’a Osborne’a zastąpi dotychczasowy szef dyplomacji Philip Hammond. Uważany za bezbarwnego technokratę Hammond był zdeklarowanym przeciwnikiem Brexitu, a jednocześnie jest także wolnorynkowym thatcherystą, który świetnie dogaduje się z Theresą May. Hammond będzie miał także wsparcie innej zwolenniczki pozostania Wielkiej Brytanii w Europie, czyli Amber

Rudd, byłej minister energetyki, obejmującej teraz Home Office, najważniejszy resort odpowiedzialny za politykę krajową. Z tak zróżnicowaną ekipą Theresa May ma nie tylko szansę na zjednoczenie podzielonych w czasie kampanii torysów, ale także na uzyskanie mocnej pozycji w negocjacjach z UE.

LUSTRZANE ODBICIE MERKEL

Europa doskonale dostrzega kierunek zmian, jakie zachodzą w Wielkiej Brytanii. Nie tylko koledzy partyjni, tacy jak Ken Clarke, widzą w Theresie May silną kobietę u steru władzy. Jej awans oznacza koniec dominacji zamożnych dandysów z ekskluzywnych uniwersytetów, którzy grali pierwsze skrzypce w otoczeniu Davida Camerona. Premier May bezceremonialnie wyrzuciła z rządu czołowego przedstawiciela tej kliki, nielubianego przez nią ministra skarbu George’a Osborne’a. W jednym z pierwszych przemówień skrytykowała jego politykę gospodarczą, obiecując więcej pomocy dla zwykłych rodzin, a nie tylko dla uprzywilejowanych. Jej energiczne, choć także kostyczne zachowanie nasuwa skojarzenia z Żelazną Damą, Margaret Thatcher, jednak sama Theresa May stara się odcinać od wielkiej poprzedniczki. – Wierzymy nie tylko w indywidualizm, ale także w społeczeństwo – mówi, nawiązując do słynnego stwierdzenia Thatcher, która upierała się, że „coś takiego jak społeczeństwo nie istnieje”. Dystans wobec Żelaznej Damy może być tłumaczony zazdrością. Jedna z przyjaciółek z czasów studenckich, z którą rozmawiali dziennikarze „The Guardian”, przyznała, że podczas studiów w St. Hugh’s College w Oksfordzie Theresa May wściekła się, gdy Thatcher została premierem, bo sama marzyła o tym, żeby zostać pierwszą kobietą premierem Wielkiej Brytanii. W poszukiwaniu nadziei na wyjście Europy z twarzą z Brexitu prasa na kontynencie stara się wyszukiwać elementy, które mogą łączyć Theresę May z UE. Wiadomo, że była przeciwko Brexitowi. Za jej wyjątkową pozycją negocjacyjną ma także przemawiać podobieństwo do Angeli Merkel, kluczowego przecież gracza w UE. Obie panie są w tym samym wieku, obie są córkami pastorów i wyrastały z dala od wielkomiejskiego zgiełku. Mają za sobą udaną karierę akademicką, są bezdzietne i lubią gotować mężom, których nie zmieniały od dziesięcioleci. Obie zrobiły też błyskotliwe kariery w konserwatywnych ugrupowaniach, zdominowanych przez mężczyzn. Znane są z pragmatyzmu, skromności graniczącej ze sztywną nieśmiałością i niechęci do flirtowania z mediami. To, co może pociągać w Theresie May szefową niemieckiego rządu, niekoniecznie musi podobać się Francuzom. Franćois Hollande musi z Anglikami pogrywać ostro, bo ma u siebie rosnący w siłę Front Narodowy, szermujący podobnymi hasłami co brexitowcy. Poza tym w interesie Francji jest izolacja Wysp, bo Paryż ma nadzieję na przejęcie od Londynu roli biznesowego centrum kontynentalnej Europy. Obecnie jednak nad Sekwaną większym problemem są astronomiczne zarobki osobistego fryzjera prezydenta, który zarabia 10 tys. euro miesięcznie, niż stan negocjacji z Wielką Brytanią, co znacznie ułatwia zadanie Theresie May. Na przyzwoite traktowanie Brytyjczyków naciskają też Amerykanie, wymuszając na Komisji Europejskiej zapewnienie, że rozmowy rozwodowe z Wielką Brytanią nie będą toczone we wrogiej atmosferze. – W interesie Europy i interesie globalnym jest zachowanie Wielkiej Brytanii jako silnego sojusznika – oświadczył po spotkaniu z Obamą szef Komisji Jean-Claude Juncker.

POLE DO NEGOCJACJI

Na Londyn ciągle wywierana jest co prawda presja, żeby jak najszybciej ogłosić zastosowanie artykułu 50 traktatu lizbońskiego, dotyczącego wyjścia z UE. Unia zdaje sobie sprawę, że przeciąganie tej decyzji paraliżuje samą Unię bardziej niż Wielką Brytanię. Theresa May również ma tego świadomość. Tuż po nominacji dała do zrozumienia, że nie uruchomi artykułu 50 przed końcem roku, bo tyle czasu potrzebuje jej rząd na opracowanie szczegółowej strategii negocjacyjnej. Jest mało prawdopodobne, żeby Theresa May zgodziła się na podstawowy warunek europejskich przywódców, którzy chcą, żeby rozmowy na temat dostępu Wielkiej Brytanii do wspólnego rynku unijnego zaczęły się dopiero po zakończeniu dwuletniego procesu rozwodowego. Ten ważny element Brexitu będzie przedmiotem negocjacji od samego początku, zwłaszcza wobec słów Angeli Merkel, która jasno oświadczyła, że Wielka Brytania nie uzyska dostępu do rynku Wspólnoty, jeśli nie zagwarantuje swobody ruchu obywateli Unii. Postawienie na czele odpowiedzialnego za te kwestie Home Office proeuropejskiej Amber Rudd pokazuje, że szefowa rządu widzi tutaj pole do negocjacji z Unią. Te ruchy powodują także zmianę tonu europejskich polityków. Szef Parlamentu Europejskiego Martin Schulz, bodaj najbardziej zaciekły zwolennik szybkiego wypchnięcia Wielkiej Brytanii z Unii, przyznał ostatnio: – Wielka Brytania nie powinna być traktowana jako dezerter, ale jak członek rodziny, który ciągle jest kochany, mimo że zdecydował się podążyć w innym kierunku. Było to bezpośrednie nawiązanie do wypowiedzi szefa Komisji Europejskiej Jeana-Claude’a Junckera, który przed referendum mówił, że dezerterzy nie będą z powrotem przyjmowani z otwartymi ramionami. Unia zaczyna oswajać się z myślą, że szybkiego Brexitu nie będzie, a sam proces wychodzenia Wielkiej Brytanii z UE może potrwać znacznie dłużej niż dwa lata. – Wynegocjowaną umowę będą musiały ratyfikować wszystkie parlamenty krajów UE. W przypadku traktatów europejskich trwało to około czterech lat – oświadczył minister Philip Hammond, dodając, że poważne problemy czekają także Wielką Brytanię przy negocjowaniu nowych umów handlowych z krajami spoza UE, takimi jak Stany Zjednoczone, Korea Południowa, Indie, Chiny czy Japonia. Nie mówiąc o groźbach Martina Schulza, że niezależnie od tego, co zostanie wynegocjowane z Wielką Brytanią, całą umowę będzie musiał zaakceptować jeszcze Parlament Europejski.

Okładka tygodnika WPROST: 29/2016
Więcej możesz przeczytać w 29/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także